PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: W dużej części internetowego komentariatu i w mediach prawicowych ta historia jest prosta: szlachetne zakonnice z Broniszewic, dominikanki prowadzące placówkę dla chłopców i mężczyzn z niepełnosprawnościami, zderzyły się z „bezdusznym państwem”. Odnajdujecie się Panie w tej narracji?
ANNA KRAWCZAK: DPS w Broniszewicach stał się, poza wszystkim, bytem medialnym, zjawiskiem społecznym. Oczywiście, ten medialny byt ma swój materialny odcisk, konkretnej placówki, w której mieszkają realni ludzie. Ale bardzo istotnym komponentem tej historii jest fakt, że zakonnice z Broniszewic istnieją w wyobraźni wielu ludzi.
Kojarzymy to miejsce z pozytywnym przekazem, uśmiechem, traktujemy je trochę jak „dobro narodowe”, na które nie wolno się nikomu zamachnąć. I powiem tak: kimże ja jestem, by to krytykować – mogę to najwyżej opisać.
Natomiast moją rolą jest refleksja nad tym, jak się mają dzieci mieszkające w tym i innych DPS-ach. Z jeden strony jestem przekonana, że chłopakom z Broniszewic nie spadnie włos z głowy, i że mają tam – jak na rzeczywistość DPS-u – cudnie.
Równocześnie ciężko mi przemilczeć fakt, że niektórzy chłopcy z Broniszewic mieli w ostatnich latach szansę na znalezienie rodzin, jednak na taki ruch – przynajmniej wedle wersji rodzin zastępczych, z którymi miałam kontakt – nie zgodziły się same siostry. Mówię choćby o kilku rodzinach, które były gotowe na przyjęcie bliźniąt z Broniszewic. Bez skutku.
BEATA POTOCKA: Też rozmawiałam całkiem niedawno z rodziną zastępczą, która chciała kilka lat temu przyjąć dzieci z Broniszewic.
A odpowiadając na pytanie, również nie odnajduję się w przywołanej przez Pana prostej narracji. I myślę sobie, że klimat, jaki wytworzył się wokół tej sprawy, wiele mówi o naszym społecznym podejściu do placówek. DPS-y cieszą się sporym poparciem również dlatego, że są dla nas – tzw. zwykłych ludzi – bezpieczne.
To są miejsca, do których „wysyła” się osoby, „których nikt nie chciał”, i które znikają w dużej mierze z pola naszego widzenia, dzięki czemu nie konfrontują nas na co dzień z trudnymi pytaniami: może mógłbym zrobić coś więcej niż wpłacić datek? Może sam mógłbym być rodziną zastępczą?
Co innego dzieci z niepełnosprawnościami, które są w rodzinach – biologicznych, zastępczych, adopcyjnych. Są codziennie w centrum życia, upominają się o miejsce w szkole, u lekarza, w autobusie. I przeczą powtarzanemu w ostatnich dniach zdaniu o istnieniu dzieci, które „muszą być w placówkach”, gdyż „nikt ich nie chciał”.
Mówi Pani o własnych dzieciach? Opowiedziała Pani o nich w „Tygodniku” kilka lat temu.
BEATA POTOCKA: Również o nich: niektóre mają przecież cięższe niepełnosprawności niż większość dzieci mieszkających w placówkach całodobowych. Ale chcę podkreślić, że jestem jedną z setek polskich rodzin, które funkcjonują na co dzień z tymi rzekomo „niechcianymi” dzieciakami, i robią to bardzo często z poczuciem wielkiego szczęścia.
Uporządkujmy teraz najważniejsze fakty. Kim są polskie dzieci mieszkające w domach pomocy społecznej?
ANNA KRAWCZAK: To w sumie ok. 900 dzieci z niepełnosprawnościami, których sytuacja prawna jest bardzo zróżnicowana, ale można je podzielić z grubsza na trzy grupy.
Grupa pierwsza to ci, którzy trafili do DPS-u bezpośrednio z rodziny biologicznej – bo działa im się tam krzywda, na skutek której rodzicom odebrano lub ograniczono prawa.
Co ciekawe, o ile w przypadku takich samych dzieci, tylko bez niepełnosprawności, czyni się ruchy, by uregulować sytuację prawną – odebrać uprawnienia rodzicom, bądź odwrotnie: uzdrowić sytuację w rodzinie – o tyle w przypadku dzieci z niepełnosprawnościami takich starań się zwykle nie robi. Więc są w DPS-ie, często do końca życia, mając formalnie rodziców.
W tej grupie są też niestety pełnosprawne rodzeństwa tych dzieci. Przyglądam się teraz sprawie niepełnosprawnego dziecka, które mieszka w DPS i chodzi stamtąd do szkoły specjalnej. Razem z nim przebywa w placówce dwoje nastolatków. Dlaczego tam są? Może również z tego powodu, że stanowią doskonałą wyrękę jako bezpłatna siła robocza, osoby do opieki nad leżącymi pensjonariuszami.
Skupiamy się od wielu dni na „wielkim sercu sióstr z Broniszewic”, i dobrze, ale kompletnie umykają nam te setki niesłychanych zupełnie historii dzieci mieszkających w DPS-ach, które w ogóle nie powinny tam być! Odpowiedź na pytanie, dlaczego jednak tam są, jest niestety boleśnie prosta – bo w Polsce do DPS-u, nawet będąc dzieckiem, bardzo łatwo trafić. Znacznie łatwiej niż znaleźć rodzinę zastępczą, bo to wymaga więcej wysiłku i poświęcenia ze strony urzędników.
Kim są dzieci z grupy drugiej?
ANNA KRAWCZAK: To dzieciaki, które nie były krzywdzone w swoich domach, ale rodzice uznali, że nie są w stanie – ze względu na niepełnosprawność lub chorobę dziecka – opiekować się nim na co dzień. Wielu rodziców w obrębie tej grupy nigdy o tych dzieciach nie zapomina. Odwiedza je, zabiera na wakacje, weekendy, święta – są pełnoprawnymi członkami swoich rodzin, tyle że na co dzień mieszkają w placówce.
Ale są też tu dzieci zapomniane, nieodwiedzane. Co ciekawe, ci rodzice nie są w Polsce pozbawiani swoich praw – to temat niedotykany i niewygodny.
Grupa trzecia?
ANNA KRAWCZAK: To dzieci, które były w pieczy zastępczej – w rodzinach lub domach dziecka – ale trafiły do DPS-ów. W ogóle w rodzinach zastępczych jest bardzo dużo, bo prawie 8 tys. dzieci z niepełnosprawnościami. I to niekoniecznie w specjalnie do tego celu powołanych tzw. rodzinach specjalistycznych, szkolonych do opieki nad dzieckiem z dodatkowymi potrzebami.
Wiele z nich jest w tzw. rodzinach spokrewnionych, czyli pod opieką np. dziadków. Tyle że ci dziadkowie w którymś momencie umierają, a dzieci wędrują do całodobowej placówki.
Te 900 dzieci, o których Pani mówi, już w DPS-ach pozostanie. Bo nawet jeśli wejdzie w życie głośna nowelizacja prawa, zakładająca stopniowe wygaszanie działania DPS-ów dla małoletnich, to nie zadziała ona – co oczywiste – wstecz.
BEATA POTOCKA: Obejmie kolejne dzieci: od nowego roku nie będzie ich można w całodobowych placówkach umieszczać. Mówimy o około pięćdziesiątce dzieciaków rocznie. W tej nowelizacji chodzi też o to, by wymusić na samorządach działania, które pozwolą na znalezienie dla tych dzieci rodzin. Będzie trzeba wykonać większy wysiłek niż do tej pory, by np. pozyskać specjalistyczne rodziny zastępcze. Bo ten utarty szlak – dziecko plus porzucenie plus niepełnosprawność równa się DPS – przestanie działać.
I tutaj zaczyna się chyba prawdziwy spór. Bo nikt już w XXI wieku nie twierdzi, że opieka wychowawców w DPS-ie, choćby to była opieka wspaniałych zakonnic, jest lepsza od posiadania kochającej rodziny zastępczej albo adopcyjnej. Natomiast zasadne jest stawiane pytanie: czy państwo jest przygotowane, by tej pięćdziesiątce dzieci rocznie znaleźć rodziny?
BEATA POTOCKA: To zależy, kto się tym zajmie, i kogo w tej pięćdziesiątce dzieci zobaczy. Jeśli urzędnik zobaczy tam człowieka i poważnie podejdzie do jego losu, to wierzę, że takie miejsce się znajdzie. Mój syn, Kacper, o którym opowiedziałam jakiś czas temu „Tygodnikowi” w reportażu, to jest przecież najlepsza tego ilustracja. Dokumenty chłopca z niepełnosprawnością, który przez kilkanaście lat nie znał innego życia niż to w placówce, trafiły na biurko wiceprezydenta Gdyni Michała Gucia – chłopiec miał po prostu przejść z placówki dziecięcej do tej dla dorosłych. A wiceprezydent powiedział: „DPS? Po moim trupie!”.
Ale coś, co w ramach obecnie obowiązujących przepisów urosło do rangi niezwykłego gestu urzędnika, teraz ma się stać normą. I zasadne jest pytanie, czy polskie państwo jest na to gotowe?
ANNA KRAWCZAK: Jest zasadne, a ja wcale nie mam – niestety – twierdzącej odpowiedzi na to pytanie. Dlatego z uwagą wsłuchuję się w głosy tych, którzy na fali wzmożenia wokół Broniszewic mówią, że bardzo łatwo posługiwać się szczytnymi i ogólnie słusznymi humanistycznymi hasłami, a bardzo trudno je wcielać w życie.
Ta nowelizacja nie daje wystarczających narzędzi oraz finansowania, żebyśmy mogli być spokojni o realizację tych haseł. Ich spełnienie znowu może zależeć od determinacji pojedynczych osób – a przecież nie o to nam chodzi.
Chcę zwrócić uwagę na wątek tej nowelizacji, o którym niemal się nie mówi. Chodzi o dzieci z innych placówek, tzn. z Interwencyjnych Ośrodków Preadopcyjnych, przyjmujących dzieci do pierwszego roku życia. W myśl nowelizacji, IOP-y też nie mogłyby przyjmować od przyszłego roku nowych dzieci, ale wokół tego wątku nie ma burzy. Dlaczego? Otóż dlatego, że urzędnicy Ministerstwa Rodziny dogadali się z prowadzącymi te placówki, pytając ich, co się musi stać, żeby ta zmiana w nich nie uderzyła, i żeby była skuteczna.
Podobnych rozmów niestety nie przeprowadzono z prowadzącymi DPS-y dla dzieci. I oni teraz uważają, że dzieje się im – a przede wszystkim ich dzieciom – krzywda. Być może gdybym była zakonnicą z Broniszewic, też bym tak uważała. Tych ludzi nie włączono w proces zmian, nie skonsultowano z nimi nowelizacji. I taki jest tego efekt.
Czyli mamy kolejną typowo polską reformę: ogólnie słuszną i źle przygotowaną?
ANNA KRAWCZAK: Niestety tak, w dużej części. Mówimy DPS-om: przekształćcie się w domy dzienne, albo w coś innego. To trochę tak, jakby nagle wejść do czyjegoś domu i zacząć mu ten dom meblować. Nad tą nowelizacją pracowało bardzo wiele tęgich, mądrych głów, ale jak widać to nie wystarczy.
Choć dodajmy, że w rządowych zmianach są też rzeczy dobre. Pojawia nam się np. nowa forma rodzinnej pieczy zastępczej, tzw. rodzina opiekuńcza, w której może być dorosłe już „dziecko” z niepełnosprawnością, będące w wieku 25-50 lat. Rządowe zmiany wzmacniają też rodziny zastępcze specjalistyczne, które opiekują się dziećmi z niepełnosprawnościami. Dostają znaczące podwyżki, ma ich być więcej.
Co nie zmienia faktu, że ta reforma nie została dobrze przygotowana i skonsultowana. No i niewiele zmienia w zakresie wsparcia – a właściwie braku wsparcia – dla rodzin biologicznych, które opiekują się niepełnosprawnymi dziećmi. Co ma zrobić rodzina z podbeskidzkiej wsi, która nie ma ani pieniędzy, ani miejsca, gdzie mogłaby prowadzić rehabilitację dziecka? Państwo polskie mówi: „Nie oddawajcie dzieci, miejcie je przy sobie”. Tylko co dalej?
No właśnie: co dalej?
BEATA POTOCKA: Mam nadzieję, że ta nowelizacja mimo wszystko się uda. I mam nadzieję, że wielkie kompetencje osób, które dzisiaj pracują w domach pomocy społecznej, zostaną wykorzystane. Że ja, stanowiąc rodzinę z niepełnosprawnymi dziećmi, będę mogła np. za kilka lat skorzystać ze wsparcia centrum, w które przekształci się taki DPS. Z opieką wytchnieniową, doradztwem itd.
Ten spór, który powstał wokół Broniszewic, był moim zdaniem niepotrzebny. Rozmawiamy językiem licytacji „kto robi więcej” i obwiniania, zamiast dyskutować językiem korzyści – kto do czego może się przydać w nowych warunkach i w świecie, w którym już od dawna wiemy, że rodzina jest lepsza od placówki. Bo daje stałego opiekuna, bo gwarantuje stabilność i bezpieczeństwo, bo oznacza prawo do wolności, własnego planu dnia, relacji intymnych – czyli tego wszystkiego, co w placówce jest albo utrudnione, albo niemożliwe.
ANNA KRAWCZAK: Ja niestety nie mam w sobie tego optymizmu. Myślę, że po tym, co się stało wokół Broniszewic, ta nowelizacja przepadnie. Przepadnie, bo emocja społeczna jest w tej chwili po jednej stronie. Co gorsza, jeśli się nie uda, to nie tylko pozostanie nam status quo z dziewięćsetką dzieci w domach pomocy społecznej, ale z tego status quo długo się nie wygrzebiemy. Obym się myliła.
ANNA KRAWCZAK jest matką czworga dzieci, w tym jednego dorosłego syna. Antropolożka, współtwórczyni i badaczka Zespołu Badań nad Dzieciństwem UW. Współpracuje z Fundacją Dajemy Dzieciom Siłę, szkoli m.in. kandydatów na rodziny zastępcze. Autorka wielu publikacji nt. praw dziecka, adopcji i pieczy zastępczej.
BEATA POTOCKA jest matką dziewięciorga dzieci, mieszka w Gdyni. Przewodnicząca zarządu Koalicji na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej. Autorka wydanej w 2020 r. przez Pomorską Fundację na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej książki „Ratujmy Świat”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















