IPN w czasie bezkrólewia. Kto zastąpi Nawrockiego?

Rozstrzygnięcie wyborów prezydenckich przynosi pytania o Instytut Pamięci Narodowej. Kto zastąpi Karola Nawrockiego w roli prezesa? I czy w Instytucie – po ćwierćwieczu jego działalności i czterech latach urzędowania Nawrockiego – nie czas na gruntowne zmiany?
Czyta się kilka minut
Kampania billboardowa Oddziału IPN w Bialymstoku z okazji Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wylętych. Białystok, 28 lutego 2025 r. // Fot. Anatol Chomicz / Forum
Kampania billboardowa Oddziału IPN w Bialymstoku z okazji Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wylętych. Białystok, 28 lutego 2025 r. // Fot. Anatol Chomicz / Forum

Grudzień 2000 r. Przy ulicy Mikołajskiej w Krakowie 40-letni Janusz Kurtykamediewista z PAN, właśnie wybrany na szefa tutejszego Oddziału IPN – zaprasza na rozmowę grono pierwszych współpracowników. Jest wśród nich Marek Lasota, który za 7 lat zostanie szefem placówki. – Utkwił mi ten moment w pamięci – wspomina Lasota. – Kurtyka popatrzył na nas i z powagą zapytał: „Panowie, zdajecie sobie sprawę, że to robota góra na 15 lat? Uporządkujemy akta, skatalogujemy i do widzenia”.

Uruchamianie odtwarzacza...

IPN, powołany przez Sejm ustawą z 1998 r., rozpoczął działalność dwa lata później. W pierwotnym kształcie miał się zająć zwłaszcza archiwami komunistycznego aparatu represji, które 10 lat po zmianie ustroju były nadal tajne – choć np. w Niemczech archiwum Stasi otwarto już w 1992 r. IPN miał przejąć te dokumenty od służb III RP, opracować, udostępnić ofiarom, historykom i mediom.

Do jego zadań należało także wspieranie lustracji, czyli badania przeszłości polityków i urzędników. Miał również ścigać sprawców zbrodni z okresu po 1939 r. i prowadzić badania historyczne. Również regionalne: obok centrali w Warszawie, mieszczącej się dziś przy ul. Janusza Kurtyki, powołano kilkanaście oddziałów. W 2016 r. do ich zadań doszło upamiętnienie ofiar II wojny i komunizmu oraz poszukiwanie ofiar pochowanych w anonimowych grobach. 

IPN w minionych 25 latach: lustro i uczestnik polskich sporów

Blisko 25 lat po spotkaniu przy Mikołajskiej większość jego uczestników jest poza Instytutem. Kurtyka, który w 2005 r. stanął na czele IPN – jako następca pierwszego prezesa Leona Kieresa – zginął w katastrofie smoleńskiej.

Karol Nawrocki, piąty w kolejności prezes – po Łukaszu Kamińskim i Jarosławie Szarkuwygrał wybory prezydenckie po kampanii, której przebieg w pewnym sensie potwierdził intuicję Kurtyki: w Polsce roku 2025 archiwa SB nie mają już ciężaru politycznego. Po części za sprawą upływu czasu, a po części dlatego, że linie podziałów w sporach historycznych biegną gdzie indziej niż 25 lat temu.

Kurtyka mylił się za to w jednym: w życiu publicznym i nauce IPN wciąż odgrywa na tyle ważną rolę – jako lustro, w którym odbijają się spory o przeszłość, a czasem jako ich uczestnik – żeby po ćwierćwieczu zapytać, czym powinien być w przyszłości. Niektóre jego funkcje, jak lustracja i ściganie przestępstw, się wyczerpują. Za prezesury Szarka, a zwłaszcza Nawrockiego, IPN zaczął być w dodatku postrzegany jako „Wydział Historyczny PiS”. Wielu pracowników niezgadzających się z linią prezesa wolało odejść lub zostało zwolnionych.

– Od kilku lat nie jestem związany z IPN, ale nadal piszę, bywam na konferencjach, śledzę publikacje – mówi Marek Lasota. – I przy całym szacunku dla jego pracowników muszę ze smutkiem stwierdzić, że Instytut buksuje w miejscu. 

Burzliwe początki Instytutu

Jeden z pierwszych pracowników Oddziału IPN we Wrocławiu, w późniejszych latach należący do kierownictwa IPN, dziś o Instytucie woli rozmawiać anonimowo. Bilans jego działalności ocenia jednak wysoko.

– Dlaczego zgłosiłem się do tej pracy? A dokąd w 2000 r. mógł pójść absolwent historii? – odpowiada.

Instytut zapewniał, jak mówi, stabilizację. – Poza tym kusiły nas teczki. Dla części kolegów otwarcie archiwów SB było aktem sprawiedliwości, okazją do odegrania się na komuchach, którzy suchą stopą przeszli przez transformację. Nie ukrywam – dodaje – że i mną częściowo kierowały podobne emocje, choć bardziej napędzała mnie naukowa ciekawość. Jak wielu, którzy doświadczyli PRL-u, chciałem zajrzeć władzy ludowej do kuchni.

Lasota: – Gdy dziś siadam w pustawej czytelni akt IPN, wracają do mnie obrazki z początku XXI w.: wszystkie miejsca zajęte, ludzie czekający w kolejce po teczki.

W 2001 r. rząd Buzka, który stworzył IPN i otworzył archiwa, przegrywa wybory. Władzę obejmuje SLD. Postkomuniści, na czele z prezydentem Kwaśniewskim, tolerują istnienie IPN-u, lecz nie ułatwiają mu pracy. Promują hasło „Wybierzmy przyszłość” – bez rozliczeń. Obóz postsolidarnościowy – poza Lechem Wałęsą i częścią Unii Wolności – skłania się ku lustracji. Kwestia interpretacji tzw. teczek dzieli jednak opinię publiczną.

– Lektura polemik z tamtych lat uświadamia, że duopolu w polskiej polityce nie wymyślili Tusk z Kaczyńskim – kiwa głową wrocławski historyk. – My w tej dynamice funkcjonujemy nieprzerwanie od roku 1989, inne są tylko linie podziału. Przecież jeszcze w 2005 r. PO, która w fotelu prezesa IPN widziała Andrzeja Rzeplińskiego, ostatecznie poparła kandydaturę Kurtyki.

IPN również nie był ideowym monolitem. Jak mówi w rozmowie z „Tygodnikiem” prof. Antoni Dudek, były pracownik IPN-u i autor jego monografii, w Instytucie szybko czytelne stały się sympatie polityczne pracowników.  – Jedną skrajnością był Oddział IPN w Krakowie. Kurtyka otoczył się tam młodymi historykami o bliskim mu światopoglądzie, który zdefiniowałbym jako narodowo-konserwatywny. Ludzi, którzy się przewinęli przez krakowski IPN, faktycznie można było potem znaleźć wysoko w strukturach PiS-u. To np. Ryszard Terlecki czy Marek Lasota, którego w 2014 r. PiS wystawił do wyborów prezydenta Krakowa.

– Mieliśmy jednak również oddział lubelski, gdzie w analogiczny sposób jego szef skupił wokół siebie ludzi o poglądach dalekich od konserwatywnych – zaznacza Dudek. – Z kolei w centralnym Biurze Edukacji Publicznej IPN pracowałem wtedy z Janem Żarynem, z którym dziś pewnie nikt by mnie nie zestawiał w jednym światopoglądowym szeregu.

Wrocławski historyk wspomina to inaczej: – Mieliśmy oczywiście różne sympatie polityczne, ale wydaje mi się, że potrafiliśmy nie przynosić ich do pracy. Kurtyka był krewkim facetem, potrafił rzucać kurwami pod adresem pracowników, ale rugał za błędy warsztatowe, a nie za poglądy. No i mieliśmy też różne zainteresowania naukowe. Np. wielu kolegów, którzy byli wychowankami prof. Tomasza Strzembosza, ciągnęło w stronę badań nad podziemiem niepodległościowym po 1945 r. Niektórzy dziś tego żałują.

Instytut w ogniu polityki

Sobota, 10 kwietnia 2010 r. Serwisy informacyjne podają listę ofiar katastrofy w Smoleńsku. Ten dzień wpłynie też na funkcjonowanie IPN-u, który od dłuższego czasu jest krytykowany z dwóch stron.

Krytycy lustracji twierdzą, że uprawia „żonglerkę” teczkami. Inni – że za wolno udostępnia archiwa. Aby wymusić przyspieszenie, w 2005 r. były opozycjonista Bronisław Wildstein wynosi z archiwum i udostępnia w sieci katalog. Nazwany „listą Wildsteina”, zawiera 160 tys. nazwisk, z których tylko część to współpracownicy SB – są tu też osoby typowane przez SB do współpracy, które jej nie podjęły.

W 2008 r. IPN wydaje z kolei książkę, której autorzy stawiają Lechowi Wałęsie zarzut współpracy z SB w latach 1970-76 (jego trafność potwierdzą potem akta odnalezione w domu b. szefa MSW Czesława Kiszczaka). Wałęsa zaprzecza, a wielu widzi w tej publikacji dowód na upolitycznienie Instytutu i jego związki z PiS, który w latach 2005-07 tworzy rząd. Już wcześniej, gdy w 2006 r. rząd PiS nowelizuje ustawę o IPN, argumentując, że ma to ułatwić lustrację i dostęp do archiwów, opozycja widzi w tym wciąganie Instytutu w politykę. Zgody, która pozwoliła wspólnie wybrać Kurtykę, już nie ma. Rozwija się konflikt PiS-PO.

– IPN robił kolejne przecieki – mówi dziś w rozmowie z „Tygodnikiem” b. prezydent Bronisław Komorowski – ale bracia Kaczyńscy stali na stanowisku, że bilans jego działań jest korzystny. Ja należałem do tych, których niepokoiło jego upolitycznienie. Uważałem, że IPN jest jednak Polsce potrzebny, tak jak lustracja i dalsze badania nad PRL. Dlatego byłem za bliższym związaniem Instytutu ze środowiskiem naukowym.

Śmierć Lecha Kaczyńskiego otwiera furtkę do takich zmian. Po wyborze na prezydenta Komorowski podpisuje nowelizację ustawy o IPN, która w miejsce wybieranego przez polityków Kolegium IPN powołuje Radę, obsadzaną przez przedstawicieli wydziałów historycznych z prawem do nadawania habilitacji. W 2011 r. następcą Kurtyki zostaje Łukasz Kamiński, wcześniej szef Biura Edukacji Publicznej.

– Z mojego punktu widzenia to najciekawszy okres działania IPN-u – wspomina jeden z pracowników pionu naukowego. – Instytut, który metodologicznie zawsze był dość konserwatywny, zaczął się otwierać na perspektywy badawcze inne niż klasyczna, oparta na analizie archiwów. Wydał np. ciekawą książkę o roli kobiet w oporze społecznym. Mieliśmy też próby spojrzenia na relację między ZSRR a PRL przez pryzmat narracji postkolonialnej.

– Ale w 2015 r. wybory wygrał PiS – dodaje historyk. – Rok później prezesem został Jarosław Szarek i, jak powiedział mi jeden z uszczęśliwionych tym kolegów, skończył się sezon na metodologiczne nowalijki.

– Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że popełniliśmy jeszcze jeden błąd – ocenia  Komorowski. – Rząd i ja założyliśmy, że temat teczek będzie stopniowo znikać z życia publicznego, a więc i historia z frontu bieżącej polityki wróci do gabinetów historyków. Nie doceniliśmy PiS-u, który wysłał IPN na odcinek budowy nowej polskiej tożsamości narodowej.

Jak zmieniał się IPN za „drugiego PiS-u”

W czerwcu 2018 r. Sejm, w którym PiS ma większość, wykreśla z – uchwalonej pół roku wcześniej tą samą większością – nowelizacji ustawy o IPN zapis o karze więzienia za przypisywanie polskiemu narodowi lub państwu odpowiedzialności m.in. za zbrodnie III Rzeszy. Zmianę wymusza gwałtowna reakcja USA i Izraela. Protestują też niektórzy polscy historycy, argumentując, że zapis uniemożliwi np. rzetelne badania skali szmalcownictwa.

Pracownik warszawskiego IPN: – Instytut Kieresa, Kurtyki i Kamińskiego stał na straży pamięci takiego narodu, o jakim mówi konstytucja, czyli wszystkich obywateli. IPN Szarka i Nawrockiego dbał o pamięć o etnicznych Polakach. Często nawet kosztem tych nieetnicznych.

Część badaczy ma do dziś kaca po decyzji Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni w Rzeszowie, która w 2023 r. umorzyła śledztwo w sprawie Akcji „Wisła”, uzasadniając, że „ewakuacja osób o narodowości ukraińskiej, łemkowskiej i polskiej miała charakter prewencyjny i ochronny, a nie represyjny”. To teza sprzeczna z ustaleniami większości historyków, badających wydarzenia z 1947 r.

Rozmówca z IPN-u uważa, że to samo widać w badaniach nad Holokaustem. Od czasów Szarka władze Instytutu stoją w kontrze do wszystkiego, co podważa wyobrażenie o Polakach jako jedynie ofiarach II wojny światowej.

– Jeszcze przed publikacją kontrowersyjnej książki „Dalej jest noc” pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego do naszego oddziału przyszedł mail, jeśli dobrze pamiętam, z kancelarii premiera Morawieckiego – wspomina historyk. – Treść była króciutka: wychodzi taka a taka rzecz, rząd uważa ją za szkodliwą dla Polski, dlatego zaleca podjęcie polemiki z autorami. Poczułem niesmak. Nie dlatego, że rząd coś zleca Instytutowi, ale dlatego, że z góry zastrzega, jaki ma być efekt. Przypomniało mi się, z jaką klasą w 2002 r. IPN punktował błędy w „Sąsiadach” Grossa.

– Założenie, że ofiary nie mogą być także sprawcami, a poznanie bolesnych faktów z własnej przeszłości jest równoznaczne z utratą tożsamości, zredukowało badania IPN nad Zagładą do karykatury – uważa prof. Dudek. – Instytut sam się pozbawił wiarygodnego głosu w debacie z badaczami, którzy popełniają podobny błąd po drugiej stronie i demonizują stosunek Polaków do Żydów. Wszystko sprowadza się teraz do prostej wyliczanki: tylu sprawiedliwych za tylu a tylu szmalcowników.

– Trudno o wymianę poglądów w sytuacji, gdy historia najnowsza uprawiana przez IPN musi się mieścić w założeniu, że Polskę trzeba najpierw przeprosić lub pochwalić – rozkłada ręce pracownica pionu badawczego. – Jakiś czas temu, rejestrując się na zagranicznej konferencji naukowej, zostałam poproszona przez organizatorów, by afiliować się nazwą drugiego instytutu, w którym pracuję, bo nazwa IPN nie zapowiada merytorycznego wystąpienia.

Kogo pracownicy IPN nazywali „Darami Pomorza”?

W październiku 2024 r. – miesiąc przed ogłoszeniem Karola Nawrockiego kandydatem PiS-u na prezydenta – IPN uruchamia ogólnopolski program edukacyjny „Silni Polską”. Ma być realizowany we wszystkich powiatach i rozbudzić zainteresowanie historią, zwłaszcza wśród młodzieży.

– Zaskoczyło mnie, jak bardzo Nawrocki się w tę akcję angażuje, bo to nie typ szefa, który wszystkiego dogląda osobiście. U nas w oddziale był może dwa razy – mówi pracownik IPN. – Tymczasem na imprezach tego cyklu zjawiał się regularnie. Skleiło mu się to z kampanią wyborczą tak idealnie, że niektórzy w Instytucie podejrzewali, że to nie może być zbieg okoliczności. Pojawiły się pogłoski, że pieniądze na projekt „Silni Polską” IPN dostał jeszcze w budżecie na rok 2023, który uchwalił rząd PiS. To oczywiście nie musi oznaczać, że już wtedy Nawrockiego przymierzano na prezydenta. Możliwe, że Instytutowi wyznaczono jedynie rolę do odegrania w kampanii – snuje domysły pracownik IPN.

Polityczne ambicje Nawrockiego od dawna były wśród podwładnych tajemnicą poliszynela.

– O ile za Szarka można było liczyć na to, że pewne decyzje rozejdą się po kościach, bo prezes był osobą dość spontaniczną w planowaniu i działaniu, o tyle za Nawrockiego szybko zrobiło się poważnie – to opinia innego pracownika. – Zaczął prowadzić Instytut żelazną ręką. Otoczył się zaufanymi ludźmi z Gdańska, których szybko nazwano „Darami Pomorza”. Byli wśród nich ludzie, którzy nawet nie studiowali historii, ale to dla prezesa nie stanowiło problemu. Pion naukowy, który już za Szarka tracił na znaczeniu na rzecz edukacji, za Nawrockiego został całkowicie zmarginalizowany.

– Zaczęły się problemy z pracą w kilku miejscach jednocześnie – wspomina historyczka. – Średnią pensję w IPN-ie windują zarobki prokuratorów z działu śledczego. Aby godnie żyć, musimy łączyć tę posadę np. z etatem na uczelni lub w szkole. Nawrocki zaczął cofać zgody na to niewygodnym podwładnym, trafnie zakładając, że prędzej rzucą lepiej płatną pracę w IPN, której nie można łączyć z inną, niż zrezygnują z drugiej niższej pensji, do której będą jednak mogli dorobić gdzie indziej.

Czy IPN skutecznie propaguje swoją wizję historii?

Prof. Grzegorz Motyka, członek Kolegium IPN: – Kadencje Nawrockiego i Szarka oceniam krytycznie. Akcent położono na działalność edukacyjną, która nierzadko jest instrumentalizowana politycznie na rzecz wizji historii bliskiej PiS. Oczywiście wiele tych kosztownych kampanii jest też obiektywnie wartościowa.

– Mam żal, że bardzo zaniedbano pion naukowy – ciągnie Motyka. – Mniej uwagi poświęca się rozliczeniom zbrodni z przeszłości, czego najlepszym dowodem umorzenie śledztwa w sprawie Akcji „Wisła”. IPN nie zrobił też nic, by odblokować rozmowy z Ukraińcami w sprawie ekshumacji na Wołyniu.

Czy taki IPN może jeszcze mieć rząd dusz? Antoni Dudek uważa, że miliony złotych wkładane co roku przez IPN w działania mające zaszczepić opinii publicznej wizję tożsamą z PiS-owską wykładnią historii nie przynoszą efektów adekwatnych do nakładów.

– Powiedziałbym, że IPN nie jest nawet liderem opinii, bo jego narracja pozostaje w cieniu innych – uważa Dudek. – Szkoda, że w kampanii rywale nie pytali prezesa Nawrockiego, jaką widownię gromadzą produkcje Instytutu na YouTubie. Albo jak się sprzedają ich patriotyczne komiksy i gry historyczne. Ludzie z IPN-u odpowiedzieliby zapewne, że to efekt braku szerokiego zainteresowania tematyką historyczną. Ale na podstawie własnych doświadczeń mogę stwierdzić, że to bzdura.

Doświadczenia, do których nawiązuje historyk, to jego autorski kanał „Dudek o historii”, na którym w 2,5 roku opublikował 106 filmów. Subskrybuje go 161 tys. osób, a liczba wyświetleń przekroczyła 18,7 mln.

Oficjalny kanał IPN.TV ma już 13 lat, a subskrybuje go 33 tys. osób. Łączna liczba wyświetleń wszystkich 3824 opublikowanych materiałów to 89,5 mln. Jedno nagranie Dudka – przygotowywane, jak mówi autor, z pomocą jednego współpracownika – ma więc średnio 176,5 tys. wyświetleń, gdy na kanale IPN średnia to 23 tys. wyświetleń.

Instytut publikuje oczywiście nie tylko w sieci. Jego wydawnictwo w tracie ponad 20 lat wydało przeszło 4 tys. książek. Portfolio ma bogate i choć dominuje historia polityczna, zakrapiana miłym PiS-owi patriotyzmem w duchu narodowo-katolickim, nie brak też publikacji wolnych od takiej optyki. IPN publikuje też wartościowe rzeczy o charakterze niszowym, np. opracowanie o losach Słowaków walczących w powstaniu warszawskim.

Dyrektor biura prasowego IPN dr Rafał Leśkiewicz w odpowiedzi na pytanie o średni drukowany nakład publikacji uściśla, że oscyluje on zwykle wokół 700 egzemplarzy w przypadku książek i tysiąca, gdy mowa o albumach i komiksach.

Były pracownik IPN: – Uważam, że na polu wydawniczym Instytut robi dobrą, ale rzadko docenianą robotę. Nie można czynić mu zarzutu, że w swych publikacjach trzyma się blisko dokumentów ze swoich archiwów, bo do tego został powołany. Dziesiątki badaczy bazują potem na fragmentarycznych ustaleniach historyków IPN-u i budują z nich większe opowieści, ale to nie znaczy, że ta praca u archiwalnych podstaw nie ma wartości.

Historycy spoza IPN nie do końca się z tą oceną zgadzają. Badaczka dziejów najnowszych z UJ początkowo wyraża zgodę na rozmowę, ale po konsultacji z przełożonymi prosi o usunięcie swojego nazwiska.

– Instytut unika dużych i nowych pytań – mówi. – Nie inicjuje ważnych badań i debat o tym, jakim transformacjom podlegało państwo i społeczeństwo w XX w., nawet w tak wydawałoby się oczywistych kwestiach, jak badania nad oporem społecznym. Co roku publikuje dziesiątki prac, w większości metodologicznie poprawnych, ale w moim przekonaniu niewnoszących wiele do dyskusji o najnowszej historii. W tym sensie pieniądze inwestowane w jego działalność badawczą trudno uznać za wydane w sensowny sposób.

Jak oddać IPN narodowi?

Były historyk IPN z Wrocławia: – Nie mam gotowej recepty, jak zreformować Instytut, by przywrócić go społeczeństwu. Z sensem na pewno mija się utrzymywanie tak rozbudowanego pionu śledczego, za który robotę załatwia, bądźmy szczerzy, upływ czasu. Część budżetu przesunąłbym do działu naukowego, ale z założeniem, że próbujemy syntetyzować zebraną wiedzę, zamiast tłuc opracowania losów kolejnego oddziału partyzanckiego.

– Największy problem mam z działem edukacji – dodaje. – Z jednej strony robią dużo dobrej roboty, z drugiej nie stronią od propagitki. Odsłaniają gdzieś pomnik, nawet nie udając, że nie robią tego w ramach kampanii wyborczej miejscowego posła czy wójta. Tylko że kilka lat później nikt już nie pamięta, kto przeciął wstęgę, za to zostaje pomnik i pamięć o kimś, wokół kogo mieszkańcy mogą zbudować lokalną wspólnotę.

Do reformy, która odebrałaby IPN jego zasoby archiwalne, nie palą się nawet historycy spoza Instytutu. 

– Ustawa o IPN zapewnia nam dostęp do materiałów, do których nie mielibyśmy tak łatwego wglądu, gdyby należały do Archiwum Państwowego, które zwykle udostępniają dokumenty po 70 latach od ich wystawienia  – mówi badaczka z UJ. – Takiej przeprowadzki nie da się też zrobić bez przeniesienia wraz z aktami archiwistów, którzy je znają. 

Spójnego pomysłu na IPN nie mają wreszcie politycy koalicji rządzącej. W kampanii niektórzy posłowie KO sygnalizowali gotowość poparcia idei likwidacji Instytutu, formułowanej przez lewicę. Ale dziś, gdy prezydentem został Nawrocki, wiadomo, że głębsze zmiany w ustawie o IPN nie są możliwe.

Problemy może napotkać już próba wyboru nowego prezesa. Kandydatów wyłania Kolegium IPN (przywrócone w miejsce Rady przez PiS), w którym dominują sympatycy PiS-u. Jest więc mało prawdopodobne, by zaproponowało kogoś, kto uzyska głosy większości Sejmu.

Dlatego scenariusz najbardziej realny to interregnum: urzędowanie Karola Polejowskiego w roli p.o. szefa IPN-u. To wiceprezes, którego namaścił udający się na kampanijny urlop Nawrocki. Inny wariant to „kandydat środka”, akceptowalny dla obu stron. W tej roli część komentatorów widzi drugiego wiceprezesa IPN-u Mateusza Szpytmę, kiedyś bliskiego współpracownika Kurtyki. Łączą go dobre relacje nie tylko z PiS, ale też z PSL (zajmował się badaniem ruchu ludowego).

Historia IPN na pewno nie zatrzyma się więc na roku 2025. Trudniej przewidzieć jego przyszłość. Oba skłócone obozy polskiej polityki zgadzają się tylko co do jednego: Instytut jest prawicowy. Dla jednych to źle. Dla drugich – wprost przeciwnie.

Współpraca: Piotr Śmiłowicz

Ćwierć wieku z Instytutem 

1998 – Sejm powołuje do życia IPN. 

2002 – pion prokuratorski IPN przedstawia raport, w którym potwierdza aktywny udział Polaków w spaleniu ok. tysiąca Żydów w stodole w Jedwabnem w 1941 r. 

2005 – afera z tzw. listą Wildsteina, czyli wewnętrzną bazą IPN danych współpracowników SB oraz kandydatów na TW, do której skopiowania oraz udostępnienia znajomym dziennikarzom przyznał się ówczesny publicysta „Rzeczpospolitej”. 

2005 – prezes IPN Leon Kieres ujawnia, że pracujący z polskimi pielgrzymami w Rzymie dominikanin Konrad Hejmo był współpracownikiem SB. 

2008 – Instytut wydaje książkę „SB a Lech Wałęsa”, autorstwa Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. Na podstawie niekompletnych dokumentów historycy stawiają tezę, że Wałęsa w pierwszej połowie lat 70. kolaborował z SB, jako prezydent zaś niszczył dokumenty potwierdzające jego współpracę. 

2010 – prezes IPN Janusz Kurtyka ginie w katastrofie smoleńskiej. 

2012 – na tzw. Łączce na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach ruszają ekshumacje żołnierzy podziemia niepodległościowego, zamordowanych i skrycie tam pochowanych na przełomie lat 40. i 50. 

2016 – Maria Kiszczak, żona niedawno zmarłego b. szefa MSW, składa prezesowi Instytutu propozycję zakupu teczek operacyjnych SB. Przeszukanie w domu Kiszczaków skutkuje odnalezieniem teczki TW Bolka. Dokumenty potwierdzają fakt współpracy Wałęsy w latach 1970-76, ale wykazują też, że później Wałęsa ją zerwał. 

2018 – Sejm nowelizuje ustawę o IPN, wprowadzając m.in. karę za propagowanie poglądu, że Polacy byli współodpowiedzialni za Holokaust. Pod naciskiem USA i Izraela rząd PiS cofa nowelizację. 

2023 – prezes IPN Karol Nawrocki atakuje prof. Barbarę Engelking za jej wypowiedź w TVN24, że mordowani w czasie II wojny światowej Żydzi często nie mogli liczyć na pomoc Polaków. 

2024 – sąd uchyla decyzję rzeszowskiego oddziału IPN, który rok wcześniej umorzył śledztwo w sprawie akcji „Wisła” jako zbrodni komunistycznej. 

© PIOTR ŚMIŁOWICZ

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Bezkrólewie przy ulicy Kurtyki