MACIEJ MÜLLER: Rzuciła mi się ostatnio w oczy zachęta do obejrzenia filmiku pewnego archeologa pod tytułem „Czego możemy się nauczyć od upadłych cywilizacji?”. Dotyczył Egiptu i Mezopotamii, niemniej przyszło mi do głowy pytanie, czy możemy tak powiedzieć o kulturze szlacheckiej w Rzeczypospolitej?
Joanna Orzeł: Chyba nie... Z jednej strony mówimy wprawdzie o zamkniętej rzeczywistości historycznej, z drugiej – szlachta jednak na różne sposoby w nas żyje. Więc ta „cywilizacja” do końca nie upadła.
Jesteśmy społeczeństwem postszlacheckim?
Mamy w sobie cechy charakterystyczne dla szlachty Rzeczypospolitej Obojga Narodów, pozytywne i negatywne. Cechuje nas – tak jak szlachciców – silne poczucie wolności, niezależności, sceptycyzm wobec władzy centralnej. Choć ten ostatni wiązałabym także z doświadczeniami drugiej połowy XX w., które wzmocniły w nas tendencję do nieufania władzy. Kolejna cecha to gościnność, tak podkreślana przez osoby z zagranicy podróżujące po Rzeczypospolitej w epoce nowożytnej. Hasło „gość w dom, Bóg w dom” jest bardzo szlacheckie.
Czy hasło „Polak-katolik” również możemy wiązać z okresem staropolskim?
Choć Rzeczpospolita była krajem wielowyznaniowym, to od drugiej połowy XVII w. dostrzegalna jest dyskryminacja osób innych wyznań. Bycie niekatolikiem wiązało się z faktycznym wykluczeniem z życia politycznego, a katolicyzm był wyznaniem uprzywilejowanym. Z czasem więc – także w świadomości społecznej, ówczesnej i współczesnej – utrwaliło się powiązanie szlachectwa z katolicyzmem.
Wracając do cech „szlacheckich”, mamy w sobie także specyficzne poczucie honoru, który widać czy to w dzieciństwie na podwórku, czy to na meczach piłkarskich, ale i w życiu codziennym. Dalej: wystawność, życie na pokaz, teatralizacja ślubów i pogrzebów. I budownictwo. Myślę tu o wciąż modnych domkach jednorodzinnych projektowanych na wzór dworków szlacheckich z portykiem, tympanonem i kolumnami. Na szczęście nie wróciła do nas moda na żupany i kontusze.
Skoro o honorze mowa: w wydanej niedawno książce „My, Sarmaci” pisze Pani, że wychowanie szlacheckie sięgało po tradycje rycerskie. Szlachcic powinien dobrze władać bronią, jeździć konno, mieć pojęcie o sztuce wojennej. Z drugiej strony szlachta była nastawiona mocno pacyfistycznie i niechętnie wybierała się na wojnę.
Szlachta wywodziła się z rycerstwa i lubiła podkreślać, że to, kim jest, zawdzięcza przodkom. Nie można jej odmówić waleczności w przypadku wojen obronnych, choć gdy należało stawić się na pospolite ruszenie, silniejsza okazywała się niechęć do opuszczenia swojego majątku, który przecież też był zagrożony: grabieżami czy zniszczeniem. Poza tym trzeba było przypilnować prac polowych. To wszystko wiązało się też z przyjętym przez szlachtę wzorcem życia ziemiańskiego.
Musimy również zwrócić uwagę na to, że rozległość Rzeczypospolitej sprawiała, iż np. szlachta z terenów zachodnich nie odczuwała natychmiastowej solidarności z mieszkańcami np. południowego wschodu, mierzącymi się z Turkami, Tatarami czy Kozakami. Dlatego też szlachta wybierała się na wojny jak przysłowiowa sójka za morze. Nad tym zjawiskiem ubolewał chociażby król Jan Kazimierz w czasie powstania Chmielnickiego.
W Rzeczypospolitej liczebność szlachty była dużo większa niż w innych krajach europejskich.
Najczęściej mówi się o 8 proc. społeczeństwa, choć rozmieszczenie szlachty w poszczególnych częściach kraju nie było równomierne. W niektórych regionach, jak w Wielkopolsce, było jej 3-4 proc., w innych, jak na Mazowszu, znacznie więcej, mówi się nawet o 20 procentach. Ale tam była to szlachta uboga – zaściankowa, zagrodowa. Dla porównania, odsetek całej szlachty we Francji wynosił tylko 1-1,5 proc.
Czy to z tej prostej zależności wynikało, że tamtejsi królowie byli w stanie rządzić silną ręką, a u nas nie?
Tutaj nakładają się różne uwarunkowania ustrojowe i kulturowe. Zarówno polska, jak i francuska szlachta wywodziła się ze średniowiecznych właścicieli ziemskich, którzy otrzymali majątki najczęściej dzięki zasługom na polu bitwy.
W epoce nowożytnej nastąpiły zmiany ustrojowe: we Francji system władzy rozwinął się w stronę monarchii absolutnej. Królowie ograniczali niezależność panów feudalnych i centralizowali władzę. Pojawił się podział na szlachtę tradycyjną, tzw. od miecza (albo szpady), o rycerskim rodowodzie, oraz szlachtę nową, zwaną szlachtą togi (albo sukni). Składała się ona głównie z mieszczaństwa, które się nobilitowało, kupując od króla funkcje urzędnicze, sądowe. Tak tworzyła się grupa bogatej, ale pierwotnie nieherbowej szlachty. Zresztą herb nie był we Francji automatycznie przypisany do nobilitacji.
Nie do pomyślenia w Rzeczypospolitej.
Tak, u nas szlachcic mógł się gnieździć choćby w zagrodzie, ale herb musiał mieć. W XVIII w. szlachta francuska wciąż więc miała przywileje, ale utraciła realną władzę polityczną i wojskową – ta znalazła się w rękach monarchy i jego administracji.
W Rzeczypospolitej rozwój ustroju zapewnił szlachcie realną władzę w państwie. Potwierdzały to takie instytucje jak sejmiki, Sejm, a w końcu, po śmierci ostatniego męskiego Jagiellona Zygmunta Augusta – wolna elekcja, czyli zasada wyboru króla przez szlachtę. Przez dwa stulecia, aż do czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego, nie było mowy o żadnych reformach ustrojowych. Dla szlachty zmiana systemu równała się wprowadzeniu rządów absolutnych, czyli też odebraniu szlacheckich wolności, przywilejów. Doprowadziło to w 1795 r. do tragicznego dla Rzeczypospolitej finału.
Czy był jakiś moment historyczny, w którym ten proces dało się odwrócić?
Bardzo trudno oddać władzę, którą już się ma, w imię wyższych celów, np. dla dobra państwa. Wśród szlachty i magnaterii w wiekach XVII i XVIII zdarzały się oczywiście postawy dojrzałe, dziś powiedzielibyśmy: obywatelskie. Jednak prawda o tym, że ustrój Rzeczypospolitej prowadzi ją do zguby, dotarła do większości „herbowych” dopiero po pierwszym rozbiorze w 1772 roku.
Dowodem na gotowość oddania wtedy części władzy królowi była Konstytucja 3 maja z 1791 r., która znosiła wolną elekcję oraz liberum veto, umożliwiające zerwanie Sejmu jednym głosem. Czyli likwidowała najbardziej szkodliwe dla państwa przywileje szlacheckie.
Tylko że było na to o wiele za późno.
Zwłaszcza że część magnaterii nawet wówczas broniła istniejącego od dawna ustroju i własnej pozycji, nawet jeżeli oznaczało to przymierze z wrogami państwa.
Nie uprawiam historii alternatywnej i nie jestem w stanie powiedzieć, czy sprawy mogły się potoczyć inaczej. Na pewno nie da się łatwo zawrócić historii: mówimy o długotrwałych, złożonych procesach. Do upadku Rzeczypospolitej doprowadził zresztą nie tylko wadliwy ustrój, ale także zmiany zachodzące w innych państwach oraz układ sił na Starym Kontynencie. Na to już zupełnie nie mieliśmy wpływu.
Powiedziała Pani o czuciu się obywatelami, ale czy szlachcice czuli się też narodem: Polakami, Litwinami? Jak o sobie myśleli?
Przede wszystkim powinniśmy w odniesieniu do naszego nowożytnego państwa stosować określenie Rzeczpospolita Obojga Narodów. Nie jest do końca poprawne, gdy mówimy o kulturze polskiej, rozbiorach Polski, a podręczniki tytułuje się „Historia Polski”. Nie zawłaszczajmy historii tego wielkiego i zróżnicowanego organizmu.
Mówimy o narodzie szlacheckim, ale nie ma to nic wspólnego z narodem w sensie współczesnym, ukształtowanym w wieku XIX. Naród szlachecki to część społeczeństwa, która ma realną władzę, wspólne interesy i kulturę. A jak sama szlachta o sobie mówiła? My, Sarmaci, my, szlachta, panowie bracia. Nie było jednak problemem, jeśli ktoś określał siebie jako Rusina, Litwina czy Polaka. Podkreślało to pochodzenie z danej prowincji Rzeczypospolitej. Te tożsamości się ze sobą nie kłóciły.
Mieszczanie i chłopi nie byli narodem?
W takim sensie, jak wspomniałam, absolutnie nie. Dowodów na to dostarczała szlachcie Biblia. XVI-wieczni kronikarze, jak Maciej Stryjkowski, wywodzili chłopów od Chama, jednego z synów Noego – o złej sławie, bo winnego zniesławienia ojca. Szlachcice według części kronikarzy pochodzili natomiast od Jafeta, według innych – od Sema. Tak czy inaczej, byli „lepsi”, a w związku z tym predysponowani do rządzenia potomkami Chama.
W książce pisze Pani, że nie tylko nasza szlachta szukała sobie antycznych przodków. Przypominają mi się komiksy o przygodach Asteriksa, w którym pada określenie „nasi przodkowie Gallowie”. A przecież Francuzi pochodzą raczej od Franków.
W Europie Zachodniej takie tendencje pojawiły się już w średniowieczu. Polska należała do „młodszej Europy”, dlatego nasze rycerstwo z pewnym opóźnieniem zabrało się za ulepszanie genealogii.
W Europie Zachodniej najatrakcyjniejszym punktem odniesienia była wojna trojańska. Wergiliusz opowiadał, jak z upadającego miasta uszedł Eneasz, legendarny założyciel Rzymu. W Anglii powstał z kolei mit o Brutusie, innym uchodźcy spod Troi, który dostał się na Wyspy Brytyjskie po przygodach godnych Odyseusza, walcząc z olbrzymami i opierając się śpiewowi syren. U celu podróży założył miasto Troia Nova, które stało się potem Londynem. Po śmierci Brutusa jego trzej synowie objęli władzę w Anglii, Walii i Szkocji.
Również kronikarze francuscy wskazywali na trojańskie pochodzenie swojego ludu, bo na ich tereny miała dotrzeć rodzina pokonanego króla Priama. Inni sięgali po opowieści o Gallach, z którymi wojował Juliusz Cezar. Ta dyskusja między kronikarzami, poetami i pisarzami toczyła się jeszcze w epoce nowożytnej, choć nie była już tak żywa jak w średniowieczu.

Po jakie tradycje sięgnęła polska szlachta?
W najstarszych kronikach istnieje legenda o Lechu, który założył Gniezno. To jednak nie wystarczało. Jeszcze w wieku XV, zatem w późnym średniowieczu, naszych starożytnych przodków szukał Jan Długosz. Odwołał się do starożytnego geografa Klaudiusza Ptolemeusza, który na sporządzonych przez siebie mapach opisał północno-wschodnie ziemie Europy jako „Sarmację Europejską”.
Długoszowi nie pasował jednak pewien szczegół: u Ptolemeusza Sarmacja kończyła się na Wiśle, co stawiałoby Gniezno poza jej granicami. Długosz przesunął więc tę linię na Łabę, czyniąc z jej biegu granicę między Sarmacją a Germanią. Późniejsi kronikarze, jak Bernard Wapowski, Marcin Bielski czy Marcin Kromer spopularyzowali tę wersję przeszłości, a z czasem Sarmacja stała się synonimem Rzeczypospolitej. Każdy, kto tu mieszkał, mógł się określać Sarmatą. Z czasem ograniczyło się to do szlachty.
Według szlachty starożytni Sarmaci mieli charakterystyczny zwyczaj: mogli wypowiadać posłuszeństwo swoim władcom.
To była próba usankcjonowania prawa do rokoszu. Należy jednak podkreślić, że dla szlachty obalenie króla było wyjściem ekstremalnym, nikt nie myślał o tym po prostu jak o jednej z dostępnych opcji. W istocie więc nigdy do tego nie doszło. Obydwa rokosze z XVII w., Zebrzydowskiego i Lubomirskiego, nie doprowadziły do abdykacji monarchy. Do próby zamachu konfederatów barskich na Stanisława Augusta, zresztą nieudanej, doszło już w innych warunkach politycznych.
Szlachtę cechował respekt dla instytucji monarchy i osoby władcy. Ich relacje mogły być bardzo napięte, król bywał wyśmiewany w pamfletach, najczęściej anonimowych. Ale w bezpośrednich relacjach nie było mowy o braku szacunku wobec niego.
A jak to było ze szlacheckim warcholstwem? Czy to też mit? Pamiętam z lektury akt sejmikowych, że przebieg tych zgromadzeń bywał raczej nudny niż gwałtowny.
Funkcjonują dzisiaj dwa konkurujące wyobrażenia o szlachcie: z jednej strony wspomniany honor, gościnność, męstwo i szarże husarii, z drugiej: prywata, zaściankowość, warcholstwo i ksenofobia. Za upowszechnienie tego drugiego odpowiada publicystyka działaczy oświecenia, krytykujących szlachtę za doprowadzenie do upadku państwa. Stworzono obraz szlachciców myślących wyłącznie o własnym interesie, wiecznie pijanych, pojedynkujących się i kłócących na sejmikach.
Oczywiście takie sytuacje się zdarzały, bywało burzliwie, rozgrywki słowne mogły skończyć się wyciągnięciem szabel. Ale większość sejmików odbywała się zgodnie porządkiem obrad i nie działo się na nich nic skandalicznego.
Czy historycy są w stanie badać kulturę seksualną szlachty?
Seksualne zachowania szlachty możemy badać bardzo szeroko: podejście do seksu, scenerie aktów miłosnych, romanse... Jeśli chodzi o te ostatnie, to musimy pamiętać, że szlachcic nie był niezależną jednostką, tylko przedstawicielem swojej rodziny. O jej honorze świadczył całym swoim postępowaniem. Dlatego jeśli dochodziło do romansów, to takich, na które ówczesne społeczeństwo było skłonne przymknąć oko. Słowem: kochanek szukano wśród mieszczek, chłopek, ponieważ gdyby w ciążę zaszła szlachcianka, a nie doszłoby do ślubu, stanowiłoby to hańbę dla całego rodu.
Z pamiętników i dzieł literackich z epoki wiemy, że romanse z chłopkami miewali zarówno szlachcice, jak i magnaci. Zachowały się opisy biesiad przeradzających się w orgie. Znamy też przypadki osobistości cierpiących na choroby weneryczne, jak Jan „Sobiepan” Zamoyski, lub będących o to podejrzewanymi, jak Jan III Sobieski.
Dochodziło do małżeństw między osobami z różnych stanów?
Te światy nie były tak oddzielone, jak to sobie często wyobrażamy. Nie było tak, że szlachta mieszkała jedynie w folwarkach, a mieszczanie w miastach. Bogaci szlachcice i magnaci mieli w miastach ziemię, kamienice, pałace, ponieważ prowadzili tam interesy, życie towarzyskie, wreszcie: chcieli być blisko dworu królewskiego. Do małżeństw międzystanowych dochodziło, najczęściej jednak, gdy zubożałe szlachcianki wychodziły za mieszczan. Ich dzieci już nie były „herbowe”, ponieważ szlachectwo dziedziczyło się po ojcu.
Słowo „folwark” wraca dziś w dyskursie dotyczącym pracy. To taki element kultury szlacheckiej, w którym najwyraźniej znajdujemy istotny punkt odniesienia.
Jak już powiedzieliśmy, dzieje szlachty to historia zamknięta, ale lubimy szukać w niej uniwersalnych prawd i takich elementów, w których można się przejrzeć. Stąd popularność filmów Jerzego Hoffmana czy ostatnio serialu „1670”.
W odniesieniu do relacji pracodawców z pracownikami wolę mówić o feudalizmie... Ale rozumiem, że ktoś, patrząc na folwarczne realia, może – jako tłamszony pracownik – utożsamiać się z wyzyskiwanym chłopem. A ktoś inny dostrzeże w jakimś biznesmenie cechy XVII-wiecznego magnata, który po kilku miesiącach przebywania za granicą wraca w innym stroju, sypie kasą na wszystkie strony i udaje, że zapomniał, jak się mówi po polsku.
Na takie sprawy zwracano uwagę już w epoce nowożytnej. Ludzie z tamtego okresu są od nas czasowo dość odlegli, ale wyraźnie widać, że jesteśmy do nich podobni.

Dr JOANNA ORZEŁ jest historyczką i polonistką, specjalizuje się w historii kultury szlacheckiej Rzeczypospolitej oraz europejskiej historii kulturowej XVIII wieku, wykłada na Uniwersytecie Łódzkim. Ostatnio wydała książkę „My, Sarmaci” (wydawnictwo Port, 2025).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















