Gdy studiowałem historię na Uniwersytecie Jagiellońskim, a było to z górą lat temu trzydzieści, jeden z emerytowanych wykładowców, prof. Józef Wolski, lubił opowiadać nam o swoim mistrzu, a prywatnie i teściu, profesorze Ludwiku Piotrowiczu. Ta sama, lekko nużąca powiastka, osadzona w realiach międzywojennego Krakowa, za każdym razem miała na celu to samo: unaocznić żakom skalę zmian, które na przestrzeni lat zaszły w społecznym odbiorze spauperyzowanej obecnie figury wykładowcy akademickiego.
Odmienne modele gospodarowania czasem
Mnie w tych wspomnieniach zawsze uderzało jednak coś zgoła innego. Profesor Piotrowicz, jak z pietyzmem podkreślał jego zięć, nawet do pracy w domowym zaciszu wkładał garnitur, nienagannie wyprasowaną koszulę, krawat i wyglancowane na błysk buty. Czas, który poświęcał swej profesji, był dlań świętością wykluczającą choćby symboliczne koncesje na rzecz wygody. Nie pozwalał nawet, aby skupienie rujnowały mu wizyty szczebioczących wnuczek.

Piszę to, rozparty teraz w fotelu, w krótkich spodenkach, a zza krawędzi monitora laptopa wystają moje bose stopy. W zasadzie to wróciłem do pisania po dłuższej przerwie, którą w środku dnia pracy zrobiłem sobie na partię szachów z synem. Mamy w końcu lato i wakacje, ale ignavis semper feriae, leniwi zawsze mają wolne, jak by pewnie powiedział na ten widok zgorszony profesor.
I błądząc w myślach między zakończoną właśnie partyjką, w której w głupi sposób straciłem królową, a czekającymi na mnie obowiązkami służbowymi, zastanawiam się, który z nas lepiej gospodarował czasem. Ludwik Piotrowicz, który swoją dobę z precyzją zegarmistrza dzielił na odseparowane od siebie etapy i nie dopuszczał, by praca upodabniała mu się do czasu wolnego – i na odwrót? A może jednak ja, gdy usiłuję – jak miliony współczesnych Polaków – wyszarpnąć z nawału obowiązków choćby chwilę dla siebie i bliskich?
Na co statystycznie mamy czas
Do tych rozważań uruchomił mnie Główny Urząd Statystyczny, który pod koniec czerwca opublikował raport pod nieco mylącym tytułem „Budżet czasu ludności”. Mylącym, bo w rzeczywistości chodzi po prostu o to, jak tym czasem gospodarujemy.
W tym gigantycznym badaniu, powtarzanym co dekadę, wzięło udział blisko 55 tysięcy mieszkańców Polski w wieku od 15 lat, którzy – wyjąwszy oczywiście godziny snu – przez całą dobę, co dziesięć minut raportowali za pomocą stosownej aplikacji, czym się w tej chwili zajmują i gdzie przebywają. Tych, którzy z nowymi technologiami są na opak, uzbrojono w dzienniczki.
Badanie odbyło się w roku 2023, ale dopiero teraz udało się opracować zebrane w nim dane. Wyniki pokazują, w jaki sposób na przestrzeni dekady, która upłynęła od poprzedniej edycji z roku 2013, zmieniły się nasze życiowe priorytety i samo podejście do czasu.
Rzeczywistość bez wątpienia zdążyła nam w tym czasie wykonać kilka spektakularnych fikołków i wymusić zmianę, albo i porzucenie niejednego nawyku. Pandemia i lockdown. Kryzys kosztów życia wyznaczany kolejnymi rekordami inflacji. Wreszcie – wojna w Ukrainie i dla wielu z nas pierwsze w życiu doświadczenie obawy o siebie i bliskich w tym najgłębszym, egzystencjalnym wymiarze.
Starczyłoby tego na całe pokolenie, nie na jedną zaledwie dekadę. I na niejeden sygnał od wszechświata, że czas wcisnąć hamulec. Albo dodać gazu, tyle że już gdzie indziej.
Tymczasem w streszczeniu wyników autorzy badania piszą, że w 2023 r. przeciętny Polak w wieku 15 lat lub więcej pracował zawodowo dłużej niż w 2013 r. Więcej czasu poświęcał także na prace domowe, a mniej czasu na odpoczynek i relacje towarzyskie. Wygląda więc na to, że wspomniany wyżej „budżet czasu” Polaków nadal podlega iście rabunkowej eksploatacji.
Pędzimy do przodu bez oglądania się na konsekwencje, z dumą pokazując innym miano „jednego z najciężej pracujących narodów świata”. Nawoływania socjologów i psychologów społecznych o zachowanie większej higieny codzienności albo spotykają się z niezrozumieniem, albo zderzają z bolesnymi realiami polskiej codzienności, która nadal nie pozwala na głębszy oddech.
Tylko jak pogodzić to z wynikami innej ankiety, przeprowadzonej w dodatku niemal w tym samym czasie? Gdy w 2022 r. CBOS zapytał Polaków, czy są zadowoleni ze swojego życia, aż 77 proc. ankietowanych odpowiedziało twierdząco (w tym 22 proc. zadeklarowało, że nie wyobraża sobie, by mogła mieć lepiej). Tertium non datur. Albo więc nauczyliśmy się czuć jak pączek w maśle w przyspieszającym kieracie codzienności, albo w dane opublikowane właśnie przez GUS trzeba się wczytać dokładniej.
Aby kolejny raz nie podpaść we własnych wyobrażeniach śp. profesorowi Piotrowiczowi, zasiadłem więc w skupieniu do lektury 269 stron danych i wykresów GUS. I powiem Wam, że nie jest z nami tak źle, jak się początkowo wydawało.
Ile czasu zajmują nam poszczególne czynności
Gdyby współczesną polską dobę wyobrazić sobie w kształcie piramidy Maslowa, otrzymalibyśmy figurę, której podstawę stanowią czynności związane z zaspokajaniem szeroko rozumianych „potrzeb fizjologicznych”. Statystycy ewidentnie nie mają ucha do języka, bo powrzucali jak leci do tego pojęcia i czynności stricte fizjologiczne, jak sen czy jedzenie, i zabiegi pielęgnacyjne – jak prysznic, fryzjer czy wizyta u lekarza lub wypad do kosmetyczki.
Statystycznie w skali całego roku, a więc także z uwzględnieniem dni wolnych od pracy, z każdej doby schodzi nam na te cele aż jedenaście i pół godziny, z czego 8 godzin i 33 minuty przypada na sen.

Pięterko wyżej mamy pracę zawodową oraz inne obowiązki, w tym także domowe i podejmowane dobrowolnie, które łącznie, a więc także z uwzględnieniem dni wolnych, pochłaniają nam przeciętnie ponad siedem godzin. Do tej kategorii zaliczono także praktyki religijne oraz działalność charytatywną.
Dalej docieramy już na szczyt piramidy dobowych polskich potrzeb, na której sytuuje się pragnienie odpoczynku, realizowane w średnim wymiarze czterech godzin i dziesięciu minut na dobę w skali roku. Mieści się tu konsumpcja mediów i dóbr kultury, życie towarzyskie, hobby, a nawet sport, i marnotrawienie czasu z telefonem w dłoni. Gdybyśmy chcieli być ultraprecyzyjni, na czubeczku powinniśmy umieścić jeszcze „inne nieokreślone zajęcia”, głównie dojazdy do pracy i powrót do domu, które z każdej doby zabierają nam mniej więcej godzinę.
Słowem – nic sensacyjnego i liczby te warto przywołać jedynie z kronikarskiego obowiązku. Ciekawie robi się dopiero po zajrzeniu w głąb danych i po porównaniu ich z wynikami badania z roku 2013, zwłaszcza w rozbiciu na płcie. Okazuje się bowiem, że w podejściu do obowiązków i pracy kobiety i mężczyźni podążyli w tym czasie w przeciwnych kierunkach.
Statystyczna Polka wydłużyła czas pracy zawodowej o 21 minut na dobę w skali roku, podczas gdy Polak dołożył zaledwie dziesięć minut. Panowie rzucili się za to w wir obowiązków domowych. W 2023 r. polski mężczyzna każdego dnia opiekował się dzieckiem średnio o dwie minuty dłużej niż w 2013 r. Na zakupach spędzał cztery minuty dłużej niż przed dekadą i aż dziewięć minut więcej przeznaczał na przygotowanie żywności dla najbliższych. Ich partnerki mogły dzięki temu o dwie minuty skrócić średni dobowy czas spędzany w kuchni.
Na zakupach i przy opiece nad dziećmi obie płcie chętnie spędzały za to czas wspólnie, bo panie nie zmniejszyły tu zaangażowania pomimo większej aktywności partnerów. Nie mogły na nią liczyć jedynie przy porządkach domowych. Przeciętny polski facet sprząta dziś średnio o dwie minuty krócej dziennie niż w 2013 r., a na usprawiedliwienie ma jedynie to, że i wśród pań średnie dobowe zaangażowanie w taką aktywność spadło w tym czasie o jedną minutę.
Niewykluczone, że za tymi liczbami kryją się po prostu kolejne zmywarki i roboty sprzątające trafiające pod polskie strzechy. Ale możliwe też, że odbija się w nich coś o wiele ważniejszego. Poczucie, że w domu możemy się wreszcie czuć… jak w domu.
Polacy w domu czują się najlepiej
Choć słowo „rodzina” Polska odmienia przez wszystkie przypadki od lat, to po pandemii dom stał się dla nas centrum życia nie tylko w przenośni. Trudno zgadnąć, czy sprawił to sam lockdown, czy przymusowa izolacja w domu w połączeniu z zagrożeniem czyhającym na zewnątrz – rezultat jest ten sam.
Na przestrzeni dekady dzielącej dwa ostatnie pomiary polskiej doby czas poświęcony pracy wydłużyliśmy o 11 minut, ale – jak podkreślają sami autorzy badania – za wspomnianym wzrostem kryje się także znaczny skok aktywności zawodowej Polaków, obserwowany od drugiej połowy zeszłej dekady. Dodatkowy kwadrans, o który wydłużyliśmy w tym czasie dobowe aktywności związane z domem i rodziną, nie ma za to żadnego drugiego dna. To pochodna coraz powszechniejszego przekonania, że właśnie w tę sferę warto inwestować czas.

O czym marzy dziś statystyczny polski mężczyzna, gdy spytać go o jego dobę? Odpowiedź może zaskoczyć.
- Aż 40,1 proc. chciałoby spędzać więcej czasu z dzieckiem (w przypadku pań odsetek takich odpowiedzi ledwie przekracza 27 proc.).
- Panom zauważalnie rzadziej niż paniom chodzi także po głowie myśl o skróceniu czasu przeznaczanego przez nich na obowiązki domowe (chciałoby tego 22 proc. kobiet i tylko 13 proc. mężczyzn)
- i iście obrazoburcze w polskich realiach społecznych pragnienie, by rzadziej zajmować się dziećmi (6,7 proc. pań i zaledwie 2,5 proc. panów).
Rzecz jasna, mamy w tym przypadku do czynienia z klasycznym przypadkiem żarliwości debiutanta. Polacy relatywnie od niedawna poczuwają się do czegoś więcej niż kurtuazyjnej „pomocy w wychowywaniu”, którą ich partnerki będą mogły się pochwalić na niwie towarzyskiej.
Skala różnic w deklaracjach w tych właśnie sprawach, niewidoczna nigdzie indziej (co do czasu na naukę, karierę, praktyki religijne, aktywność fizyczną obie płcie są niemal zgodne), każe jednak przypuszczać, że polski model męskości postanowił zakorzenić się głębiej w domowych pieleszach. To kobiety (43,6 proc.), a nie faceci (40,5 proc.), częściej marzą dziś o intensyfikacji kontaktów towarzyskich.
Lubimy być w domu, nawet szukamy ku temu okazji i pretekstów. Tegoroczne badania Horeca Trends pokazują, że aż 60 proc. klientów lokali gastronomicznych woli zamówić jedzenie na wynos, zwykle z dostawą do domu, niż jeść na miejscu. Po załamaniu w okresie pandemii widownia w polskich kinach zaczęła wprawdzie rosnąć, ale od dwóch lat oscyluje na poziomie 50 mln widzów rocznie – przy wyraźnie szybszych wzrostach zasięgu i samej liczby dostępnych w Polsce platform streamingowych.
Życie rodzinne dla wielu z nas stanowi dziś w pełni satysfakcjonujący zamiennik dla relacji towarzyskich, które redukujemy do minimum. W latach 2013-2023 średni dobowy czas takich interakcji skurczył się nam aż o 12 minut. Są i tacy, którym za całe towarzystwo starcza partnerka lub partner.
Pandemia pozamykała nas w domach, inflacja wypłukała kieszenie, a wojna tuż przy granicy uświadomiła, że koszmar, którego prawie sto lat temu doświadczyli nasi przodkowie, może względnie łatwo stać się także naszym udziałem. Mamy rodziny, własny dom i chcemy się nim cieszyć, póki jeszcze jest czym. Nawet jeśli sprzątamy w nim nieco rzadziej niż przed dekadą.
Rzeczpospolita samodzielnych
Ile naprawdę robimy w domu? Na to pytanie po raz pierwszy w historii Polski mamy precyzyjną odpowiedź. Statystycy GUS w ramach badania czasu ludności pokusili się bowiem także o dokładne obliczenie wartości pracy wykonywanej w domu, zarówno tej o przeznaczeniu rynkowym (na przykład uprawa warzyw na sprzedaż), jak i tej, której owoce konsumują nieodpłatnie członkowie rodziny, znajomi lub sąsiedzi.
O ile tę pierwszą częściowo ujmowały wcześniejsze obliczenia rachunków gospodarki narodowej, o tyle wartość nieodpłatnej nierynkowej pracy polskich gospodarstw domowych pozostawała zagadką. GUS oszacował ją w najprostszy możliwy sposób: sprawdzając, ile pieniędzy musiałyby wydać polskie rodziny, gdyby chciały na wolnym rynku zaopatrzyć się w ekwiwalent tego, co wytwarzają i robią dla siebie same.
W ten sposób statystycy otrzymali szokująco wysoką kwotę 2,605 bln zł rocznie, z czego aż 1,8 bln zł stanowiła praca czysto nierynkowa: opieka nad dziećmi, sprzątanie domu, przygotowanie posiłków dla rodziny itd.
Gdyby z tej kwoty odliczyć produkcję rolną na własne potrzeby oraz drobne naprawy, nadal otrzymalibyśmy blisko 1,4 bln zł rocznie. A w przeliczeniu na osobę – ok. 3,9 tys. zł miesięcznie, czyli około 53,9 proc. ówczesnego przeciętnego wynagrodzenia brutto. Można więc powiedzieć, że
statystycznie każdy z nas ma, poza głównym zajęciem zarobkowym, dodatkowe niepłatne pół etatu w domu.
Wartość pracy domowej w stosunku do przeciętnego wynagrodzenia wzrosła zresztą na przestrzeni omawianej dekady aż o 8,7 punktu procentowego – z 45,2 proc. Także dlatego, że w tym czasie znacząco wzrosły godzinowe stawki wynagrodzenia w relatywnie niskopłatnych profesjach odpowiadających pracom domowym.
- Produkt krajowy brutto Polski, czyli w uproszczeniu wartość wszystkich produktów, usług i pensji w gospodarce, wyniósł w 2023 r. 3,41 bln zł.
- Łączna wartość polskiej pracy nierynkowej, wykonywanej na potrzeby własne i najbliższych, sięgnęła zatem aż 53 proc. PKB.
To zestawienie pokazuje, jak ważną rolę w polskim życiu społecznym pełni rodzina, która nadal porządkuje nam rzeczywistość i zabezpiecza znaczną część potrzeb bytowych. Pomimo tej samej otoczki cywilizacyjno-technologicznej, wiele elementów codzienności, które w krajach Europy Zachodniej dawno już stały się towarem kupowanym na rynku (wyżywienie, sprzątanie, naprawy domowe, w pewnym stopniu także opieka nad dziećmi), w Polsce pozostaje domeną gospodarstwa domowego.
Pracujemy za dużo, bo pracy jest za dużo
„Przez dziesięć ostatnich lat mieliśmy do czynienia z kulturą obrzydzania etosu pracy. (…) Skrajna, aktywistyczna lewica pławi się w tym, że jesteśmy głupkami i uprawiamy kulturę zapierdolu” – wypalił niedawno w głośnym wywiadzie Rafał Brzoska. Wypowiedź prezesa InPostu wkurzyła tych, których wkurzyć miała, i zbudowała tych, którzy od dawna czekali, aż ktoś to wreszcie powie głośno.
Przywołuję ją w tym miejscu jedynie dlatego, że słowa Brzoski wydają mi się nie do obrony także w kontekście raportu opublikowanego właśnie przez GUS, a zakreślona przez niego cezura przypadkowo pokrywa się z zakresem czasowym cytowanego tu wielokrotnie badania.
Nie, nasz etos pracy ma się świetnie. Aktywność zawodowa Polaków od dwóch lat utrzymuje się na rekordowo wysokim poziomie 58,2 proc. Różnica w danych o bezrobotnych rejestrowanych w pośredniakach i tych, których w swoich bazach uwzględnia Eurostat (jedynie osoby bez pracy, które jej aktywnie poszukują), nie przekracza trzech punktów procentowych, co pokazuje, że odsetek niebieskich ptaków w społeczeństwie oscyluje na granicy błędu statystycznego.
To, na co tak sarka Rafał Brzoska, to zmiana społecznego postrzegania pracy, która faktycznie przestaje być osnową naszego życia. Jej miejsce zajmuje rodzina, my sami i nasze potrzeby.
W odpowiedzi na pytanie o sfery aktywności, na które chcielibyśmy przeznaczać więcej czasu, praca pojawia się dziś na szarym końcu. Życzyłoby sobie tego zaledwie 3,9 proc. mężczyzn i 3,7 proc. kobiet.
Znaczącej rozpiętości w takiej odpowiedzi na to pytanie nie widać także w grupach o różnym wykształceniu. Pracować więcej chciałoby 3 proc. Polaków z wykształceniem zawodowym, 4,5 proc. posiadaczy matur i 3,3 proc. osób z wykształceniem wyższym.
Identycznie rzecz ma się pod względem rozpiętości wiekowej. Wśród Polaków w wieku powyżej 25 lat, a więc tych, którzy mają choćby szczątkowe doświadczenia z rynkiem pracy, odsetek zainteresowanych wydłużeniem dobowej aktywności zawodowej waha się w przedziale 3,4-4,4 proc. Miejsce zamieszkania? Podobnie: za jest 4,1 proc. mieszkańców miast i 3,2 proc. mieszkańców wsi. Pod tym względem mamy więc niemal front jedności narodowej.
Ale czy to dziwne w społeczeństwie, które średnio pracuje przez 40,4 godziny w tygodniu, o dwie godziny i 45 minut dłużej od średniej europejskiej i aż sześć godzin i 12 minut ponad średnią dla całego globu?
Przyszłość wiążemy z planami osobistymi, nie zawodowymi
O skróceniu czasu, który zarabianie pieniędzy zabiera nam z życia, marzy obecnie 31,4 proc. Polaków i 30,8 proc. Polek. Żadna inna cegiełka w murze naszych dobowych aktywności nie budzi tak dużego zniechęcenia, nawet porządki domowe, które w swoim dobowym reżimie chciałoby skrócić 13 proc. mężczyzn i 22 proc. kobiet.
Nie chodzi nam przy tym o samą dotkliwość pracy. Jako nieprzyjemne swoje obowiązki zawodowe opisuje zaledwie 7,6 proc. Polaków. Dla reszty są one neutralne (54,1 proc.) lub wprost przyjemne (38,3 proc.). Dyskomfort częściej wywołują u nas nawet takie aktywności jak nauka, zdecydowanie nieprzyjemna dla 14,9 proc. badanych, i obowiązki domowe, które za dotkliwe uważa 14,6 proc. Polaków.
O co zatem chodzi? Wszystko wskazuje na to, że po z górą trzech dekadach ciężkiej pracy i umownego „ścigania zachodu” przekalkulowaliśmy sobie, czy opłaca się nadal zwiększać tempo tego pościgu. I większości z nas wyszła po prostu odpowiedź negatywna.
Prezesi dużych firm, których ambasadorem jest tu Rafał Brzoska, widzą w tym oczywiście zagrożenie dla modelu rozwojowego Polski, która braki kompetencyjne na światowych rynkach rekompensowała sobie dotychczas niższymi kosztami pracy i jej efektywnością. W rzeczywistości zagrożone są jednak przede wszystkim ich interesy.
Raport o budżecie czasu ludności Polski Anno Domini 2023 pokazuje bowiem, że w 36. roku wolnorynkowej przygody mówimy głośne „nie” modelowi rozwojowemu kraju, w którym bogaci spijają coraz więcej śmietanki z kotła, w którym mieszamy wspólnym wysiłkiem.
Z jeszcze ciepłych, opublikowanych na początku lipca danych GUS wynika, że mediana polskich zarobków w styczniu br. wynosiła 6882,80 zł brutto. Połowa z nas zarabiała więc mniej, a połowa więcej. Tymczasem średnia płaca brutto, ciągnięta w górę przez zarobki najlepiej wynagradzanych, była wyższa aż o 26,7 proc. od mediany i wyniosła 8717,18 zł.
Jeszcze rok temu różnica między medianą a średnią wynosiła w Polsce 19,2 proc., a to oznacza jedno: płace najlepiej zarabiających szybko oddalają się od zarobków reszty. Dlatego reszta nie zamierza zwiększać tempa, pracować dłużej ani ciężej. Miejsce „kultury zapierdolu” zajmuje kalkulacja, która podpowiada, by swój najcenniejszy zasób, jakim jest czas, inwestować w coś, czego nikt nie pozbawi nas nagłym wypowiedzeniem albo nie podważy wartości, kupując tańszy zamiennik gdzieś na Dalekim Wschodzie.
Nasz plan na siebie samych, sądząc po danych z raportu GUS, to przede wszystkim więcej czasu na życie rodzinne i towarzyskie (marzy o tym 42,05 proc. ankietowanych), a dalej więcej ruchu w czasie wolnym (38,3 proc.), więcej czasu z dziećmi (33,7 proc.) i więcej nauki oraz samodoskonalenia (27,7 proc.). Poruszając się w sferze życzeń, możemy oczywiście lekceważyć szereg zagrożeń, na czele z rozwojem AI, która może ponownie wzniecić w Polsce pożar bezrobocia, czy wojną, którą nadal toczy się kilkaset kilometrów od naszych granic.
Jesteśmy optymistami. Niemal co trzeci Polak (31 proc.) w ogóle nie odczuwa presji czasu – zarówno tej związanej z obowiązkami czy osobistymi ambicjami, jak i tej związanej z jego nieuchronnym upływem. Nieśmiertelni są wśród nas.
Pomoc jest kobietą
Jeśli awersem polskiej dobroczynności nazwać doroczny styczniowy zryw i setki milionów złotych zebranych przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, to na rewersie tej charytatywnej monety ujrzymy już coś znacznie mniej imponującego. W bezpłatną pomoc osobom spoza swojego gospodarstwa domowego angażuje się dziś ledwie 9,5 proc. Polaków w wieku powyżej 15 lat. W tej grupie aż dwie trzecie stanowią w dodatku kobiety.
Najczęstszą formą bezpłatnego wsparcia jest pomoc starszym lub chorym (32,7 proc. wskazań) i opieka nad dziećmi (27,7 proc.). Angażujący się w wolontariat na rzecz organizacji charytatywnych za każdym razem przeznaczali na ten cel średnio dwie godziny i 57 minut. W przypadku opieki nad małymi dziećmi gotowi byliśmy pomagać nieodpłatnie średnio przez cztery godziny i 16 minut. Trzy godziny z ogonkiem oddawaliśmy chorym i seniorom wymagającym wsparcia.
Uderza jeszcze jedno: odsetek gotowych pomagać bezpłatnie przekracza 10 proc. jedynie w grupach wiekowych powyżej 45. roku życia (wśród osób w wieku 55-64 poszybował do rekordowego poziomu 12,9 proc.). Wśród młodych przed dwudziestką chętnych do bezinteresownej pomocy jest dwa razy mniej. To pokazuje, że nawet w działaniu wspólnotowym trudno nam wyjść poza reguły rynku. Łatwiej sięgnąć po portfel, niż zaoferować swój czas.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















