Wydawało się, że mój przypadek jest prosty. Były dokumenty, świadkowie, adwokat kościelny mówił: małżeństwo zawarte nieważnie – opowiada Maria. – Ostatecznie sąd też tak orzekł. Nie rozumiem tylko, czemu trwało to prawie 7 lat i wiązało się z tyloma formalnościami.
– Krótka piłka. Znajomy ksiądz z sądu popchnął sprawę, po pół roku było po wszystkim. A jeśli małżeństwo było zawarte ważnie? Nie interesuje mnie to. Nowa partnerka chciała ślubu kościelnego – mówi Piotr.
To dwie skrajności. Ale wielu osobom starającym się o stwierdzenie nieważności małżeństwa towarzyszy niepewność.
Ile w sądach kościelnych jest spraw o stwierdzenie nieważności małżeństwa
Sprawy o stwierdzenie nieważności małżeństwa w Kościele w Polsce to olbrzymia część pracy sądów kościelnych. Co czwarty wyrok w Europie stwierdzający nieważność małżeństwa zapada w naszym kraju. Na świecie liczba podobnych spraw spada. W Polsce – ustabilizowała się na wysokim poziomie: w 1989 r. wniesiono ich nieco ponad 1 tys., w 2006 – ponad 3 tys., obecnie – około 5 tys. rocznie.
Wyraźny wzrost rozpoczął się mniej więcej 25 lat temu, co wiązać można z rozwojem dostępu do informacji, a także publicznymi wiadomościami o osobach, które zdecydowały się na taki krok. To wciąż działa. – Niektórzy klienci są przekonani, że nie mają szans. Ale przypadek Jacka Kurskiego sprawił, że wiele osób pomyślało: „Skoro on, po 30 latach i przy trójce dzieci, wygrał sprawę, to chyba każdy ma szansę” – mówi dr Michał Poczmański, adwokat kościelny. Podkreśla przy tym, że widział tamten wyrok: – To, co zostało w nim opisane, mogło faktycznie mieć miejsce i zakładam, że ma oparcie w dowodach. Postępowanie prowadzone było sprawnie, ale nie szczególnie szybko – ocenia.
O czym świadczy wciąż duża liczba spraw?
– Między innymi o błędach, jakie są popełniane już wcześniej. Proboszczowie, dokonujący badań kanonicznych, nie wychwytują przesłanek, które czynią małżeństwo nieważnym, a niekiedy je ignorują. Znam przypadki, gdy proboszcz miał wiedzę o okolicznościach, które potencjalnie mogłyby powodować nieważność małżeństwa, a jednak zgodził się na jego zawarcie – odpowiada dr Poczmański. – Jeden mężczyzna powiedział przed proboszczem, że nie chce mieć dzieci. Ksiądz odpowiedział, że ślubu nie będzie. A mężczyzna, szturchnięty przez narzeczoną, której w ogóle nie powinno przy tym być, powiedział: „To jednak chcę”. Po kilku latach wszyscy spotkali się w sądzie kościelnym.

Kiedy małżeństwo jest nieważne
Żeby małżeństwo było zawarte nieważnie, musi zajść jedna z trzech przesłanek. Pierwsza możliwość to przeszkody zrywające. Dotyczą np. wieku, pokrewieństwa między narzeczonymi czy złożonych ślubów zakonnych, ale też uprzedniej i trwałej niezdolności do aktu seksualnego. Druga przesłanka to wady formy kanonicznej, które dotyczą osoby duchownego obecnego przy sakramencie i formalności. Takie sprawy to jednak absolutna mniejszość.
Olbrzymia większość postępowań jest jednak prowadzona na podstawie trzeciej przesłanki, mówiącej o wadach zgody małżeńskiej. Ich również jest wiele. Znajdziemy wśród nich doprowadzenie do ślubu podstępem czy zawieranie małżeństwa pod warunkiem, choć najczęściej wskazywane są inne: wprowadzenie w błąd co do istotnej cechy (np. złego stanu zdrowia psychicznego czy posiadania długów), nieszczere składanie przysięgi małżeńskiej czy przymus i bojaźń (np. zawarcie małżeństwa wskutek nieplanowanej ciąży). Największa liczba spraw prowadzona jest na podstawie kanonu 1095 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który stanowi, że nie są w stanie ważnie zawrzeć małżeństwa m.in. ci, którzy „z przyczyn natury psychicznej nie są zdolni podjąć istotnych obowiązków małżeńskich”.
Kościelni adwokaci przyznają, że to sformułowanie jest pojemne. Mieszczą się w nim zjawiska odnoszące się do życia seksualnego (np. nimfomania, homoseksualizm czy fetyszyzm), osobowości (np. narcyzm czy niedojrzałość emocjonalna), relacji (np. zbyt silna zależność emocjonalna od rodziców czy przyjaciół), uzależnień i wiele innych. Żeby uznać je za przeszkodę do zawarcia małżeństwa, muszą występować najpóźniej w momencie ślubu oraz mieć trwały i ciężki charakter. Jak tłumaczy Katarzyna Kasztelan, adwokat kościelny: – Z niedojrzałością trwałą, o ciężkim charakterze, wynikającą z zaburzeń i uniemożliwiającą podjęcie obowiązków małżeńskich nie należy mylić choćby niedojrzałości związanej z wiekiem, która nie skutkuje nieważnością małżeństwa. Rozróżnieniu tych spraw ma służyć proces, w tym opinia biegłego.
Zbierane są więc zeznania stron (męża i żony), świadków, analizowane dokumenty i dowody, a także powoływani biegli psychologowie.
Kto szuka sprawiedliwości w sądzie biskupim
Piotr, którego do procesu nakłoniła nowa partnerka, nie jest przypadkiem odosobnionym. Adwokaci spotykają się ze sprawami, gdy stroną jest mężczyzna, choć w praktyce ich klientkami są kobiety. – Ania załatwiała dokumenty, znalazła adwokata, ustalała z nim szczegóły. Ja tylko podpisywałem, mówiłem, jak było, i płaciłem – przyznaje Piotr. Wygrał, wskazując na silne relacje z rodziną oraz zatajone częściowo długi.
Nad Natalią partner się znęcał jeszcze przed ślubem. Upokarzał, bił, gwałcił. Zaszła w ciążę. Pod presją zgodziła się na ślub. Gdy uciekła z córką, nie myślała o kościelnym procesie – wystarczał jej cywilny rozwód. Po kilku latach weszła w nowy związek, urodził się syn. Postanowiła zerwać wszystkie więzy z byłym mężem. Chciała też doświadczyć ślubu kościelnego z człowiekiem, z którym jest szczęśliwa. Wygrała.
Maciej przegrał. Jest zresztą przekonany, że jego małżeństwo było ważne. – Magda, niewiele mogąc mi udowodnić, wzięła całą odpowiedzialność na siebie, wskazując na swoją niedojrzałość. Sąd kościelny to kupił, ale nałożył na nią klauzulę zakazującą kolejnego zamążpójścia, uznając, że te przeszkody nie ustały. Odwołujemy się – opowiada.
Sprawa Marii wydawała się oczywista. Kobieta bardzo pragnęła dzieci. Po kilku latach starań i diagnoz mąż przyznał, że już przed ślubem wiedział, że jest bezpłodny. – To był szok i potężna krzywda. Długo się podnosiłam – opowiada. – Wiedziałam, że to koniec. A kiedy znalazłam nowego partnera, zaczęłam się zastanawiać, czy da się stwierdzić nieważność małżeństwa. Bardzo tęskniłam za Eucharystią…
Motywacje osób decydujących się na proces są skrajnie różne. Jedni chcą prowadzić życie zgodne z nauczaniem Kościoła, przystępować do sakramentów. Drudzy myślą o procesie jako „kościelnym rozwodzie”, sprawie do załatwienia. Jeszcze inni traktują to jako formę zadbania o siebie przez zerwanie ostatnich więzi z byłym partnerem. Albo odgrywają się na byłym mężu czy żonie.
Ale na proces o stwierdzenie nieważności małżeństwa sakramentalnego decyduje się tylko ok. 5 proc. osób, które uzyskują rozwód cywilny. Część wie, że nie ma szans. Innym nie zależy. Maleje też udział ślubów konkordatowych w ogólnej liczbie zawieranych małżeństw. Istnieje wreszcie grupa osób, również wierzących, które nie chcą, by Kościół instytucjonalny osądzał, jak wyglądało i wygląda ich życie.
Mity wokół procesów o stwierdzanie nieważności małżeństw
– Wokół procesów narosło wiele mitów. Niekiedy w przestrzeni publicznej mówi się o nich prześmiewczo. Niepotrzebnie. To procesy ważne, poważnie prowadzone i dotykające istotnej sfery życia osób, których dotyczą – mówi Kasztelan.
Często też bywają błędnie rozumiane.
Nie jest to „rozwód kościelny”, a więc rozwiązanie ważnie zawartego małżeństwa. Nie jest to też „unieważnienie”, bo Kościół nie ma mocy „cofania” sakramentów. Proces ma ustalić, czy w momencie ślubu małżeństwo mogło być ważnie zawarte. Jeśli nie, stwierdza się, że nigdy nie zaistniało.
Proces nie koncentruje się też na przyczynach rozpadu związku. – Niektórzy mylnie uznają fakt rozpadu wspólnoty małżeńskiej za wystarczający dowód na nieważność małżeństwa. To błąd. Istnieją przypadki, w których moralne zaniedbania i słabości małżonków, do czego można zaliczyć np. niedochowanie wierności, powodują zerwanie wspólnoty ważnie zawartego związku – tłumaczy ks. dr Dariusz Brzegowy, wiceoficjał sądu biskupiego diecezji tarnowskiej. – Celem procesu jest zbadanie zdolności danej strony, bądź obydwu, do zawarcia związku małżeńskiego najpóźniej w momencie jego zawarcia. To, co doprowadziło do rozpadu wspólnoty małżeńskiej, jest ważne dowodowo, jednak pierwszorzędnym celem postępowania nie jest ustalenie, kto i w jakim stopniu przyczynił się do rozbicia wspólnoty, tylko stwierdzenie, czy w momencie zawierania małżeństwa nadawał się on do jej stworzenia – wyjaśnia.
Proces nie jest też jedyną drogą do rozwiązania małżeństwa w Kościele rzymskokatolickim. Możliwe jest uzyskanie papieskiej dyspensy, jeśli małżeństwo zostało zawarte, lecz niedopełnione – w praktyce: nie doszło do aktu seksualnego.
– Ale przekonanie, że pojawienie się w małżeństwie dzieci, zamyka drogę do procesu, to mit wynikający właśnie z pomylenia procesu o stwierdzenie nieważności małżeństwa ze staraniami o papieską dyspensę – tłumaczy dr Poczmański.
W której diecezji najłatwiej o pozytywny wyrok
– Jeśli sędziowie uzyskają moralną pewność co do zaistnienia nieważności małżeństwa, małżeństwo zostanie uznane za nieważne. Tam, gdzie przesłanek do stwierdzenie nieważności nie ma, mamy wyrok negatywny – mówi Kasztelan.
Liczby jednak zastanawiają. Z danych opracowanych przez Kancelarię Kanoniczną Michał Poczmański widać, jak odmienne w różnych diecezjach są odsetki pozytywnych (stwierdzających nieważność małżeństwa) wyroków w stosunku do ogólnej liczby spraw. I tak, w latach 2017 i 2020, w diecezji drohiczyńskiej pozytywnych wyroków było odpowiednio 89 i 92 proc., w ełckiej 91 i 92 proc., a przemyskiej 95 i 92 proc. Zdarza się jednak, jak w diecezji legnickiej w 2020 r., że pozytywne są wszystkie wyroki. A w tych samych latach w diecezji świdnickiej pozytywnych rozstrzygnięć było 40 i 36 proc., w radomskiej – 37 i 52 proc., a w płockiej – 44 i 48 proc.
Skąd te rozbieżności?
– Aby orzec nieważność małżeństwa, sędziowie muszą osiągnąć pewność moralną, to znaczy taką, która wyklucza każdą rozumną wątpliwość. Jeżeli wątpliwość co do nieważności pozostaje, należy wyrokować za ważnością związku – tłumaczy ks. Brzegowy. – Jeśli w danym sądzie jest bardzo dużo wyroków negatywnych, to warto zapytać, czy oficjał nie przyjmuje zbyt pochopnie spraw, które nie rokują wyniku pozytywnego. Każda sprawa winna być przyjmowana w perspektywie udowodnienia ewentualnej nieważności. Jeżeli takich przesłanek nie ma w punkcie wyjścia, skargę należy oddalić, aby nie obciążać sądu.
– Gdy zaś liczba wyroków pozytywnych w danym trybunale jest bardzo wysoka, tzn. przekracza 90 proc., rodzi się uzasadnione pytanie, czy nieważność małżeństwa nie jest tam orzekana zbyt łatwo, w oparciu o prawdopodobieństwo, a nie na bazie pewności moralnej. Trudno przyjąć, chociażby ze statystycznego punktu widzenia, aby tak wiele spraw kończyło się zasłużonym wyrokiem pozytywnym – dodaje ks. Brzegowy, oceniając, że „niebudzącą jego wątpliwości jest sytuacja, gdy odsetek spraw zakończonych orzeczeniem nieważności wynosi około 80 proc.”.
Wiele osób dostrzega te rozbieżności. Niekiedy wierny może wybrać, w jakim sądzie złoży sprawę (np. gdy mieszka w jednej diecezji, a ślub brał w innej). W takich sytuacjach ludzie radzą się w internecie, gdzie będą mieć większe szanse. Bo praktyka orzecznicza sądów kościelnych w Polsce jest niejednolita, co ma źródło zarówno w formacji kościelnych sędziów, jak i w prawie kanonicznym, które pewnych pojęć nie dookreśla. A także w specyfice procesu, którego celem jest ustalenie okoliczności, stanów psychicznych i kształtu relacji w momencie zawarcia małżeństwa, a więc niekiedy wiele lat wstecz. Często trudno więc o jednoznaczne dowody. Kasztelan zastrzega: – Każdy sędzia musi działać na podstawie materiału dowodowego oraz w granicach prawa. Oczywiście, w tych granicach, jak w każdym systemie prawnym, istnieje pewna sfera interpretacji. Gdy są wątpliwości jej dotyczące, można złożyć apelację.
Inny adwokat kościelny podkreśla jednak, że biegły psycholog ma na ogół około godzinę na zbadanie danej osoby i wydanie opinii o jej stanie psychicznym sprzed 15 lat. Również pamięć stron oraz świadków bywa zawodna. Wiele więc zależy od sędziów. – Rozbieżności w procedurach, ale przede wszystkim w podejściu sędziów w sądach kościelnych w różnych diecezjach, rzeczywiście występują – przyznaje dr Poczmański. – Pewnie tak nie powinno być, ale jest. W niektórych diecezjach o stwierdzenie nieważności małżeństwa jest nieco łatwiej, w innych trudniej. Bo o ile prawo jest uporządkowane, wiadomo, jakie są podstawy na przykład do stwierdzenia niezdolności psychicznej do podjęcia obowiązków małżeńskich, to jednak zawsze pozostaje to w sferze oceny.
To zaś potęguje niepewność.
Jak przebiega proces w sądzie biskupim
Wierny często nie wie, ile proces potrwa i z czym będzie się wiązał. Niektóre sprawy są przewlekane, ludzie niekiedy czują się wręcz przeczołgiwani, gdy są wzywani do przedstawiania kolejnych dowodów, a i tak stwierdzenie nieważności w danym sądzie uzyskać trudno. W innych miejscach sprawy, zwłaszcza proste, są załatwiane sprawnie. „Po co mielibyśmy robić pani dodatkowe problemy?”– usłyszała od sądowego urzędnika Natalia.
Procesy trwają więc od kilku miesięcy do nawet 5 lat (średnio około 2-3 lata). Wiele zależy od stopnia skomplikowania sprawy, dostępności dowodów, tego, czy świadkowie przychodzą na przesłuchania, obłożenia sądu pracą.
Od 2015 r. istnieje możliwość procedowania w trybie skróconym, tzw. 45-dniowym, w którym sędzią jest biskup. To jednak skrajnie odosobnione przypadki. Aby móc skorzystać z tego trybu, sprawa musi być oczywista, by móc ją rozstrzygnąć bez dogłębnego postępowania, potrzebna jest też pełna współpraca stron. Większość z najbardziej popularnych tytułów, na podstawie których orzekana jest nieważność małżeństwa, wymaga jednak zbadania. – Procesów skróconych jest bardzo mało, bo choć dużo jest spraw łatwych, to tych oczywistych już o wiele mniej – konkluduje dr Poczmański.
W trakcie procesu nie ma rozpraw. Po przyjęciu skarga jest przesyłana drugiej stronie, aby mogła zająć stanowisko. Jeśli tego chce, zeznania składają obie strony. Przesłuchiwani są też świadkowie, a sąd zbiera dowody: dokumenty, zaświadczenia, listy itd. Może też powołać biegłego. Następnie dochodzi do publikacji akt i w tym momencie strony mogą jeszcze uzupełnić materiał dowodowy. Obrońca węzła małżeńskiego, którego rolą jest wskazanie okoliczności wspierających tezę o ważności małżeństwa, przedstawia własne uwagi. Po mowach końcowych sąd wydaje wyrok, od którego apelację mogą złożyć zarówno strony, jak i obrońca węzła. Kiedyś do stwierdzenia nieważności małżeństwa potrzebne były wyroki dwóch sądów. Obecnie rozstrzygający może być już wyrok pierwszej instancji, o ile nikt nie złoży apelacji.
– Zmiany wprowadzone przez papieża Franciszka, w tym jednoinstancyjność procesów, skróciły postępowania. To dobrze, bo ludzie, którzy chcieli unormować swoje życie i musieli czekać na to kilka lat – a tak się zdarzało przy procesach dwuinstancyjnych w niektórych diecezjach – tylko na tym cierpieli – komentuje dr Poczmański. I dodaje: – Niektórzy są tak bardzo pewni tego, że ich małżeństwo zostało zawarte nieważnie, że nie wierzą ani mnie, ani wyrokom sądów. Lamentują na Kościół, na kolejne instancje, są przekonani, że zostali skrzywdzeni i jeśli to deklarują, nie muszą już niczego udowadniać. A to tak nie działa. To poważne procesy, z poważnymi postępowaniami dowodowymi. I gdy ktoś przychodzi, pytając, „ile musi zapłacić, żeby jutro był pozytywny wyrok”, to widzę, że nie chodzi mu o prawdę, ale o załatwienie sprawy. Takich spraw nie biorę.
Równi i równiejsi
A co po wyroku? Niekiedy jednej stronie (a czasem obu) sądowa klauzula zabrania zawarcia kolejnego związku małżeńskiego. Dzieje się tak, gdy ktoś doprowadził do ślubu podstępem, albo w dalszym ciągu nie chce brać ślubu w Kościele katolickim lub mieć dzieci, tudzież gdy powód nieważności pierwszego ślubu nie ustał, co oznaczałoby nieważność kolejnego związku. Z tym boryka się Magda, była żona Macieja. Z kolei Piotr przedstawił dowody na spłatę długów oraz opinię od psychoterapeuty, że poradził sobie z problemami w relacjach z rodzicami.
Przy zawieraniu kolejnego małżeństwa zalecana jest też powściągliwość, zwłaszcza gdy w pierwszym związku były dzieci. Sprawa Jacka Kurskiego odbiła się szerokim echem nie tylko dlatego, że chodziło o postać znaną i kontrowersyjną, ale także ze względu na huczność drugiego ślubu, który w ocenie niektórych kanonistów i ogólnym odbiorze spełniał kryteria publicznego zgorszenia i tworzył wrażenie, że są „równi i równiejsi”. – Niektórzy myślą, że mają znajomości w kościelnym środowisku, które pomogą im w osiągnięciu pożądanego przez nich wyroku, albo przyspieszeniu sprawy. Ale realnie to nic nie znaczy – ocenia dr Poczmański.
Historia Piotra dowodzi, że to się jednak rzeczywiście zdarza. Do nadużyć w procesach o stwierdzenie nieważności małżeństwa dochodziło zawsze. Z tego właśnie powodu Benedykt XIV, w 1741 r., gdy sądy niezwykle łatwo wydawały wyroki pozytywne, ustanowił urząd obrońcy węzła małżeńskiego.
Wiele spraw jest traktowanych równo – nawet jeśli toczą się powoli lub są prowadzone rygorystycznie, to jednakowo dla wszystkich w ramach diecezji.
Ale problemy istnieją. Dlatego osoby wnoszące skargi nie wiedzą, czego się spodziewać, bo ich los często zależy od linii orzeczniczej przyjętej w danej diecezji czy przez konkretnego sędziego. System bywa nieprzewidywalny: czasem i gdzieniegdzie działa mechanicznie, sprawnie rozpatrując kolejne sprawy, nawet jeśli w oparciu o luźną interpretację przepisów, w innych procesy są uciążliwe i długotrwałe, nawet gdy nie budzą wątpliwości prawnych. Zdarzają się mechanizmy kumoterskie, oparte na znajomościach i załatwianiu; istnieje też przekonanie, że niektórym wolno więcej.
Są również wierni, którzy czują się skrzywdzeni stwierdzeniem nieważności swojego małżeństwa z powództwa drugiej strony i żyją z poczuciem, że – jak mówił mi Maciej – sąd zamienia się w „maszynkę do olewania doktryny”, a „nierozerwalność to pic”. Gdy pytam o to Piotra, zgadza się, choć on akurat z tego się cieszy. Z kolei inni latami czekają na rozstrzygnięcie swoich spraw i czują się krzywdzeni i przeczołgani, mimo że dysponowali mocnymi dowodami.
– Rósł we mnie bunt, że Kościół instytucjonalny, sam trawiony tyloma problemami, rości sobie prawo do oceniania mojej historii, wyborów, sytuacji intymnej i osobistej. Był moment, że chciałam to rzucić i po prostu żyć po swojemu – opowiada Maria. – Zagryzłam zęby. Czy słusznie? Jeszcze nie wiem.
IGNACY DUDKIEWICZ jest redaktorem naczelnym Magazynu „Kontakt” i autorem książki „Pastwisko. Jak przeszłość, strach i bezwład rządzą polskim Kościołem”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















