Znajomość kulis wyboru kandydata PiS, w ramach których toczyła się klasyczna walka buldogów pod dywanem (a to decydowano się na prawybory, a to z nich rezygnowano i pojawiały się kolejne nazwiska) pozwala na stwierdzenie, że wybór Karola Nawrockiego jest wewnątrzpartyjnym kompromisem między różnymi frakcjami.
Gwałtowny sprzeciw wpływowej frakcji Mateusza Morawieckiego spowodował, że kandydatem nie stał się wyraźny lider ostatniej fazy selekcji, czyli Przemysław Czarnek. Morawiecki, po tym jak okazało się, że mimo aspiracji sam nie może być kandydatem, nie chciał dopuścić, by Czarnek na tych wyborach wzmocnił się politycznie. Gdyby np. minimalnie przegrał w drugiej turze wybory prezydenckie, stałby się naturalnym kandydatem do przejęcia partyjnej schedy po Jarosławie Kaczyńskim.
Poza tym Przemysława Czarnka w ostatniej fazie popierali najwięksi wrogowie frakcji Morawieckiego, czyli ziobryści. Można założyć, że sam prezes dał się przekonać, iż ewentualny dobry wynik tego kandydata ograniczy jego możliwości wskazywania wybranego przez siebie delfina, a może nawet nieprzewidywalny były minister edukacji spróbuje sięgnąć po władzę PiS już teraz, na fali swojej prezydenckiej popularności.
Drugim argumentem, który być może przekonał prezesa do takiego a nie innego wyboru, jest niepartyjność Nawrockiego. Nie jest on ściśle związany z PiS, nie jest członkiem partii, nie można więc go obciążać np. skutkami ośmioletnich rządów PiS. Właśnie dlatego prezentowany jest jako kandydat „obywatelski”.
Taki wybór zdejmuje też z PiS i prezesa partii odpowiedzialność za porażkę Nawrockiego. To trochę podobny ruch, jaki Prawo i Sprawiedliwość wykonywało w przeszłości w wyborach prezydentów miast, w których nie mogło wygrać. Jak choćby w wyborach na prezydenta Warszawy w 2010 r., gdy kandydatem wspieranym przez PiS i rywalem Hanny Gronkiewicz-Waltz był znany architekt i były poseł AWS Czesław Bielecki.
Ale oczywiście taka decyzja ma również swoje konsekwencje. Po pierwsze, kandydatura Nawrockiego jest zupełną niewiadomą. Zagadką jest, jak sobie będzie radził w kampanii, jaki okaże się w ogniu politycznej walki. Prezentacja Nawrockiego odbyła się w tym samym miejscu, w krakowskiej hali „Sokół”, gdzie w 2014 r. wskazany został Andrzej Duda. Obecnemu prezydentowi wówczas też nie dawano wielkich szans.
Dziś trudno powiedzieć, czy Nawrocki ma szanse powtórzyć scenariusz Andrzeja Dudy. Obecny prezydent przed dziesięciu laty był znacznie bardziej rozpoznawalny: był ministrem w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, posłem i europosłem PiS, a także rzecznikiem tej partii. Nawrocki tych wszystkich przymiotów nie ma. Ale na razie jest zbyt wiele niewiadomych, by odpowiedzieć na pytanie o jego szanse.
Na 24 listopada 2024 r. najbardziej prawdopodobna jest hipoteza, że PiS nie wierzy w zwycięstwo w wyborach prezydenckich, dokonuje więc wyboru najbezpieczniejszego z punktu widzenia takiego finału. A w polityce to wiara w sukces jest pierwszym warunkiem wygranej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















