Nie zaczynajmy od Boga. Jak rozmawiać z ludźmi, którzy odeszli z Kościoła?

Jeśli mamy dziś mówić do ludzi, którzy odeszli z Kościoła, to nie przyciągniemy ich, używając tego samego co zawsze języka religijnego. Na pewnym etapie nie musimy nawet mówić o Bogu.
Czyta się kilka minut
Kapliczka w miejscowości Ignaców w województwie łódzkim, maj 2024 // Fot. Karol Porwich / East News
Kapliczka w miejscowości Ignaców w województwie łódzkim, maj 2024 // Fot. Karol Porwich / East News

W znakomitej książce „Chrześcijaństwo. Triumf religii” Peter Heather próbuje odpowiedzieć na dwa pytania: co sprawiło, że tak znaczna część mieszkańców Europy przyjęła niegdyś chrześcijańską tożsamość i cóż takiego się wydarzyło, że teraz Europa doświadcza głębokiej dechrystianizacji? 

Autor twierdzi, że nie ma decydującej przyczyny tych zmian. Niemniej, jedna jest szczególnie uderzająca: chrześcijaństwo, pomimo nielicznych wyjątków, nie rozszerzało się w Europie, a wcześniej na terenie Cesarstwa Rzymskiego, przez ewangelizację i osobiste nawrócenie. Jego przyjęcie, często tylko zewnętrzne, było wymuszane przez aktualnie panującą władzę (poddani musieli być chrześcijanami), przez stosunki społeczno-ekonomiczne (kto chciał zachować lub zdobyć pracę, musiał przyjąć chrzest) albo też nieraz przez czysty przypadek. 

Kryzys wiary czy przełom w Kościele?

Trudno kogokolwiek za to winić. Po prostu inaczej być nie mogło. Taki modus przez wieki doprowadził do tego, że można być chrześcijaninem bez nawrócenia albo przyjmować chrzest bez wiary (czego Jezus nie zakładał, uznając wiarę za konieczną do zbawienia; por. Mk 16, 16-17). 

Żyjemy więc w przełomowym momencie dziejów Kościoła, ponieważ, paradoksalnie, współczesne demokracje umożliwiają w końcu bardziej świadomy wybór Jezusa i Ewangelii. Chociaż „skutkiem ubocznym” tego procesu będzie radykalne zmniejszenie liczby chrześcijan – tych autentycznych, którzy nie będą nimi już tylko z nazwy. 

„Pocieszamy się, że jeszcze dużo ludzi przychodzi do kościoła, ale tak naprawdę za mało wychodzimy do tych, którzy się od niego oddalili” – mówił abp Tadeusz Wojda, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, w niedawnym wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego”. Trzeba przyznać, że jest to troska każdego z posoborowych papieży. Tyle że wciąż nie do końca wiemy, jak to robić. Tradycyjne sposoby i doświadczenia już nie wystarczają. Dlaczego?

Jak rozmawiać z tymi, którzy odeszli z Kościoła?

Znajoma siostra służebniczka opowiadała mi o swojej dwunastoletniej pracy we Francji. Zlecono jej katechumenat młodych. Pewnego razu przyszła do parafii młoda kobieta, która nie miała zielonego pojęcia o chrześcijaństwie. Jak tam trafiła? Idąc ulicą podniosła z ziemi zmiętą ulotkę. Była na niej modlitwa „Ojcze nasz”. Nigdy o niej nie słyszała, ale spodobało jej się, że jest jakiś Ojciec, który daje codzienny chleb. Spytała w pracy koleżankę. Ta odpowiedziała: „To modlitwa chrześcijan”. „Gdzie ich mogę znaleźć?”. „Mogę cię zaprowadzić – jestem chrześcijanką” – odparła znajoma.

Nie jest to obrazek typowy dla Polski. Takich osób jest u nas bardzo mało. W Polsce większość ludzi wie, czym jest „Ojcze nasz”. I na tym polega problem. Jak dotrzeć do tych, których chrześcijaństwo już „nie rusza” albo zostali w nim zranieni lub zawiedzeni?

Zostawiam na boku kwestię przyczyn odejścia ludzi z Kościoła – ten temat wielokrotnie był poruszany, mamy do dyspozycji kilka porządnych badań. Ale jeśli wnikliwie zaczniemy czytać ewangeliczne opowieści, znajdziemy w nich modelowy sposób „wyjścia” do tych, którzy odeszli.

Spójrzmy np. na spotkania Zmartwychwstałego z uczniami. Jezus jest w nich taki sam jak za życia ziemskiego. Wszystkim uczniom objawia się na sposób ludzki – słucha ich, nie potępia, dostosowuje się do ich aktualnej trudności, wchodzi w ich doświadczenie zagubienia, smutku, zawodu, wątpliwości. Często podchodzi indywidualnie do każdego ucznia.

Osoby, które dziś odeszły z Kościoła, zwykle nie odrzuciły Ewangelii z premedytacją, z wygody albo cynizmu. Większość z nich przypomina raczej tamtych uczniów, którzy zwątpili. Nie wiem, czy można do nich trafić poprzez „stadionową ewangelizację”. Innymi słowy – jeśli mamy dziś do nich mówić, to nie przyciągniemy ich, używając tego samego co zawsze języka religijnego. Najpierw musimy wziąć w nawias całą religijną nomenklaturę i zrobić wszystko, by ci, którzy odeszli, bo zostali zranieni, zawiedzeni, niezrozumiani, wykluczeni – ujrzeli w nas ludzi. Na tym etapie nie musimy nawet mówić o Bogu.

Nie da się tego zrobić w ramach instytucjonalnych możliwości Kościoła, który zresztą zwykle źle im się kojarzy. Ale mogą to zrobić wszyscy, którzy są członkami Ciała Chrystusa i wszędzie, gdziekolwiek się znajdują.

Toksyczne obrazy Boga i błędy katechezy

Pamiętamy z opowieści Ewangelii, że Tomasz na pewien czas odłączył się od uczniów. Naznaczyliśmy go nieuczciwą łatką „niedowiarka”. A on zmagał się z wątpliwościami. Nie potrafił uwierzyć innym. Chciał sam dotknąć Jezusa. Ten wychodzi naprzeciw jego pragnieniom. Zaprasza go, by dotknął jego ran i boku. Czy Tomasz to zrobił? Nie wiemy. Moim zdaniem nie. Bo gdy usłyszał od Jezusa, że może Go dotknąć, dotarło do niego, że to musi być ten sam Jezus, co dawniej. Przecież za życia ziemskiego Jezus pozwoliłby mu i na wątpliwości, i na pytania, i na dotknięcie Go.

Spotkałem niedawno 22-letniego Piotra. Dużo rozmawialiśmy. Pochodzi z ultrareligijnej rodziny. Skończył katolicką szkołę. Dziś uznaje się za ateistę, chociaż jest zafascynowany religią. Słuchałem go przez kilka godzin. Zadawał trudne pytania, na wiele nie znałem odpowiedzi. Ale zorientowałem się, że jedną z przyczyn jego deklarowanego ateizmu jest to, że ani w domu, ani w szkole nie pozwalano mu na wypowiedzenie tego, co czuje i myśli. Część jego dylematów wynikała z wykoślawionych interpretacji Pisma Świętego, zasłyszanych na katechezie i w domu. Na przykład, że do Boga dociera się przez cierpienie. Albo: jeśli nie będziesz robił tego, co ci Bóg każe, pójdziesz do piekła. Nie chciał mieć do czynienia z takim Bogiem. Ja też – powiedziałem mu. Bo to Bóg stworzony przez ludzi.

Tomasz jest dla mnie również patronem wszystkich tych osób, które zdystansowały się od Kościoła z powodu podejrzliwości czy wrogości jego ludzi do współczesnej nauki. O tym właśnie często mówią młodzi, dziś dużo bardziej wykształceni niż dawniej. Widzą, jak wiele w nauczaniu Kościoła rozjeżdża się z odkryciami naukowymi. Bo nie da się na dłuższą metę zbywać tych pytań ogólnikowymi frazesami.

Skoro mowa o wątpliwościach, podzielę się jedną z nich. Jan Paweł II w encyklice „Redemptoris missio” pisze, że są w Kościele tacy chrześcijanie „starej daty”, którzy poznali Chrystusa, przyjęli, a potem odrzucili, „żyjąc nadal w kulturze, która wchłonęła w znacznej części zasady i wartości ewangeliczne” (37). 

Nie jestem jednak pewien, czy ten Chrystus, którego oni poznali i odrzucili, był prawdziwym Chrystusem. My tylko zakładamy, że głosiliśmy w Kościele zawsze czystą, nieskażoną niczym Ewangelię. Nawet gdyby tak było, i tak nie wszyscy musieliby przyjąć Chrystusa. Bo ludzie buntują się nie tylko przeciwko „Bogu”, który jest tyranem, przemocowcem, projekcją naszych doświadczeń. Można buntować się przeciw Bogu, który jest dla nas darem i bezinteresowną miłością.

Biblijny wzór nowoczesnej ewangelizacji

Czego by nie powiedzieć o Zygmuncie Freudzie, trzeba przyznać, że kilku jego odkryć i intuicji nie da się pominąć milczeniem. Choćby tego, co pierwotnie psychoanaliza nazywała „superego”. Jako uwewnętrzniony rodzic czy inny autorytet reguluje ono nasze zachowanie. Również w Kościele zastosowaliśmy reguły, którymi kieruje się religijność naturalna i porządek społeczny tego świata (zupełnie bezwiednie, może po prostu dlatego, że świetnie się sprawdzają). W religijności naturalnej Bóg ma być taki jak my, czyli należy się go bać, jak Adam i Ewa ukryci przed nim w krzakach. 

Strach jest najsilniejszym motywatorem człowieka. W końcu nasz archaiczny mózg – jak powiada neurodydaktyk prof. Marek Kaczmarzyk – reaguje najpierw na zagrożenia i niebezpieczeństwa. Przez całe wieki ludzi nie wprowadzano do Kościoła przez prawdziwą ewangelizację (i dalej – przez stałą formację), tylko przy pomocy różnych środków przymusu (niekoniecznie fizycznego).

Parafrazując Freuda można powiedzieć, że głosiliśmy często nie tyle Boga Jezusa Chrystusa, co nasze superego: „Boga” stworzonego na nasz obraz i podobieństwo. Superego zasadniczo oddziałuje na emocje, nie na rozum, budzi poczucie winy, ale i strach przed utratą miłości rodzica, przed karą, „nieobliczalnością” Boga. Nic bardziej nie nadaje się do motywowania ludzi, by postępowali „dobrze”, żyli według Dekalogu i chodzili do kościoła, jak strach przed Bogiem, przymus i manipulacja.

Dziś ten mechanizm się rozpada. Zewnętrzna motywacja wiary osłabła. A wewnętrznej często po prostu nie ma. Wypadałoby więc wprowadzić tę wiedzę do formacji już w seminarium i oczyszczać, na ile to możliwe, nasze głoszenie od wpływów wewnętrznego krytyka i czysto ludzkiego wyobrażenia Boga.

Inny młody człowiek, Michał, opowiadał mi, że przestał chodzić do kościoła zaraz po przyjęciu bierzmowania. W czasie przygotowania do tego sakramentu niemal na okrągło słyszał, jaki jest zły, grzeszny i niegodny. Miał tego po dziurki w nosie. Dopiero po kilku latach – gdy przekonał się, że jest w nim coś więcej niż tylko grzech – zaczął znów uczestniczyć w mszy.

Piękny opis spotkania Jezusa z uczniami, którzy wybrali się łowić ryby, znajdziemy pod koniec Ewangelii według św. Jana. Jezus ukazuje im się nad ranem, jak rodzic, który przygotowuje śniadanie. Czy może być coś bardziej ludzkiego, codziennego i prostszego niż ten gest? Nie beszta uczniów za to, że wrócili do starego fachu. Z wielką czułością nazywa ich dziećmi. Okazuje im swoją troskę.

Twórcy kursu „Alpha” wychodzą właśnie z tego założenia: rozumieją, że zaufanie, konieczne do przyjęcia Ewangelii, buduje się najpierw przy wspólnocie stołu. Jezus też jadał z celnikami i grzesznikami – właśnie po to, by najpierw zbudować z nimi relację zaufania. Nicią tej relacji było więc jego człowieczeństwo. Dopiero po śniadaniu wypomina Piotrowi trzykrotne wyparcie się go. Ten, kto przygotowuje śniadanie, nie może być do ciebie wrogo nastawiony.

Dlaczego czasem trzeba pozwolić bliskim odejść z Kościoła

Joseph Ratzinger w tekście „Boża władza – naszą nadzieją” ciekawie aplikuje przypowieść o miłosiernym ojcu do relacji świeccy-duchowni. Twierdzi, że księża często stają się starszymi braćmi, dla których pozostanie w domu i wierność staje się ciężarem. Ale nie mają odwagi, by ten dom opuścić. Ciężarem dla starszego syna nie jest jednak ojciec (nawet jeśli syn tak uważa), lecz „coś” w nim samym: ten „porządny” syn czuje się niewolnikiem.

W takich sytuacjach ze specyficzną przysługą starszym braciom (księżom) mogą pośpieszyć młodsi – bracia czy siostry – którzy odeszli, z różnych powodów, ale wrócili. „Doświadczyli oni – pisze Ratzinger – pustyń świata i na nowo odkryli piękno domu”. Ich „wiara (...) przy świńskim korycie ziejącym pustką wygłupów rozrywki odkrywa znowu świeżą wodę Słowa Bożego”.

Ta uwaga nie odnosi się jedynie do wpływu na księży. Jezus kieruje ją do nas: mamy stawać się takimi, jakim ojciec był wobec obu swoich synów. Nadszedł czas, kiedy musimy pozwolić innym odejść z Kościoła, pozwolić zbuntować się, oddalić. To nieraz jedyny sposób, by zostawić za sobą chrześcijaństwo „starej daty”, które już się zużyło. Powiem więcej, to często jedyna droga, by pszenica, która wprawdzie została zasiana w sercu, ale nie wydała żadnego plonu, obumarła. Zgody na to wśród wielu z nas wciąż jeszcze nie ma. Jakbyśmy nie wierzyli, że Bóg działa także tam, gdzie nawet się Go nie spodziewamy. Jest też tam, gdzie gubi się owca.

Być może za bardzo „ukościelniliśmy” Boga, sądząc, że poza strukturami Kościoła nie daje się już rozpoznać ludziom (jak Zmartwychwstały uczniom). Zapominając, że do głębi ich serc można się przebić dopiero po zburzeniu starych murów, pobycie na pustyni i obudzeniu tęsknoty. Prawdą jest, że ci młodsi bracia budzą w nas – ludziach Kościoła – lęk, niepewność i gniew, które w przypowieści reprezentuje brat starszy. Denerwuje nas to, że ktoś tak po prostu odchodzi: nie boi się potępienia ani tego, co ludzie powiedzą. Młodsi bracia wydobywają na światło niedojrzałą, nieewangeliczną motywację wystraszonych starszych braci. Dlatego też działają na nich jak płachta na byka.

Kiedy zrozpaczeni rodzice lub dziadkowie z bólem serca, a często i z płaczem opowiadają w konfesjonale, że ich dzieci albo wnuki nie chodzą już do kościoła i żyją bez ślubu, nawiązuję zwykle do tej przypowieści – o miłosiernym ojcu. Okazuje się, że z różnych powodów trudno im przyjąć postawę miłosiernego ojca. A to jedyna droga, by nawiązać ponownie więź z tymi, którzy odeszli.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 19/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Kazanie czy śniadanie