Zdziwienie. To ono musiało dominować i – niczym zmieniające się jak szalone cyferki licznika pieniędzy – narastać z każdym dniem zbiórki influencera Łatwoganga na chore onkologicznie dzieci. Wraz z pytaniem życzliwie zdumionej „Polski 40 plus”: jak to w ogóle możliwe?
Jakim to socjologicznym prawem dwaj młodzi ludzie – raper i influencer – o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia, porwali do ponadpokoleniowego działania Polaków, zbierając ćwierć miliarda złotych? Jak to się stało, że zrobili to bez konsultacji z „uznanymi autorytetami”? W małym pokoiku z kamerką, który w niczym nie przypomina naszych stacji telewizyjnych? Bez przygotowań? Akcji promocyjnych? Armii wolontariuszy? Udziału powszechnie rozpoznawalnej organizacji dobroczynnej?
Właśnie od tego zdziwienia zaczynam rozmowę z dr Kingą Wojtas, prezeską Fundacji Stan, zajmującej się m.in. zaangażowaniem młodych pokoleń w życie publiczne. Rozmawiamy, bo dr Wojtas, politolożka z UKSW, badała niedawno zachowania – także te dobroczynne – najmłodszych Polaków. Ale szybko znajdujemy też wspólny generacyjny język (oboje jesteśmy w tzw. średnim wieku, a zetki i jeszcze młodsze od nich alfy to pokolenia naszych dzieci), którego częścią w ostatnich dniach stało się właśnie westchnienie zdziwienia.
– Tak, właśnie zdziwienia, bo przecież większość z nas nie miała pojęcia, kim jest autor zbiórki youtuber Łatwogang, i kto to jest stojący za całą historią raper Bedoes, który nagrał stanowiący początek wszystkiego utwór – mówi dr Wojtas. – Nagle się okazało, że istnieje świat, w którym my nie uczestniczymy, i życie, bardzo angażujące życie, które było dla nas kompletnie niedostępne. Ci dwaj nieznani nam młodzi ludzie robią w dziewięć dni zbiórkę, która przynosi więcej środków niż WOŚP, będąca historią naszego pokolenia. O ile jednak fenomen Orkiestry jest dla nas łatwy do wytłumaczenia, tutaj reagujemy zaskoczeniem.
Porwijmy się więc na to pytanie – co tu się właściwie stało? – śledząc kolejne etapy tej historii. Na czele z pierwszym jej rozdziałem: losami pewnej dziewczynki.
Historia Mai Mecan
– Co zapamiętasz z tych dwóch tygodni? – pytam już po zakończeniu zbiórki Tomasza Zająca, Przemyślanina, tatę dwójki dzieci, w tym nastolatki Renaty, od lat zmagającej się z powikłaniami po onkologicznym leczeniu guza rdzenia kręgowego.
– Refren – odpowiada Zając bez nawet sekundy zawahania. – Refren, a przede wszystkim pojawiające się w nim tytułowe słowa: „Ciągle tutaj jestem”. Te słowa zapamiętałem, bo przecież dotykają też naszego życia. I to na wielu poziomach.
„Ciągle tutaj jestem (diss na raka)” to trwający ledwie dwie minuty i czterdzieści sześć sekund utwór, który obejrzało i wysłuchało już ponad 7 mln Polaków. Nagrany przez rapera Bedoesa (Borysa Piotra Przybylskiego) i 11-letnią Maję Mecan, wyciska łzy, ani przez sekundę nadmiernie nie epatując cierpieniem.
„Jeśli tak samo chorujesz na raka jak ja, ten utwór jest dla ciebie” – rapuje ogolona niemal na zero dziewczynka, by w refrenie wykrzyczeć wspomniane przez Tomasza Zająca credo: „Ciągle tutaj jestem / Myślałeś, że mnie masz? / Ciągle tutaj jestem / Śmiejemy ci się w twarz”.
To właśnie od tego utworu, wypuszczonego na YouTubie 14 kwietnia, rozpocznie się po kilku dobach dziewięciodniowy dobroczynny maraton, czyli prowadzona non stop charytatywna transmisja Łatwoganga. Przyciągająca przed ekrany telefonów i laptopów tłumy Polek i Polaków, notując w piku rekordowe 1,6 mln widzów.
Transmitowana w apogeum rozgłosu przez tradycyjne stacje telewizyjne z różnych ideowych galaktyk (TVN24 i TV Republika). Zagarniająca do udziału i hojnego opróżniania portfeli wszystkie możliwe – celebryckie, sportowe, artystyczne – znane twarze, włącznie z Robertem Lewandowskim, Wojtkiem Szczęsnym, Sannah czy Marylą Rodowicz (a nawet Ronaldinho czy lidera Coldplay Chrisa Martina).
Z gnającym licznikiem zbiórki, który zatrzyma się poza granicą 280 mln złotych, co uczyni akcję Łatwoganga nie tylko większą od tej Owsiaka, ale ponoć także największym dobroczynnym eventem w historii światowego internetu.
W jej centrum będzie od początku do końca historia rapującej Mai. Wpierw wyczerpujące leczenie ostrej białaczki szpikowej: przeszczep szpiku, chemioterapia, dochodzenie do siebie. Później dwie wznowy, które zaatakują – poza szpikiem – także płuca, jelita i oko dziewczynki, przybierając wyjątkowo ciężką postać.
„Ciągle tutaj jestem”
– Nawet nie wiesz, jak słowa „Ciągle tutaj jestem” Mai współgrają z naszym i Renaty życiem, a pewnie też z życiem innych rodzin, w których jest chorujące onkologicznie dziecko – opowiada Tomasz Zając, razem z żoną Iwoną twórca popularnego profilu „Renia walczy z rakiem”.
– „Ciągle tutaj jestem”, jakby wbrew słowom neurochirurga, który, przesuwając się powoli ku windzie, powiedział nam w szpitalu lata temu, że Reni „zostały jakieś trzy miesiące”. „Ciągle tutaj jestem” na przekór społecznemu stereotypowi, że rak to wyrok. „Ciągle tutaj jestem”, tzn. wciąż potrzebuję wsparcia, pomimo wyleczenia samego guza, bo w przypadku tego nowotworu najtrudniejsze są powikłania: neurologiczne, okulistyczne i inne. „Ciągle tutaj jesteśmy” jako rodzina, przeżywająca przez te lata strach, nadzieję, szczęście, doświadczająca opuszczenia przez niektórych znajomych, lęku innych. Z nieprzespanymi nocami, chemiami, rehabilitacją, powikłaniami, rezygnacją i powrotem nadziei. „Ciągle tutaj jestem” – to mocne i wieloznaczne hasło, które musiało trafić nie tylko do rodzin takich jak nasza, ale też do pozostałych Polaków – dodaje Zając.
Solidarność pokolenia alfa i zet
Trafiło błyskawicznie zwłaszcza do młodych, bo poza uniwersalną siłą historii Mai i rozpoznawalnością w tej grupie wiekowej frontmanów akcji, także jej format wpisał się w generacyjne gusta.
– Dla pokoleń zet i alfa, urodzonych w drugiej połowie lat 90. i latach dwutysięcznych, solidarność jest czymś innym niż dla starszych generacji – mówi dr Kinga Wojtas, która w ramach projektu Stowarzyszenia 61 badała ostatnio różne aspekty funkcjonowania alf.
– U nas przejawiała się ona często przynależnością do wspólnot, organizacji, czasami partii, u nich znacznie częściej jest emocjonalnym odruchem w reakcji na konkretną potrzebę ludzką. Zetki i alfy lubią działać nieformalnie, najchętniej poza instytucjami, które są dla nich albo nieistotne, albo podejrzane. Nie mają tradycyjnych autorytetów, nie oglądają telewizji, a tym bardziej nie czytają, z szacunkiem dla „Tygodnika”, prasy drukowanej – uśmiecha się dr Wojtas.
I dodaje, że dla pokoleń młodszych ważne jest też w podobnych akcjach błyskawiczne doświadczenie poczucia sprawczości.
– To dlatego tak bardzo zadziałała tu historia Mai, ale też formuła zbiórki Łatwoganga – mówi prezeska Fundacji Stan. – Wpłacam te moje 20 złotych i chcę już na ekranie, w trakcie transmisji zobaczyć, że „Buziaczek185”, czyli właśnie ja, dołożył do akcji swoją część. Istotny jest też widoczny w takim spontanicznym internetowym streamie egalitaryzm: 20 złotych „Buziaczka” ma szansę zaistnieć online na równi z 6,3 mln zł wpłaconymi przez firmy-rekordzistki. Tego akurat elementu nie ma w porównywanej często do zbiórki Łatwoganga Orkiestrze Owsiaka: nasze 20 złotych ląduje zwykle anonimowo na dnie puszki albo na koncie.
Co jeszcze w zrzutce Łatwoganga zadziałało na Polaków, że zebrali tak niewyobrażalną sumę? Rzut oka na kluczowe wnioski i dane z opublikowanego niedawno przez Fundację Pomagam.pl raportu „Jak i dlaczego pomagam? Portret darczyńców w Polsce” pozwala na wniosek, że ta akcja była jak skrojona pod charytatywne upodobania Polaka AD 2026.
„Cenimy proste płatności online bez zobowiązań” – donoszą autorzy dokumentu. 56 proc. z nas „woli pomagać konkretnym osobom niż NGO”. Aż 61 proc. respondentów „ocenia swoje wsparcie jako spontaniczne i emocjonalne”. Do tego dodajmy podawaną przez wszystkie możliwe raporty triadę celów, które dla Polaków – w odróżnieniu od „abstrakcji” takich jak równość czy demokracja – godne są opróżnienia portfela. To zdrowie (w raporcie Pomagam.pl na pierwszym miejscu z 56 proc. wskazań), zwierzęta i pomoc społeczna.
Dodajmy do tej listy koniecznych warunków charytatywnego sukcesu jeszcze jedno: charyzmę lidera.
Czy Łatwogang to nowy, lepszy Owsiak?
Ci dwaj faceci, odtwarzani przez mnie jeden po drugim na YouTubie, różnią się bardziej tłem niż temperamentem i stylem: inna jest jakość obrazu, inny ubiór epoki i dekoracje.
Ale Owsiak, 40-latek w żółtej koszuli oraz krótko ścięty Łatwogang, patykowaty 23-latek, na którym wisi jasny t-shirt z napisem „Cancer Fighters” – krzyczą z podobnym zaangażowaniem i charyzmą, obaj doprowadzając się do chrypy i na skraj wyczerpania. Obaj też mają kondycję telewizyjnych (internetowych) maratończyków, obaj potrafią porwać tłumy i wzruszyć – siebie samych i innych.

Można ich porównać w jeszcze inny sposób. Zapytani na starcie swojej przygody, kim właściwie są i co robią, mogliby mieć problem z odpowiedzią. Jerzy Owsiak z przełomu PRL-u i III RP to przecież nadal i witrażysta, i gitarzysta, i organizator koncertów muzyki alternatywnej, i dziennikarz, i autor absurdalnych pogadanek tak radiowych, jak i telewizyjnych. A wreszcie organizator zyskującej dopiero na popularności akcji, której dalsze losy po niepewnych początkach były zagadką.
Urodzony w Warszawie Piotr Garkowski alias Łatwogang, mógłby konkurować dziś z pokręconym prawie cztery dekady temu życiorysem Owsiaka. Niedoszły magister zarządzania został influencerem, twórcą internetowym, youtuberem i tiktokerem, który popularność zyskiwał kolejnymi, coraz to bardziej abstrakcyjnymi przedsięwzięciami. Wymieńmy tylko kilka z tych najczęściej opiewanych, jak publikacja na Instagramie zdjęcia swojej stopy, które zyskało rekordowe 1,2 mln polubień, piesza wyprawa z Gdyni do Krakowa, rowerowa jazda do Afryki, czy też rozliczne tiktokowe tzw. wyzwania.
Według działaczki społecznej i ekspertki od trzeciego sektora Róży Rzeplińskiej analogie między Owsiakiem a Łatwogangiem nie kończą się na charyzmie i spontanicznych szaleństwach w – trzy dekady temu telewizyjnym, a teraz domowym – prowizorycznym studio.
– Oczywiście: wtedy też była niesłychana energia, hałas, koła gospodyń wiejskich, muzyka i szaleństwo. Ale ludzi porwała też zapewne – i wtedy, i teraz – ekstaza, która przynajmniej początkowo nic nie miała wspólnego z żadną instytucją. I jeszcze jedno: to WOŚP nauczył Polaków modelu ogólnonarodowej zrzutki, z którego Łatwogang teraz korzysta. Zwłaszcza że po trzech dekadach jesteśmy jako społeczeństwo bogatsi i bardziej skłonni do dzielenia się – podkreśla Rzeplińska.
Jak Łatwogang pognał polityków
Ale wszelkie analogie mogą zadziałać tylko wtedy, gdy porównujemy z Łatwogangiem ówczesnego Owsiaka. Bo ten dzisiejszy to jednak postać z innej bajki i epoki – z wszelkimi tego zaletami i wadami. Zaletami, bo szef Orkiestry poza milionami zebranymi na zdrowie Polaków budował przecież mozolnie dzieło znacznie trwalsze: rozpoznawalną fundację, szanowną pomocową markę, a nade wszystko kulturę pomagania nad Wisłą. I wadami, bo po drodze dał sobie poprzyklejać etykiety ulubieńca salonów i pupila jednej opcji politycznej (na ile z własnej winy, to zupełnie inny spór).
Tego wszystkiego unika na razie jak ognia Łatwogang. Pogonił w trakcie zbiórki polityków, nie wpuszczając na antenę prezydenta Nawrockiego (nieliczni działacze prawicy, którzy próbowali przeciwstawić zbiórkę Łatwoganga „państwu Tuska” i „nieprzejrzystej zbiórce Owsiaka”, narazili się wyłącznie na śmieszność), o ile nie przyjdzie do niego razem z Tuskiem. I choć przez studio Garkowskiego na przestrzeni tych dziewięciu dni przewinął się tabun tzw. autorytetów starszych generacji, to jednak Łatwogang ugościł ich na własnych – i własnego pokolenia – warunkach.
– Proszę zwrócić uwagę, że gdy w tym streamie pojawiała się np. dziennikarka kojarzona z jedną opcją polityczną, to w komentarzach widzieliśmy od razu gremialne „buuuuu” – zauważa dr Kinga Wojtas. – Młodsze pokolenia, co też widać w naszych badaniach, interesując się często polityką, gardzą równocześnie i politykami, i wszystkim, co się z nimi instytucjonalnie kojarzy. Nie lubią np. tradycyjnych, wielkich telewizji. Nie oznacza to, że są poza debatą publiczną: po prostu dla alf źródłem kontaktu ze światem jest najczęściej TikTok, a dla „zetek Instagram. Trudno się więc dziwić, że gdy w streamie pojawiła się osoba prowadząca popularny program telewizyjny, w ramach którego remontuje się ludziom domy, i zaproponowała taki remont w kawalerce Łatwoganga, została sprowadzona na ziemię.
To wszystko jednak, dodaje politolożka, nie oznacza, że alfy i zetki czują z definicji niechęć do starszych autorytetów, co również pokazała dziewięciodniowa impreza Łatwoganga.
– Wielu z nich np. kocha komentarze Dariusza Szpakowskiego: sport to zresztą jedyne, co najmłodsi oglądają wspólnie z 40-, 50-letnimi rodzicami – mówi dr Wojtas. – Moniki Olejnik młodzi nie zaakceptują politycznie, ale uważają ją za bohaterkę lajfstajlu i mody. Nie obejrzą jej programu, ale zobaczą rolkę. Z kolei Kasia Nosowska, która u Łatwoganga ogoliła się solidarnościowo na łyso, funkcjonuje w młodszych pokoleniach jako uznana artystka, bo nagrywa piosenki z młodszymi wykonawcami.
Wniosek z tego wszystkiego dla pokoleń starszych, które zresztą też masowo włączyły się w zbiórkę, może być dość zaskakujący. To alfy i zetki mają znacznie lepiej rozpoznany – i przerobiony na własne potrzeby oraz gusta – świat swoich rodziców, niż odwrotnie. Akcja Łatwoganga zaciągnęła do małej warszawskiej kawalerki kawał znanej nam Polski – nawet jeśli czasami przerobionej na mema. Z drugiej strony było wspomniane zdziwienie: że istnieje obok nas jakiś nieznany nurt życia.
W tym sensie zbiórkę Łatwoganga można potraktować jako pokoleniowy pas transmisyjny, dzięki któremu starsze generacje przyjrzały się bliżej własnym dzieciom i wnukom.
Co dalej ze zbiórką Łatwoganga
Ale dopiero na końcu tej historii może się zrobić swojsko – i niekoniecznie tak karnawałowo. Bo gdy opadł już pierwszy kurz po rewelacyjnej zbiórce, zaczęły wychodzić zastrzeżenia: i te toksyczne, i te warte rozważenia. Że takie zbiórki jak Owsiaka czy Łatwoganga rozleniwiają polskie państwo, skąpiące na ważne cele, zwłaszcza na ochronę zdrowia. Że bogacze robią sobie na zbiórkach dobry „piar”. Że musimy przyglądać się fundacji, która będzie teraz rozdzielać zebrane środki – by zrobiła to sensownie.
Puenta tej historii może być przewrotna: dopiero teraz lądujemy w świecie bezpieczniejszym dla generacji starszych. Bo na koniec musimy zaufać instytucji – w tym przypadku Cancer Fighters, która zapowiedziała drobiazgowe informacje na temat losu każdej złotówki zebranej w zrzutce. A także zaufać autorytetom: fundacja zapowiedziała, że powoła radę niezależnych ekspertów z dziedziny onkologii, którzy mają pomóc rozsądnie rozdysponować środki.
Typowo polski – w najlepszym tego słowa znaczeniu – zryw mamy już za sobą: tu znowu wracamy ze złotym medalem. Przed nami udział w konkurencjach, które nad Wisłą wychodzą średnio. Chodzi o współpracę i zaufanie, także ponadpokoleniowe i ponadpolityczne. Jeśli Łatwogang wraz z Cancer Fighters i ten etap przejdą z powodzeniem, mała kawalerka na warszawskiej Pradze zasłuży już nie tylko na miejsce w gazetach i na portalach, ale też w książkach do historii.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















