Afera Zondacrypto większa niż Amber Gold? Ile pieniędzy mogą odzyskać inwestorzy

Rynek kryptowalut kusi by zostawić go bez nadzoru. Z jedną regułą: wchodzisz na własne ryzyko. Tylko co z tymi, którzy trafią tam nieświadomie?
Czyta się kilka minut
Briefing prasowy prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego Przemysława Piesiewicza, którego sponsorem generalnym było Zondacrypto. Warszawa, 20 kwietnia 2026 r. // Fot. Wojciech Olkuśnik / East News
Briefing prasowy prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego Przemysława Piesiewicza, którego sponsorem generalnym było Zondacrypto. Warszawa, 20 kwietnia 2026 r. // Fot. Wojciech Olkuśnik / East News

Czy – a jeśli tak – to ile pieniędzy mogą odzyskać inwestorzy poszkodowani przez Zondacrypto? To pytanie oczywiście rozpala dziś internet, ale odpowiedzi nie poznamy szybko. Historia postępowań upadłościowych kilku giełd kryptowalutowych pokazuje, że do klientów wracało czasem nawet 70-80 proc. zainwestowanego kapitału, ale skuteczność windykacji zależała od szeregu czynników. 

Jeśli poszkodowani mają dobrze udokumentowane roszczenia, syndyk i organy ścigania działają sprawnie i nade wszystko – dopóki w kasie są pieniądze, dopóty jest jakaś nadzieja.

Problem w tym, że w tej chwili nie wiemy, czy Zondacrypto w ogóle dysponuje kapitałem, który mogłyby namierzyć i odzyskać organy ścigania. 

Prezes spółki Przemysław Kral w kuriozalnym wystąpieniu przekonywał niedawno, że do spółki należy portfel kryptowalut o wartości ponad 330-350 mln dolarów, a problem leży jedynie w dostępie. Elektroniczne klucze ma bowiem posiadać twórca giełdy Sylwester Suszek, który na rok przed tajemniczym zaginięciem rzekomo zobowiązał się (w umowie przekształcającej giełdę BitBay w spółkę Zonda) do przeniesienia tego kapitału do nowego podmiotu.

Mamy więc inwestora, którego nikt nie widział żywego od 2022 roku. Umowę, którą Przemysław Kral jedynie zamachał przed ekranem, oraz jakiś portfel kryptowalutowy, w którym faktycznie są pieniądze, ale nie wiadomo czyje. I na tej podstawie mamy wierzyć, że sytuacja w firmie, do której z niepokojem dobijają się tysiące klientów, jest pod kontrolą. A prezes nie uciekł do Izraela (ma obywatelstwo tego kraju), tylko pojechał tam w celach turystycznych.

Afera większa niż skandal z Amber Gold

Oczywiście, za wcześnie przesądzać, czy klienci Zondacrypto padli ofiarą oszustwa, ale jedno już dziś nie ulega wątpliwości. Tłumaczeniom, które słyszą od szefa giełdy, niebezpiecznie blisko do argumentacji ucznia, który gorączkowo szuka wymówki, dlaczego znowu zaspał na pierwszą lekcję.

Przyjmijmy jednak z dobrodziejstwem inwentarza zapewnienia prezesa, że ma w sejfie skarb i tylko zgubił klucze. Plus minus 350 mln dolarów, które leżą zdeponowane w owym portfelu w postaci 4500 bitcoinów – przy obecnym kursie wystarczyłyby do pokrycia mniej więcej 42 proc. z 843 mln dolarów łącznych zobowiązań Zondacryto wobec inwestorów na koniec roku 2024. 

W sprawozdaniu za ten rok widnieje także informacja o 75 mln euro pożyczki z kapitału klientów, udzielonej przez giełdę… nieznanemu podmiotowi. A w bilansie zobowiązań trzeba przecież uwzględnić jeszcze rok 2025, kiedy aż do jesieni bitcoin i inne płynne kryptowaluty dynamicznie zyskiwały na wartości, kusząc obietnicą zysku.

Raport za rok 2025 giełda musi opublikować do końca czerwca. Śledztwo, które niedawno przeprowadzili dziennikarze Wirtualnej Polski, ujawniło tymczasem, że w tzw. gorącym portfelu, czyli w uproszczeniu na rachunku służącym do obsługi bieżących transakcji, Zondacrypto ma obecnie mniej niż 1 bitcoin. To suma, za którą w śródmieściu Warszawy można by z trudem kupić najwyżej kawalerkę.

Podsumujmy to jeszcze raz. Tylko na koniec roku 2024 Zondacrypto miała wobec klientów zobowiązania na ponad 843 mln dolarów – tymczasem straty spowodowane tzw. aferą Amber Gold wyniosły około 851 mln zł.

Potrzebujemy regulacji? Tak, jeśli chcemy chronić najsłabszych

Czy tej katastrofy można było uniknąć? Raczej nie. Rządowa ustawa regulująca rynek kryptowalutowy w Polsce weszłaby w życie zbyt późno, by uchronić przed stratami inwestujących za pośrednictwem Zondacrypto. 

Nie przewidywała też powstania branżowego odpowiednika Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, czyli polisy ubezpieczeniowej, na którą zrzucają się wszystkie banki w Polsce, by pokryć klientom straty powstałe przez ewentualne bankructwo któregoś z nich. Poza tym Zondacrypto, jako podmiot zarejestrowany w Estonii, podlega i tak tamtejszym regulacjom.  

Z drugiej strony trudno też mówić o zaskoczeniu. Polska Komisja Nadzoru Finansowego już w lipcu 2019 r. wpisała BitBay, poprzedniczkę Zondacrypto, na tzw. listę ostrzeżeń publicznych, na której umieszcza podmioty z branży finansowej potencjalnie groźne dla klientów. 

Postępowanie dotyczyło jednak wyłącznie prowadzenia działalności bez wymaganego zezwolenia. Giełda przeniosła się więc za granicę, zmieniła nazwę oraz strukturę właścicielską, i to wystarczyło katowickiej prokuraturze, żeby w 2023 r. z ulgą zamknąć postępowanie, które musiała wszcząć po zawiadomieniu KNF.

W kryptoświecie organy ścigania z trudem nadążają za ściganymi. Brakuje specjalistów, którzy rozumieliby, czym są kryptowaluty i gdzie czają się zagrożenia. Wśród samych kryptoinwestorów też nie ma wielkiej tęsknoty za regulacjami i kontrolą państwa. Aż kusi, żeby – zamiast naprędce pisanych ustaw – zostawić ich bez nadzoru. Jedynie z jasno wytyczoną granicą odpowiedzialności: wchodzisz na własne ryzyko. 

To rozwiązanie ma tylko jeden minus. Oznacza milczące przyzwolenie, by ofiarami nadużyć padali dalej przypadkowi klienci, którzy nie wiedzą, z czym naprawdę mają do czynienia.


Jak powstaje bitcoin? Blockchain, technologia nieodłącznie związana z kryptowalutami, umożliwia zdecentralizowany zapis danych: zgrupowane w bloki transakcje są odnotowywane jednocześnie na wielu niezależnych od siebie komputerach. Każdy kolejny zapis odnosi się do poprzedniego, potwierdzając wiarygodność operacji.

Istniejący od 2009 r. bitcoin jest „emitowany” właśnie w ramach nagrody za dodawanie bloków. W uproszczeniu tzw. kopanie bitcoinów polega na wykonywaniu przez komputery obliczeń, które pozwalają potwierdzać transakcje i zabezpieczają sieć.

Przy obecnej mocy sieci bitcoinowej i kosztach energetycznych jej utrzymania „wykopanie” jednego bitcoina na zwykłym laptopie zajęłoby kilkadziesiąt tysięcy lat. Podaż bitcoina jest ograniczona do 21 mln tokenów, a tempo jego emisji spada w czasie – mniej więcej co cztery lata zmniejsza się nagrody za wydobycie. Ostatni bitcoin zostanie wykopany około 2140 r.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”