Rasy nie istnieją. To pojęcie musi odejść, nie tylko z przyczyn historycznych

Podręczniki do genetyki przekonują, że u ludzi rasa jest konstruktem społecznym, a nie biologicznym faktem. Jednak w badaniach biomedycznych nadal wykorzystuje się kategorie rasowe. To jak z tą rasą właściwie jest?
Czyta się kilka minut
// Fot. Comstock / Getty Images
// Fot. Comstock / Getty Images

Naukowcy używający pojęcia rasy w czasopismach czy podręcznikach akademickich poruszają się po grząskim gruncie. Oczywiście wiedzą, jakie awantury w społeczeństwie wywołują przekonania i mity na temat różnic rasowych, więc muszą liczyć się z tym, że ktoś oceni ich wypowiedzi jako nacechowane ideologicznie.

Czy „nauka o rasach” była naukowa?

Ale jest i ważniejszy powód: rasa to termin po przejściach. W dawnych podręcznikach i publikacjach z antropologii czy genetyki roiło się od rasowych uprzedzeń.

Uruchamianie odtwarzacza...

W ramach tzw. nauki o rasach biali naukowcy opiewali wyższość intelektualną przedstawicieli białej rasy, mniej lub bardziej intencjonalnie usprawiedliwiając nierówności rasowe, dawniej prawnie usankcjonowane.

Przykładowo, Thomas Jefferson, przyrodnik, trzeci prezydent USA oraz właściciel kilkuset niewolników, pisał w „Uwagach o stanie Wirginia” (1785) na temat czarnych Amerykanów: 

„ich egzystencja zdaje się bardziej opierać na doznaniach niż refleksji (...) Wydaje mi się, że w pamięci są równi białym; w rozumie – znacznie gorsi, gdyż, jak sądzę, trudno byłoby znaleźć czarnego, który byłby zdolny prześledzić i pojąć dociekania Euklidesa; a jeśli chodzi o wyobraźnię – są ociężali, pozbawieni smaku i osobliwi”.

Z kolei w książce „Types of Mankind” (Typy człowieka) z 1854 r. znalazły się szkice anatomiczne przekonujące, że czaszki mieszkańców Afryki w większym stopniu przypominają czaszki szympansów niż Europejczyków. Autor rozdziału (Josiah C. Nott) przyznał, że nie wierzy w „intelektualną równość wszystkich ras”, ale zażegnywał się też, że nie należy „do tych, którzy skłonni są degradować jakikolwiek typ ludzkości do poziomu stworzeń zwierzęcych”

Sama książka przedstawiała ważną dla całej „nauki o rasach” teorię poligenistyczną – zgodnie z nią każda ludzka rasa wywodzi się z innej źródłowej populacji.

To historyczne obciążenie opisał z własnego doświadczenia Adam Rutherford, brytyjski genetyk o połowicznie hinduskim rodowodzie, w wydanej w 2020 r. książce „How to Argue with a Racist” (Jak się kłócić z rasistą). W młodości uczestniczył w badaniach prowadzonych w Laboratorium im. Galtona i chodził na wykłady pracowników katedry im. Galtona, wygłaszane w auli im. Galtona. 

To wszystko honorowało Francisa Galtona – badacza, którego intelektualne dziedzictwo obejmuje „mapy pogodowe, fundamentalne techniki statystyczne, daktyloskopię, a także naukowe podwaliny pod eugenikę – i samo to pojęcie”.

Marzeniem Galtona było „wyhodowanie” optymalnej odmiany człowieka, poprzez selektywne krzyżowanie się osób obdarzonych wartościowymi cechami. Którzy ludzie mieli mieć najwięcej wartościowych cech – to już łatwo sobie dopowiedzieć, pamiętając o powszechnych wówczas uprzedzeniach wobec czarnych, zresztą wielokrotnie wyrażanych też przez Galtona.

Na przykład w listach z Afryki pisał, że pewna grupa osób zachowuje się podobnie do stada pawianów; sugerował też, by przesiedlić do Afryki grupę Chińczyków, bo „ci przedsiębiorczy ludzie” mogliby się tam rozmnażać i kiedyś zastąpić „podrzędną czarną rasę”.

To historyczne obciążenie pojęcia rasy prowadzi nas do punktu, w którym nauka zderza się ze światopoglądem. Od II wojny światowej trwa walka o wymazanie z nauki śladów po dawnym rasizmie, co w Stanach Zjednoczonych wyraźnie przyspieszyło po zabójstwie George’a Floyda, które zapoczątkowało ruch Black Lives Matter (BLM). Przykładowo, redakcja „Nature” zapowiedziała rozliczenie się z promowaniem w przeszłości nauki o rasach, wśród swoich historycznych grzechów wymieniając publikowanie eugenicznych pism Galtona.

Ale zostawmy na boku moralne oceny postaci takich jak Galton i rozliczanie się z własną historią przez naukowe towarzystwa – kluczowe jest to, że Galton, Nott i Jefferson nie byli wyjątkami, lecz wyrażali poglądy powszechnie występujące w dawnej nauce i podpierane wynikami badań spełniających ówczesne standardy. 

Dziś te standardy się zmieniły, pojawiły się nowe techniki badawcze, a także wzrosła świadomość i wrażliwość moralna naukowców (i społeczeństwa). W efekcie rasa stała się pojęciem, którego użyteczność w nauce jest powszechnie kwestionowana. Jednak nie tylko z powodów historycznych i światopoglądowych. Przede wszystkim dlatego, że jest mętne.

Jak podzielić ludzi na rasy: pomysłów było wiele

Za jednego z pomysłodawców koncepcji ludzkich ras uważa się Karola Linneusza, pobożnego szwedzkiego przyrodnika, który mawiał skromnie: „Bóg stworzył, Linneusz uporządkował”

W najbardziej znanej, dziesiątej edycji jego „Systema naturae” (1758), które dało początek nowożytnej systematyce biologicznej, do gatunku Homo sapiens wliczone zostały takie rasy / podgatunki jak: amerykańska, azjatycka, afrykańska, europejska oraz... potworna (Homo sapiens monstrosus), reprezentowana przez osoby z karłowatością i legendarne stwory.

Głównym kryterium podziału było oczywiście pochodzenie geograficzne i kolor skóry, ale poszczególnym rasom Linneusz przypisywał również cechy osobowości – np. kobiety rasy afrykańskiej miały być leniwe, przebiegłe, bezwstydne i kapryśne; przedstawiciele rasy azjatyckiej: surowi, wyniośli, chciwi i podatni na opinie innych; europejskiej: poważni, aktywni, bardzo inteligentni, pomysłowi, rządzeni prawami.

W ciągu następnych dwustu lat pojawiły się dwie kolejne wpływowe klasyfikacje uwzględniające pięć ras: niemieckiego przyrodnika Friedricha Blumenbacha (wyróżnił rasę kaukaską, mongoidalną, malajską, amerykańską i negroidalną, którym odpowiadały kolory skóry: biały, żółty, brązowy, czerwony i czarny) oraz amerykańskiego antropologa Carletona Coona (rasa kapoidalna – Afryka południowa i wschodnia; negroidalna – reszta Afryki; kaukaska – Europa; mongoidalna – Azja i Ameryki; australoidalna – Australia).

Rasa amerykańska, malajska, kaukaska, mongolska i etiopska. Rycina z publikacji „Ssaki w ilustracjach według natury z opisami” Johanna Christiana Daniela von Schrebera, XIX w. // Penta Springs / Alamy / BE&W

Kontynuuję te historyczne dygresje, ponieważ prowadzą nas do fundamentalnego pytania: jeśli przyjmiemy, że ludzkość można podzielić na rasy, to ile ich właściwie jest i jak przebiega podział? Bardziej współczesny tropiciel różnic rasowych, kanadyjski psycholog John Phillipe Rushton, wymieniał tylko trzy: białą, czarną i orientalną. Kto ma rację? 

Pytanie nie jest czysto akademickie – dla „nauki o rasach” jest fundamentalne, w końcu od tego, jak podzielimy ludzkość, zależy to, jakie cechy przypiszemy przedstawicielom poszczególnych grup. Bo przecież w klasyfikacjach rasowych nigdy nie chodzi tylko o kolor skóry.

Czy rasa może wyjaśniać różnice między ludźmi?

Według Rushtona, różnice rasowe (między ludźmi „rasy czarnej, białej i orientalnej”) są widoczne we wzorcach dojrzewania, długości życia, osobowości, funkcjonowaniu rodziny, przestępczości i odnoszeniu sukcesu w organizacjach społecznych. W książce „Race, Evolution and Behavior” z 1995 r. pisał m.in.: 

„Na całym świecie wśród Czarnych poziom przestępczości jest najwyższy, u Orientalsów – najniższy, a Biali są pośrodku. Czarni są najbardziej towarzyscy i mają najwyższą samoocenę; Orientalsi wykazują największą gotowość do odraczania gratyfikacji, a Biali (...) zajmują pozycję pośrednią. Czarni umierają najwcześniej, Biali później, Orientalsi żyją najdłużej – nawet przy zapewnionej dobrej opiece medycznej. Ów trójdzielny schemat rasowy utrzymuje się od kołyski aż po grób”.

Rushton, który przez ostatnią dekadę życia przewodził proeugenicznej organizacji Pioneer Fund, próbował te różnice wyjaśniać odmiennymi strategiami reprodukcyjnymi, które wyewoluowały w każdej z tych ras (uważał, że Czarni próbują maksymalizować liczbę potomstwa, a Orientalsi – jego jakość), co spotkało się z druzgocącą krytyką. 

Antropolog Agustin Fuentes w książce „Race, Monogamy, and Other Lies They Told You” (Płeć, monogamia i inne kłamstwa, które ci zostały wmówione) z 2012 r. podsumował to tak, że Rushton łączył kiepską metodologię własnych badań z wybiórczym sięganiem po dane statystyczne publikowane przez innych.

Krytykom nie chodzi o to, że między rozmaitymi populacjami nie ma żadnych różnic – mnóstwo badań ujawnia, że one są – tylko że rozkład tych różnic w populacjach nie pokrywa się z żadnym proponowanym podziałem ludzkości na rasy. Istnieje przy tym wiele możliwych wyjaśnień różnic między populacjami – związanych ze środowiskiem, stylem życia, poziomem zamożności, kulturą itd. 

Pochodzenie genetyczne może mieć wpływ na jakąś cechę, ale w badaniach trudno odsiać pozostałe czynniki (bardzo problematyczne jest np. badanie czynników różnicujących poziom inteligencji). Rasa czy pochodzenie nie powinno być na pewno pierwszym wyjaśnieniem, które przychodzi nam do głowy.

Zresztą, sama wiedza na temat naszego pochodzenia nie sprzyja używaniu tradycyjnych kategorii rasowych.

Skąd się wzięły różne kolory skóry

Rodzaj ludzki pojawił się ok. 2-3 mln lat temu w Afryce, wyodrębniając się spośród innych dwunożnych małp człowiekowatych. Ok. 2 mln lat temu nasi przodkowie zaczęli kolonizację Eurazji. Gdzieś w tym czasie stracili futra, co sprawiło, że ich skóra została wystawiona na promieniowanie słoneczne. Obronę przed jego szkodliwym wpływem zapewniał im barwnik – melanina. Ewolucja promowała więc jego większą ilość. Ludzie stali się czarni.

W ciągu kolejnych 2 milionów lat migracje z Afryki do Eurazji powtarzały się, a kolejni kolonizatorzy zastępowali dotychczasowych mieszkańców lub się z nimi mieszali. Ok. 300 tys. lat temu, także w Afryce, pojawił się nasz gatunek – Homo sapiens. A ok. 60-70 tys. lat temu miała miejsce kluczowa migracja: przedstawiciele naszego gatunku (możliwe, że zaledwie kilka-kilkanaście tysięcy osób), którzy wyruszyli z Afryki, trwale zastąpili wszystkie pozostałe populacje / gatunki człowieka mieszkające w Eurazji od setek tysięcy lat lub dłużej. 

Ok. 50 tys. lat temu ci ludzie dotarli, jako pierwsi, do Australii i (zaledwie 30-15 tys. lat temu) do Ameryk. Dopiero po owej kluczowej migracji ludziom żyjącym poza Afryką i wystawionym na mniejsze promieniowanie skóra pojaśniała.

Ten antropologiczny scenariusz, określany mianem „wyjścia z Afryki”, jest dzisiaj doskonale udokumentowany i tłumaczy to, dlaczego globalnie ludzie są genetycznie bardzo podobni (dwoje losowych ludzi różni się tylko ok. 0,1 proc. DNA). Największe zróżnicowanie genetyczne występuje w Afryce, będącej naszą kolebką, ponieważ jej mieszkańcy mieli setki tysięcy lat więcej, by wytworzyć większą liczbę unikalnych wariantów genetycznych. 

Wszyscy ludzie będący „rdzennymi” mieszkańcami Europy, Azji, Australii i Ameryk dzielili tymczasem wspólnych przodków ok. 70 tys. lat temu, przez co ich poszczególne populacje miały znacznie mniej czasu, aby się genetycznie wyraźnie oddzielić.

Jeszcze pod koniec XX w. niektórzy antropolodzy próbowali bronić tzw. „hipotezy multiregionalnej”, zgodnie z którą wspólnych przodków mieszkańców różnych kontynentów należy szukać w pierwszej migracji z Afryki, sprzed ok. 2 milionów lat. 

Potem ta populacja miała się rozdzielić i ewoluować osobno na każdym kontynencie, skąd wzięłyby się współczesne rasy (mamy tu więc znaną nam już koncepcję poligenistyczną przebraną w nowe szaty). Jednak dowody genetyczne nie pozostawiają wątpliwości, że to fałszywy scenariusz.

Krótko mówiąc, u ludzi nie zaszły warunki, które sprzyjałyby faktycznemu wyłonieniu się tradycyjnie rozumianych, mocno wyróżnionych ras.

Czy są medyczne argumenty za podziałem na rasy?

Nie powinno więc nas zbytnio dziwić, że dziś w wielu artykułach naukowych odnoszących się do pojęcia rasy można przeczytać, że „rasa i pochodzenie etniczne są konstruktami społecznymi, pozbawionymi naukowego czy biologicznego znaczenia”. To często cytowane zdanie pochodzi z wytycznych dotyczących raportowania rasy i pochodzenia etnicznego opublikowanych w 2021 r. przez redakcję „Journal of the American Medical Association” („JAMA”).

W literaturze naukowej zaroiło się też od apeli, by z pojęcia rasy całkowicie zrezygnować – ale odzwierciedlają one raczej dojrzewające od dawna przekonanie o nieużyteczności klasyfikacji rasowych, a nie jakiś nagły zwrot (np. powodowany ruchem BLM).

Z opublikowanej w 2021 r. przez Vence’a Bonhama i współpracowników analizy wynika, że przynajmniej genetycy stopniowo odchodzą od używania pojęcia rasy. Zespół przejrzał ponad 11,5 tys. artykułów opublikowanych w „The American Journal of Human Genetics” od początku jego istnienia (1949 r.) do 2018 r. 

W pierwszej dekadzie działalności słowo „rasa” pojawiało się częściej niż w co piątym artykule – w ostatniej dekadzie zaś: w co dwudziestym. Kategorie rasowe (jak rasa kaukaska / biała czy negroidalna / czarna) – początkowo występujące w odpowiednio 21 i 12 procentach artykułów, w ostatniej dekadzie pojawiały się w jednej publikacji na sto.

Można jednak zauważyć także inną tendencję, która na pierwszy rzut oka wydaje się trudna do pogodzenia z planami rugowania kategorii rasowych z nauki. Otóż środowiska genetyków i biomedyków bardzo zabiegają, by w badaniach uwzględniać przedstawicieli niedoreprezentowanych grup etnicznych. 

Genetycy starają się zmapować geny każdej grupy etnicznej, a firmy farmaceutyczne próbują testować leki na przedstawicielach jak największej liczby społeczności, po to, by wykluczyć, że na jakąś grupę zadziałają inaczej, ze względu na specyficzny profil genetyczny populacji.

Jak to zatem jest: czy skoro różnice genetyczne między przedstawicielami różnych populacji mają znaczenie dla medycyny, to może jednak jakiś sposób podziału ludzi na rasy ma duży sens?

Faktem jest, że w badaniach biomedycznych nadal powszechnie stosuje się kategorie rasowe – zwykle prosząc uczestników o zaznaczenie deklarowanej rasy. Ale redakcja „JAMA” m.in. dlatego opublikowała swoje wytyczne, że takie deklaracje nie niosą zbyt wielu istotnych informacji; mało tego – mogą wypaczać wyniki badań.

W wieloetnicznych państwach, takich jak USA, deklarowana rasa czy grupa etniczna nie musi pasować do rzeczywistego pochodzenia i dziedzictwa genetycznego danej osoby. Dobrze znanym przykładem jest Barack Obama, czujący się Afroamerykaninem, mimo że jego matka, Ann Dunham, była białą Amerykanką, urodzoną w rodzinie imigrantów z Wielkiej Brytanii.

Obama dzieli zatem połowę genów z mieszkańcami Europy. Etniczne deklaracje raczej pokazują więc osobisty związek z daną populacją, jej historią i kulturą – a nie przewagę odziedziczonych z tej populacji genów.

Opublikowane niedawno analizy w ramach programu „All of US”, jednego z flagowych medycznych przedsięwzięć USA, potwierdziły, że deklarowana przynależność rasowa / etniczna tylko po części odpowiada temu, co o pochodzeniu mówią geny. W medycynie potrzebne są znacznie bardziej drobiazgowe klasyfikacje pochodzenia niż te tradycyjne. 

Na przykład przydatne jest odróżnianie osób o rodowodach wschodnioafrykańskim i zachodnioafrykańskim. Choć ludzie o obu takich rodowodach w USA byliby opisywani po prostu jako Afroamerykanie, to między tymi subpopulacjami występują różnice genetyczne, które mogły mieć znaczenie medyczne (zachodnioafrykańskie pochodzenie wiązało się z podwyższoną genetyczną predyspozycją do nadwagi, a wschodnioafrykańskie – z obniżoną).

Od czego zależy kolor skóry

Powtórzmy więc: wśród antropologów i genetyków istnieje w zasadzie konsensus, że dzielenie ludzi na tradycyjnie rozumiane rasy nie ma biologicznego sensu. Fakt, że populacje różnią się pod kątem występowania pewnych wariantów genów, może mieć znaczenie dla celów medycznych (to badania próbują ustalać), ale nie dowodzi istnienia ras, ponieważ wspomniane różnice nie układają się w żadne wzorce przypominające rasy. 

Te różnice układają się w ciągłe gradienty – im dalej od siebie geograficznie znajdują się grupy ludzi, tym większe średnie różnice genetyczne, ale nie ma nigdzie ostrych granic, które mogłyby wyznaczyć rasy. 

Gdybyśmy zerknęli na badania genetyczne losowej osoby, to ze sporą dokładnością moglibyśmy wskazać na mapie, skąd się wywodzi (za co odpowiadają globalne wzorce ludzkich migracji). W 2008 r. John Novembre i współpracownicy pokazali, że w przypadku Europy da się to zrobić z dokładnością do ok. 500 km. Dzisiaj, gdy już miliony ludzi przekazało swoje dane genetyczne takim firmom jak Ancestry czy 23andMe – margines błędu byłby pewnie jeszcze mniejszy.

Ale gdyby ktoś chciał w ten sposób budować jakieś przekonania rasowe, to musiałby wykonać znacznie trudniejszą sztuczkę: przyporządkować osobę do jakiegoś miejsca na świecie (populacji) na podstawie jakichś cech fizycznych czy zespołu takich cech. 

W przypadku pojedynczych cech (takich jak iloraz inteligencji, wzrost, grubość kości itd.) to zupełnie niemożliwe – szpilkę zawsze moglibyśmy wbić w ogromną liczbę miejsc. Na dziś nie znamy też żadnej takiej kombinacji cech, które pozwoliłyby jednoznacznie wbijać szpilę w pewne obszary geograficzne, co uzasadniałoby mówienie o rasach.

Ktoś mógłby jednak zapytać, dlaczego podziału na rasy nie uzasadniają choćby tak rzucające się w oczy cechy jak kolor skóry. Czy różnice w tym zakresie nie wystarczą, by mówić o rasach? 

Otóż nie, ponieważ kolor skóry nie niesie niemal żadnej dodatkowej informacji o danej osobie. 

Przykładowo, Aborygeni z Australii są genetycznie bliżej spokrewnieni z mieszkańcami Azji niż Afryki, a przecież kolorem skóry Aborygenom bliżej do Afrykańczyków niż Azjatów. Podobieństwo to wynika z życia w warunkach wystawienia na silne promieniowanie słoneczne, które sprzyja działaniu selekcji. Nie bierze się stąd, że Aborygeni stanowią jedną rasę z mieszkańcami Afryki.

Na czym polega rasizm

Dziś wiemy, że za kolor skóry odpowiadają dziesiątki różnych genów, których wpływ się kumuluje, a wzajemne powiązania między nimi są złożone.

Z niemal każdą cechą człowieka jest podobnie – geny nie decydują w nas o wszystkim, bo znaczenie mają też czynniki środowiskowe, a przy tym niemal na każdą cechę wpływają dziesiątki, setki, czasem tysiące różnych genów. 

To geny rozdystrybuowane we wszystkich populacjach, w finezyjnych wzorcach, które nie oddają podziałów na rasę – choć odzwierciedlają ludzkie migracje i działanie selekcji.

Tzw. badania asocjacyjne całego genomu (GWAS), polegające na szukaniu takich genów, które statystycznie częściej współwystępują z danymi cechami – choć mechanizm działania tych genów w wielu przypadkach nie jest jeszcze znany – pokazują, że rozkład nawet tak mocno kojarzących się rasowo cech jak te związane z predyspozycjami do uprawiania sportu nie oddaje żadnych rasowych wzorców.

Ktoś mógłby się w tym miejscu zastanowić, czy nie próbuję tu przemilczeć kłopotliwego pytania: nawet jeśli koncepcja tradycyjnie rozumianych ras nie ma sensu, to czy tak wiele się zmieni, jeśli pogrupujemy ludzi w znacznie mniejsze, bliżej spokrewnione grupy etniczne – i jeśli kiedyś w tych grupach znajdziemy istotne różnice, np. w predyspozycjach do uprawiania sportu czy, nie daj Boże, inteligencji?

Po pierwsze, to jedno z pytań, na które – przynajmniej w kontekście medycyny – nauka będzie starała się odpowiedzieć, ale na razie nie mamy zbyt wielu danych na ten temat. Po drugie – absolutnie tak! Uważam, że w kluczowym kontekście – zjawiska rasizmu – to zmienia wszystko.

Problem rasizmu nie polega na tym, że przypisujemy grupom ludzi prawdziwe cechy, ale na tym, że przypisujemy im nieprawdziwe cechy albo przypisujemy jakiekolwiek cechy z fałszywego powodu. 

Spróbujcie sobie zresztą wyobrazić „podbudowane naukowo” uprzedzenia rasowe w świecie, w którym, by wykazać różnice między populacjami, trzeba brać pod uwagę setki, tysiące czy dziesiątki tysięcy małych grup ludzi – różniących się między sobą pod kątem całej masy cech – a przy tym te różnice można wyrażać wyłącznie wartościami procentowymi. I nie zapominajmy, że genetycznego pochodzenia osoby nie da się ocenić na oko.

Medycyna nierasowych przypadków

Pojęcie rasy nie wróci do łask w nauce – z powodów historycznych, światopoglądowych i dlatego, że nie niesie ono użytecznych biologicznie informacji. Zapewne nie zniknie z niej kategoria pochodzenia genetycznego czy etnicznego, ale nie wywróci ona do góry nogami naszego świata. Zmieni go medycyna spersonalizowana, celowana pod geny konkretnego pacjenta.

Lekarzy przyszłości nie będzie szczególnie interesować to, że 62 proc. moich genów pochodzi z Europy wschodniej, 20 proc. znad Bałtyku, 15 proc. z Bałkanów, a 3 proc. z Niemiec – bo za tymi geograficznymi etykietami nadal mogą kryć się rozmaite warianty genetyczne. Doczekamy się zapewne innych genetycznych klasyfikacji, wyrażających liczbowo podatność do zapadania na jakieś choroby albo przypominających klasyfikację grup krwi, choć znacznie bardziej złożonych.

Idea rasy u ludzi umrze nawet na naszych oczach. Ale rasizm – zapewne nie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Rasy nie istnieją