Nie tylko Poczobut. Jak reżim Łukaszenki niszczy polskość

Sprawa Andrzeja Poczobuta pokazuje, jak reżim Łukaszenki uderza w Polaków na Białorusi — likwiduje polskie szkoły, ogranicza język i niszczy miejsca pamięci.
Czyta się kilka minut
15 lat temu było to możliwe, dziś to niewyobrażalne: rok 2011, białoruscy Polacy protestują przeciw zatrzymaniu Andrzeja Poczobuta. Został on wtedy skazany w zawieszeniu za „zniesławienie” Łukaszenki. // Fot. Tatyana Zenkovich / EPA / PAP
15 lat temu było to możliwe, dziś to niewyobrażalne: rok 2011, białoruscy Polacy protestują przeciw zatrzymaniu Andrzeja Poczobuta. Został on wtedy skazany w zawieszeniu za „zniesławienie” Łukaszenki. // Fot. Tatyana Zenkovich / EPA / PAP

Mimo powojennych masowych przesiedleń, po roku 1945 w Związku Sowieckim pozostało niemal półtora miliona Polaków. Większość z nich mieszkała na ziemiach wschodnich dawnej II RP, w tym ponad pół miliona na terenie obecnej Białorusi. Była to mniejszość w znacznym stopniu milcząca, gdyż w percepcji władz niemal „z urzędu” podejrzana. Już samo posiadanie wpisu do paszportu „Polak/Polka” narażało na nieprzyjemności. 

Znaczna większość sowieckich Polaków była od pokoleń, często od setek lat, zakorzeniona w miejscach, które uznawali za swoje małe ojczyzny. W szczególności dotyczy to Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny: regionów, gdzie Polacy zamieszkiwali w sposób zwarty. Chociaż kolejne sowieckie spisy powszechne pokazywały coraz mniej deklaracji narodowości polskiej, to według ostatniego, z 1989 r., w Kraju Rad nadal mieszkało ich ponad 1,1 miliona.

Jak odradzała się polskość na Białorusi

Sowiecka pierestrojka w drugiej połowie lat 80. XX w. oraz będąca jej efektem stopniowa polityczna „odwilż” sprawiły, że ponad 400 tys. Polaków na sowieckiej jeszcze Białorusi po raz pierwszy otrzymało możliwość tworzenia własnych struktur, nauczania języka i kultywowania polskości. W 1990 r. powstał Związek Polaków na Białorusi (ZPB): najważniejsza organizacja polska, która po kilku latach liczyła ok. 25 tys. członków. Aktywistą ZPB został wówczas młody Andrzej Poczobut

Powstanie niepodległej, początkowo demokratycznej Białorusi otworzyło przed mniejszością polską nowe możliwości. Dzięki wsparciu finansowemu ze strony Polski udało się stworzyć sieć kilkunastu Domów Polskich w większych miastach; miały być ośrodkami rozwoju polskiej kultury i języka. W Grodnie i Wołkowysku zaś zbudowano dwie szkoły z polskim językiem nauczania.

Deklarowanie polskości na Białorusi przestało być ryzykowne, a stało się wręcz prestiżowe. Ułatwiało dostęp do edukacji, wyjazdów dzieci na kolonie i studia do Polski. Kwitło nauczanie języka polskiego zarówno na kursach prowadzonych przez organizacje polskie, jak i komercyjnych. Reżim Alaksandra Łukaszenki, prezydenta od 1994 r., był wtedy jeszcze stosunkowo miękką formą autorytaryzmu i nie reglamentował działalności mniejszości polskiej – choć przypatrywał się jej z rosnącą uwagą.

Kościół pomagał odbudować polską wspólnotę

Od 1998 r., kiedy zacząłem moje liczne potem podróże na Białoruś, mogłem obserwować, jak prężnie działają polskie organizacje, jak garnie się do nich młodzież i jak wielki kontrast stanowi to z sytuacją sprzed ledwie dekady. Polskość znajdowała się na najwyższym poziomie rozwoju i wydawało się, że po dekadach prześladowań w końcu będzie normalnie.

Niezwykle ważnym elementem, początkowo wspierającym odbudowę polskości, było odrodzenie Kościoła katolickiego. Nie doszłoby do tego bez polskich księży. W latach 90. XX w., w sytuacji ogromnego braku białoruskich kapłanów, do pracy duszpasterskiej przybyło ponad 300 duchownych z Polski, którzy – często dosłownie – odbudowywali zniszczone świątynie i wznosili nowe, zajęli się też pracą z dorosłymi i młodzieżą. 

Obecni byli we wszystkich miejscach, gdzie mieszkali Polacy i katolicy. A trzeba podkreślić, że pod względem liczebności ta druga kategoria jest niemal czterokrotnie większa niż pierwsza.

Kościoły stały się również miejscami krzewienia języka i kultury polskiej, aktywizowały środowiska polskie. Przynajmniej do czasu, gdy Kościół katolicki zaczął się zmieniać i postawił na białoruski, a nie polski charakter, czego wyrazem była m.in. ekspansja języka białoruskiego w nabożeństwach. Jest to jednak historia na zupełnie inną opowieść. 

Kiedy Łukaszenka uznał Polaków za zagrożenie

Nieustanny rozwój polskości na Białorusi zaczął wywoływać zaniepokojenie reżimu Łukaszenki. Wzrost represywności dyktatury, która we wszystkich niekontrolowanych środowiskach widziała potencjalne zagrożenie, sprawił, że polskość znowu zaczęła być podejrzana.

Pierwsze represje zaczęły spadać na Związek Polaków na Białorusi, który był wtedy w ogóle największą społeczną organizacją w kraju. Już samo tylko to wystawiło ją na celownik władz. Gdy w 2005 r. prezeską została Andżelika Borys, władze uznały jej wybór za nielegalny i doprowadziły do ponownych „wyborów”, które tym razem „wygrał” lojalny kandydat.

W Związku doszło do rozłamu. Powstały dwie organizacje pod tą samą nazwą: jedna w pełni kontrolowana przez reżim (choć nieliczna) i druga, ten prawdziwy i masowy Związek na czele z Andżeliką Borys. Nieuznany i zmuszony do działalności nielegalnej, coraz bardziej w „podziemiu”. Towarzyszyło temu przejęcie przez władze wszystkich szesnastu Domów Polskich. Przestały pełnić funkcje, do których je powołano, a ich działalność została sparaliżowana.

Związek Polaków na Białorusi zepchnięty do podziemia

Zorganizowana aktywność białoruskich Polaków podzieliła los innych organizacji i inicjatyw obywatelskich na Białorusi. Coraz bardziej represyjny reżim uznał je za zagrożenie. Mimo że – wbrew regularnym i absurdalnym zarzutom władz w Mińsku – Związek Polaków na Białorusi nie angażował się w politykę, nie wspierał opozycji ani tym bardziej nie występował za przyłączeniem zachodnich regionów do Polski.

Jeśli autorytarny reżim uznaje kogoś za wroga, to zawsze znajdą się jakieś zarzuty, choćby najbardziej wydumane.

W 2011 r. Andrzej Poczobut, wówczas jeden z kluczowych aktywistów nielegalnego ZPB, po raz pierwszy został zatrzymany. Oskarżono go o zniesławienia Łukaszenki i skazano na trzy lata więzienia w zawieszeniu. Rok później ponownie trafił do aresztu, ale po niedługim czasie został uwolniony. ZPB, Polska Macierz Szkolna i mniejsze organizacje polskie nadal działały, ale było widoczne, że z każdym rokiem tlenu jest coraz mniej.

Po 2020 roku represje stały się systemowe

Najgorsze przyszło po sierpniu 2020 r. Wielkie protesty społeczne, które wybuchły po sfałszowanych wyborach prezydenckich, zachwiały reżimem. Łukaszenka przetrwał dzięki wsparciu Rosji i lojalności struktur siłowych. Zmasowany atak na społeczeństwo obywatelskie, w tym na struktury mniejszości polskiej, był kwestią czasu.

23 marca 2021 r. aresztowana została Andżelika Borys, a dwa dni później Andrzej Poczobut i wielu innych, mniej znanych aktywistów mniejszości polskiej. Najczęstsze zarzuty wobec nich dotyczyły „podżegania do nienawiści na tle etnicznym”, „próby obalenia władz” i „rehabilitacji nazizmu”. Wielu białoruskich Polaków ratowało się ucieczką do Polski, dołączając do największej w historii tego kraju emigracji, która w ciągu ostatnich sześciu lat objęła co najmniej pół miliona osób.

Reżim – pałający rządzą odwetu, rozdzielający ciosy niemal na ślepo – zaczął zamykać w więzieniach tysiące realnych i wyimaginowanych przeciwników. Na Białorusi zapanowała dyktatura gorsza niż w Rosji, z rozwijającymi się elementami totalitarnymi. Za niewinny wpis w sieci społecznościowej można było trafić do więzienia na długie lata.

Liderzy mniejszości polskiej zostali więc aresztowani, wyemigrowali lub w najlepszym razie, zastraszeni, zmuszeni byli zaprzestać aktywnej działalności. Dwie polskie szkoły zostały przestawione na język rosyjski. Nauczanie języka polskiego stało się jeśli nie zupełnie niemożliwe, to bardzo utrudnione, także w przypadku firm komercyjnych.

Jak reżim walczy z polską pamięcią

Białoruscy Polacy mogli więc mieć wrażenie powrotu do przeszłości. Także dlatego, że reżim walczył nie tylko z ludźmi, ale również z pomnikami i miejscami pamięci. Armia Krajowa, która podczas II wojny światowej bardzo aktywnie działała na Grodzieńszczyźnie, została – jak w czasach sowieckich – zrównana z nazistami. Kultywowanie pamięci o niej, czym aktywnie zajmował się m.in. Poczobut, wyjęto spod prawa. 

Przedstawiciel ambasady RP w Mińsku, charge d’affaires Marcin Wojciechowski, składa w Mikuliszkach (obwód grodzieński) kwiaty na miejscu, gdzie znajdował się cmentarz wojenny żołnierzy AK poległych w 1944 r. Cmentarz ten został zrównany z ziemią przez białoruskie władze w połowie 2022 r. // Ambasada RP w Mińsku

Zaczęło się systemowe niszczenie polskich pomników upamiętniających wydarzenia historyczne – w tym także powstanie styczniowe (1863-65), o którym pamięć łączy Polaków i antyreżimowych Białorusinów. 

I nie tylko pomników: buldożery barbarzyńsko zrównywały z ziemią wiele polskich grobów i cmentarzy wojennych. Polskojęzyczne tablice zaczęły znikać również z wielu kościołów. W świątyni w Sołach (w obwodzie grodzieńskim) zamalowano stuletni fresk, przedstawiający scenę z bitwy warszawskiej z bolszewikami w 1920 r. Kultywowanie pamięci o polskiej historii i tradycji stało się nielegalne.

Kościół katolicki na celowniku reżimu

Reżim uderzył również w Kościół katolicki, który w niektórych miejscach pozostawał ostoją polskości. Wielu księży poddano represjom, niektórych oskarżonych o „zdradę” i uwięziono. 

Bodaj najbardziej znanym był ks. Henryk Okołotowicz, skazany na 11 lat więzienia. Po dwuletniej odsiadce został uwolniony pod koniec 2025 r. (dzięki mediacji Watykanu) i zmuszony do opuszczenia Białorusi. Ale że reżim nie lubi próżni, w marcu tego roku do aresztu trafił ks. Anatol Parachniewicz.

Systematycznie spada również liczba polskich księży, którzy są pozbawiani prawa do pracy i zmuszani do wyjazdu z kraju. W ostatnich miesiącach pięciu z nich musiało opuścić Białoruś, w tym pracujący tutaj od 30 lat ks. Stanisław Mżygłód, proboszcz sanktuarium w Brasławiu, „białoruskiej Częstochowie”. Dzieje się to w sytuacji coraz większego deficytu kapłanów.

Władze zarządziły także zmianę prawa regulującego funkcjonowanie wspólnot wyznaniowych, co doprowadziło do przymusowej ponownej rejestracji każdej parafii. W efekcie ich liczba znacząco spadła – przykładowo z 24 do 12 w obwodzie mohylewskim oraz z 94 do 85 w witebskim. Niedawno, w kwietniu, białoruscy działacze praw człowieka, w tym noblista Aleś Bialacki, wezwali Watykan do aktywniejszej reakcji na represje wobec białoruskich duchownych i wiernych.

Polskość na Białorusi stała się nielegalna

Tak zmasowane represje wobec mniejszości polskiej na Białorusi przywodzą na myśl działania sowieckie – z tą różnicą, że obecnie nie dochodzi do masowych zabójstw. Kultywowanie polskości pozostaje dziś jednak, tak jak w przeszłości, w istocie już nielegalne. 

Nie ma wątpliwości, że reżim dąży do możliwie szybkiego wynarodowienia i do rusyfikacji białoruskich Polaków. Warto zaznaczyć, że podobne represje spadają na język i kulturę białoruską, która również znajduje się na celowniku władz.

Polscy działacze, którzy pozostali na Białorusi, są zastraszani, a czasami wręcz wykorzystywani w polityce propagandowej reżimu. Przykładem mogą być wywiady Andżeliki Borys (zwolnionej po rocznym uwięzieniu) dla oficjalnych mediów, w których zaprzeczała, że Polacy są dyskryminowani, i zapewniała, że nikt nie zabrania nauczania języka polskiego i kultywowania tradycji…

Jaka przyszłość czeka polską mniejszość na Białorusi

Utrzymanie polskości na Białorusi w warunkach dyktatury staje się zadaniem karkołomnym. Wielu Polaków zdecydowało się zatem na wyjazd do Polski. Ich dokładna liczba pozostaje nieznana.

Wiadomo, że ponad 160 tys. obywateli Białorusi posiada Kartę Polaka, która daje możliwość pracy, studiów i zamieszkania w Polsce oraz uproszczoną drogę do uzyskania polskiego obywatelstwa. Można zatem przypuszczać, że spośród ok. 400 tys. obywateli Białorusi, którzy mieszkają obecnie w Polsce, sporą część stanowią etniczni Polacy.

Przyszłość mniejszości polskiej na Białorusi jest uzależniona od trwałości reżimu Łukaszenki: bez przemian demokratycznych nie jest możliwe, aby polskość można było ponownie kultywować bez strachu przed karą.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”