Arkadiusz Jakubik: jak zbudować dom dobry

Arkadiusz Jakubik, aktor: Pracując nad rolą Jacka Kuronia, zastanawiam się nad ludzką naturą. I jakoś nie mogę się zgodzić z powszechnym przekonaniem, że z natury stoimy po ciemnej stronie mocy. Ja uważam, że człowiek jest dobry.
Czyta się kilka minut
 Arkadiusz Jakubik. Warszawa, kwiecień 2025 r. // Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl
Arkadiusz Jakubik. Warszawa, kwiecień 2025 r. // Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Katarzyna Kubisiowska: Brodę zgolił Pan do tej roli?

Arkadiusz Jakubik: Jacka Kuronia? Przed momentem skończyłem czterogodzinną próbę do fabuły, którą wyreżyseruje Piotrek Domalewski. Rozmawialiśmy o postaciach, ich motywacjach – głowa cały czas pracuje. Czuję się, jakbym przerzucił tonę węgla. Właśnie zaczynamy zdjęcia.

I jaka jest ta postać?

Bohater moich czasów. Obok Edelmana i Bartoszewskiego. Ojcowie wolnej Polski. Cały czas zastanawiam się, na ile powinienem go wiernie naśladować, a na ile skupić się na emocjach, które dla widza są w filmie najważniejsze. Bo to nie będzie film polityczny, tylko o uczuciach Jacka i Gajki, którą zagra Magda Popławska.

Teraz mówi Pan głosem Kuronia, jakbym go słyszała. Zdążył Pan go poznać?

Niestety nie. W Strzelcach Opolskich – miasteczku, z którego pochodzę – w latach 80. nie występowało nic na kształt opozycji demokratycznej. Jedynym znanym mi wtedy zagorzałym antykomunistą był pan Pałosz, profesor w moim liceum. Wykładał wiedzę o świecie współczesnym. To był człowiek, który mi uświadomił, jak naprawdę wygląda nasza historia. Kto mordował w Katyniu i co się działo z akowcami po wojnie. Do tego stopnia mnie to zainteresowało, że zdawałem na dziennikarstwo na Uniwersytet Jagielloński i…

Pan? Na dziennikarstwo?

Byłem dobry z historii i polskiego, miałem za sobą pierwsze próby pisania prozy. Nie rozumiem dlaczego, ale mając fatalną dykcję, złożyłem jednocześnie papiery do Szkoły Teatralnej we Wrocławiu. Dostałem się tu i tu. Wybrałem aktorstwo. Żeby zdawać na to dziennikarstwo, trzeba było złożyć pracę. Przeprowadziłem wywiady z różnymi stronami stanu wojennego. Był rok 1986.

Trzy lata wcześniej stan wojenny został zniesiony.

Więc sprawa był świeża. Miałem dwadzieścia pytań, które stawiałem moim rozmówcom. Nagrywałem na kasetę magnetofonową, którą całkiem niedawno odnalazłem. Odsłuchałem i zdumiało mnie nie to, o co pytałem, tylko jak ja się wówczas jąkałem…

Kto wziął udział w ankiecie?

Między innymi dyrektor naszej szkoły, historyk, profesor Babiarz. Wspaniały, uczciwy człowiek, tyle że zagorzały marksista-komunista. Prawdziwy ideowiec. Trochę jak Kuroń, dopóki nie przejrzał na oczy. Profesor Babiarz próbował bronić stanu wojennego, twierdził, że gdyby nie jego wprowadzenie, do Polski wkroczyliby Ruscy. Natomiast profesor Pałosz mówił, że komunistów to by powywieszał. Ostatnią rozmowę w tej ankiecie odbyłem sam ze sobą. Chciałem wprowadzić perspektywę młodego człowieka, maturzysty, który był zdecydowanym przeciwnikiem stanu wojennego.

Jak się rozkładały opinie polityczne w Pana rodzinie?

Mama całe życie była związana z ówczesną polityką, którą głównie uprawiała w Strzelcach Opolskich. Działała w Stronnictwie Demokratycznym, ale w tym odłamie, który dążył do reformy, wręcz walczył z aparatem państwowym. Mama nigdy nie zapisała się do PZPR, choć była kierowniczką kadr w fabryce mebli, a wtedy w Strzelcach Opolskich na takich stanowiskach mało kto był bezpartyjny. Na jej zaangażowanie i postawę na pewno rzutuje przeszłość: wieczne kłótnie z moim dziadkiem, zatwardziałym komunistą. Był dyrektorem Gliwickich Zakładów Urządzeń Technicznych. Robotnicy przed stanem wojennym wywieźli go na taczce z zakładu.

A rodzina taty?

Ze wschodu, z okolic Lwowa i  Stryja. W 1944 r. dziadkowie od strony ojca – Franciszek i Aniela – uciekali przed Ukraińcami. Bez niczego, jak stali, wsiedli do bydlęcego wagonu po to, by wysiąść na pierwszej polskiej stacji – w Krośnie. Byli zziębnięci, głodni, spragnieni. Zaopiekowała się nimi zupełnie im nieznana rodzina Przewłockich. Zabrali ich do siebie, nakarmili, dali miejsce do spania, pomogli znaleźć pracę.

Długo tam zostali?

Przez rok, po czym wsiedli do kolejnego pociągu repatriantów i wysiedli w Gliwicach. To właśnie w tym mieście spotkali się mój tata Stanisław i mama Barbara. Zakochali się, wzięli ślub. A potem – też pociągiem – pojechali za pracą na Opolszczyznę. A ja swoim pociągiem wyjechałem ze Strzelec Opolskich do Wrocławia, by uczyć się w Szkole Teatralnej, a potem z Wrocławia do Warszawy, by tam pracować.

Rodzina tułacza?

W roku 2016 moja mama zapytała, co sądzę o tym, żeby przenieść prochy ojca ze Strzelec Opolskich na cmentarz nieopodal wsi pod Piasecznem, gdzie od lat mieszkamy. Dodała: „I tu też będzie moje miejsce, a tata będzie na mnie czekał”. Wtedy dotarło do mnie, że nasz rodzinny pociąg, który zatrzymywał się od drugiej wojny światowej na kolejnych stacjach, dojeżdża właśnie do tej ostatniej.

W ten sposób Pan o tym myśli?

Jednak to wszystko nie odbyło się bez przeszkód. W sprawie kupna kwatery na cmentarzu mama trafiła na niewłaściwego księdza. To był czas, kiedy wybuchł skandal po premierze piosenki „Pismo”, nagranej z moim zespołem Dr Misio. W teledysku wystąpiliśmy w sutannach, pokazując pazerność kleru. Ówczesnej Telewizji Polskiej nie spodobał się i tekst, i klip, więc wykreśliła nasz zespół z Koncertu Premier na festiwalu w Opolu, „z uwagi na nieemisyjny charakter”. Festiwal odwołano, bo kolejni artyści zaczęli protestować przeciw cenzurze. Podobno przez nas.

„Pismo” zaczyna się zwrotką: „Nikt już dzisiaj nie wypędza kupców ze świątyni, w świątyni najlepszy jest biznes, kogo obchodzi zbawienie?”.

Ten ksiądz zarządzający cmentarzem musiał to słyszeć i widzieć teledysk. Skonfrontował to z moją mamą, osobą głęboko wierzącą. Choć od pewnego momentu zdystansowaną wobec instytucji Kościoła, niezgadzającą się na to, jakie androny wygaduje w jej parafii ksiądz na niedzielnych kazaniach. Lecz potrzeba obcowania z Bogiem została w mamie do ostatnich dni – modlitwa i eschatologiczne rozmowy w ostatnim czasie, kiedy już śmiertelnie chorowała.

Jak się skończyło z tym grobem?

Mama poprosiła księdza o możliwość wykupienia kwatery. Ten zaczął się do niej nieładnie zwracać, a mnie nazywać antychrystem… Mama była zszokowana, popłakała się. W finale ksiądz zgodził się, by kwaterę sprzedać, tyle tylko, że dopisał do normalnej ceny jedno zero. Kiedy zobaczyłem kwotę, wściekłem się, ale wyciągnąłem z konta ostatnie oszczędności.

Warto było?

Zaraz się okaże, bo to jeszcze nie koniec. Teraz się pojawia pan Karol, który pracuje w zakładzie kamieniarskim przy cmentarzu, i mówi: „Panie Areczku, słyszałem, że pan przepłacił trochę u księdza proboszcza”. Ja: „No tak, ale nie ma co już o tym gadać”. On: „Ale ile pan mu zapłacił?”. Podałem mu kwotę, on się złapał za głowę, rzucił niecenzuralnym słowem i drąży dalej: „A pan by pewnie też na tym cmentarzu chciał leżeć blisko rodziców, prawda?”.

Czemu tak pospieszał?

No właśnie, zaraz się okaże. Ja: „No pewnie, ale panie Karolu, teraz pan chce o tym gadać? Niech mi pan da jeszcze trochę pożyć. Możemy tak za 10 czy 15 lat wrócić do tematu?”. „Ale panie Areczku, to tak nie działa. Chodzi o to, że pan tutaj, na tym cmentarzu moim zdaniem, kwatery dla siebie już nie kupi. Więc ja mam propozycję taką, że tutaj tatuś, tu kiedyś mamusia – oby żyła jak najdłużej! – a ja jeszcze panu i pana żonie wybuduję pięterko. Bo jak ja panu teraz tego nie zrobię, to tego nie zrobię nigdy, bo to jest taka podmurówka i trzeba tylko teraz zrobić to i tamto… Pan pójdzie do domu i porozmawia na ten temat z małżonką”.

Widzę minę Pana żony.

Też zobaczyłem, ale zgodziła się. I mamy już swoje pięterko na cmentarzu.

No!

Tym samym dotarło do mnie, że prawdziwy mężczyzna nie tylko powinien wybudować dom, spłodzić syna i zasadzić drzewo, ale jeszcze musi ogarnąć swoją kwaterę na cmentarzu. Wtedy cały krąg życia się dopełnia.

I krąg miłości?

Wracamy teraz do filmu o Jacku i Gajce. Mnóstwo o nich czytam, oglądam, wszystkie książki Kuronia przestudiowałem. Ale moją ulubioną lekturą spośród tego wszystkiego są miłosne listy Jacka i Gajki. Czułość, oddanie, poczucie humoru i mnóstwo wiedzy o ówczesnych realiach.

Na 27 lat wspólnego życia z Gajką około dziewięciu Kuroń spędził w więzieniu. W jednym z listów napisał, że została stworzona na żonę kryminalisty.

W czasie drugiej odsiadki Kuroń doznał iluminacji. On wtedy jeszcze był zatwardziałym marksistą, sam to opisuje w „Wierze i winie”. Chciał komunizm ulepszać, naprawiać. A w więzieniu nie miał pojęcia, ile czasu spędzi – miesiąc, rok, dziesięć lat… By nie oszaleć, za namową Gajki zabrał się za pisanie doktoratu. Punktem wyjścia była siódma teza Marksa o Feuerbachu, mówiąca, że byt określa świadomość.

Też mi się zdarza to słyszeć.

Gajka była kobietą o wyjątkowej wrażliwości, inteligencji i charyzmie. Podpowiedziała Jackowi: „Popatrz, ale tę tezę wszyscy zawsze czytają w ten sposób, że próbują interpretować wszystkie działania człowieka z punktu widzenia stosunków społecznych. A jakby odbyć tę drogę w przeciwną stronę?”. Chciała, by spróbował udowodnić, że świadomość określa byt. Więc Jacek przez trzy lata pracował nad odwróceniem tego wektora. W pewnym momencie pojął, że marksizm z zasady jest nieprawdziwy, a on dotąd był kompletnym kretynem. Mogę zrobić małą dygresję?

Słucham uważnie.

Daniel Dennett twierdzi, że idea, która rozwija się w ludzkich umysłach, jest pasożytem robiącym nam krzywdę. Bo ona karmi się nami i sama sobą. Na pewno nie służy człowiekowi. Dennett podaje przykład mrówek, które, nie wiadomo dlaczego, wspinają się na szczyt źdźbła, spadają, wspinają się ponownie i znowu spadają – tak bez przerwy i bez wyraźnego biologicznego powodu. 

Okazuje się, że w mózgu mrówki zadomowił się pasożyt – motyliczka wątrobowa, która, chcąc przedostać się do żołądka owcy lub krowy, by w jej wnętrzu rozpocząć kolejny etap cyklu rozwojowego, steruje swoim bezwolnym nosicielem. Dennett twierdzi, że coś podobnego przydarza się ludziom, a robakami naszych umysłów są idee, które bardziej niż o człowieczeństwo zdają się dbać o własne przetrwanie.

Człowiek jako narzędzie idei?

Ale też popełniający błędy, czasem zdolny do złych uczynków. Dotyczy to również Jacka Kuronia. Pracując nad tą rolą, zastanawiam się nad ludzką naturą. I nie mogę się zgodzić z powszechnym przekonaniem, że stoimy po ciemnej stronie mocy. Że mamy w sobie sadystę i oprawcę, i wystarczy tylko to uruchomić, co chciał udowodnić swoim więziennym eksperymentem Zimbardo. Ja uważam, że człowiek jest dobry.

No wie Pan…

Wierzę w siłę miłości. Ona nas potrafi zmieniać. Tak jak Gajka zmieniała Jacka, jak ona go formatowała duchowo i intelektualnie. Ona była pełnoprawnym partnerem Kuronia, nie tylko żoną, matką, gospodynią. Bez niej nie byłoby tego Kuronia, którego pamiętamy.

Mądrość kobiety?

Z Agnieszką, moją żoną, jesteśmy razem od 33 lat. I ona jest dla mnie najważniejszą, najmądrzejszą, najpiękniejszą osobą pod słońcem. Jako pierwsza recenzuje rzeczy, które popełniłem, od scenariusza, przez rolę po płytę… Zawsze muszę, chcę i potrzebuję odbić się od zdania Agnieszki. Wiem, że nie będzie mnie klepać po ramieniu nieszczerze, ale powie, co myśli.

Długowieczna miłość to również główny wątek Pana ostatniej płyty „Romeo i Julia żyją”.

Bohaterowie tych 10 piosenek – Jan i Krystyna Marcowie – marzą, by zagrać razem Romea i Julię. Nie udaje im się, nawet w Domu Kultury w ich rodzinnym Piasecznie. Dlatego postanawiają wystawić przedstawienie w domu.

Skąd pomysł na tę opowieść?

Kiedyś Julia miała na imię Ruth, a Romeo – Oskar. Agnieszka i ja graliśmy przez 17 lat spektakl zatytułowany „Oskar i Ruth” Ingmara Villqista. To historia trochę o nas: zwariowanym małżeństwie, które kłóci się po włosku, by po chwili zalecać się i nawzajem podrywać w rozmaitych konwencjach teatralno-filmowych. Spektakl był rodzajem naszej małżeńskiej autoterapii. Dokładnie tak samo to działało, jak u Jana i Krystyny Marców…

Tak samo?

Wspólne działanie, wspólna pasja może połączyć ludzi, pomóc im w słabszych momentach, które zdarzają się w każdym związku, zwłaszcza tym długotrwałym.

Z Agnieszką zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że nie możemy grać tego przedstawienia pokłóceni. Bo wtedy okłamiemy widza, nie stworzy się między nami dobra energia i prawda, którą udawało nam się wygenerować na próbach.

Efekt?

Łatwo nie było, kiedy skłóceni mieliśmy wyjść na scenę jako Ruth i Oskar. Mieszkamy na wsi, godzinę autem od Teatru Powszechnego w Warszawie, gdzie graliśmy spektakl. Wyjeżdżamy o siedemnastej, ja prowadzę i nic, cisza. Siekierę można powiesić, takie napięcie. Podjeżdżamy pod teatr milczący i obrażeni. Wchodzimy do garderoby, Agnieszka zaczyna się malować, ja się przebieram. O dziewiętnastej ma się zacząć przedstawienie, zagląda inspicjent: „Witajcie, no to co, za 15 minut zaczynamy, jak was miło widzieć…”. Wychodzi, a my nic.

Za minutę dziewiętnasta z intercomu słychać: „Kochani, zapraszamy za kulisy, zaczynamy”. Wstajemy bez słowa, nie patrzymy na siebie. Oczywiście, każde czeka, kto pierwszy wyciągnie rękę… Gong pierwszy, drugi, trzeci. Początek spektaklu, leci symfonia Beethovena. Zapalają się światła, teraz każda sekunda trwa wieczność. W końcu któreś z nas pierwsze musi się przełamać, wyciągnąć rękę. Czasem ja, czasem Agnieszka. Tak pół na pół. No dobra, ja częściej. „Cholera jasna, małpo, ty durniu, zołzo, kretynie, ty baranie, chodź, chodź szybko, dawaj, przestań już, o Jezus, dobra”. I dopiero wtedy, oczyszczeni, po zrzuceniu tego ciężaru, mogliśmy wyjść na scenę i zagrać Oskara i Ruth.

Wybaczanie fundamentem głębokiej relacji?

Znaleźliśmy się w tym fantastycznym momencie małżeństwa, w którym nikt nikogo do niczego nie zmusza. A drugą osobę akceptuje się ze wszystkimi jej ułomnościami, z całym, jak to się mówi kolokwialnie, dobrodziejstwem inwentarza. Mamy już za sobą ten nieszczęsny etap, kiedy próbowaliśmy zmienić drugą osobę na swoje podobieństwo, dostosowywać do wizji. Próbować ciosać, ulepszać. Z biegiem lat uczysz się człowieka. I to się dzieje małymi kroczkami, nie ma drogi na skróty. Trzeba wspólnie przeżyć kawałek życia. I jeżeli nie możemy czegoś zmienić, trzeba to polubić, ba! pokochać. Z Agnieszką jesteśmy kompletnymi przeciwieństwami i jednocześnie działamy na siebie jak yin i yang.

Ładnie brzmi, ale mnie interesuje konkret.

Poznaliśmy się w Szkole Teatralnej we Wrocławiu. Agnieszka należała do tzw. klubu angielskiego, gdzie było elegancko, lampka wina, towarzystwo artystyczne, dywagacje o sztuce, takie „ę”, „ą”. A ja? „Klub rosyjski”. Czyli przepocona męska szatnia w Szkole Teatralnej, czysty alkohol, z kumplami rozmowy o życiu i śmierci. Więc mamy dwa światy. A teraz na moment zapraszam do naszej alkowy. Tadam, kurtyna w górę! Oto nasza sypialnia, w której wyraźnie zaznacza się pewna granica. Jak się prezentuje część lewa, należąca do Agnieszki? Totalny chaos: rzeczy na wierzchu, porozrzucane wieszaki, sterty książek, czasopism. Wylewająca się na boki, żyjąca, nieokiełznana lawa.

Zgadza się. I słabo się zgadza z prawą…

Bo to mój kawałek podłogi. Mało rzeczy. Stoi śliczny ludwiczek z tapicerką we wzory kwiatowe, a wokół panuje sterylna czystość. Na parapecie bonsai, które skrupulatnie podlewam, obok śliczna laleczka gejszy i to by było na tyle. Ważne jest to, że kiedy ta lawa, ta masa rzeczy od strony Agnieszki zaczyna się przelewać na moją stronę, przekraczając linię demarkacyjną przebiegającą w połowie łóżka, to ja te wszystkie książki i inne rzeczy po prostu pcham na stronę żony i robię dla siebie miejsce. Każde ma swoją przestrzeń, która jedocześnie tworzy naszą wspólną. Bezpieczną. 

Arkadiusz Jakubik w filmie „Drogówka" 2013 r. Wojciecha Smarzowskiego // Fot. Materiały prasowe

Arkadiusz Jakubik (ur. 1969) jest aktorem, scenarzystą i wokalistą założonego przez siebie zespołu Dr Misio. Zagrał m.in. w filmach: „Wesele”, „Dom zły”, „Drogówka”, „Pod Mocnym Aniołem”, „Wołyń”, „Kler” wyreżyserowanych przez Wojciecha Smarzowskiego. Wystąpił w serialach „Król”, Klangor”, „Informacja zwrotna”. Ostatnio ukazała się jego solowa płyta pt. „Romeo i Julia żyją”.

ARTYSTA: AREK JAKUBIK TYTUŁ PŁYTY: „ROMEO I JULIA ŻYJĄ” WYDAWCA: MYSTIC PRODUCTION PREMIERA PŁYTY: 25.04.2025 // Fot. Hanna Nawrot / Materiały prasowe

 


 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Kwatery miłości