Gdy Kościół wchodzi do sypialni. Co robić, kiedy katolicka etyka szkodzi małżeństwu

Małżonkowie mogą współżyć ze sobą, nie zważając na to, jakie normy głosi katolicka etyka. To także jest nauczanie Kościoła!
Czyta się kilka minut
// Fot. Adobe Stock
// Fot. Adobe Stock

Wiele osób ryzykuje własnym małżeństwem, byle tylko sprostać głoszonym w Kościele wymaganiom moralnym. Zwykle nic nie słyszały o prymacie sumienia.

„Metody NPR [okresowej wstrzemięźliwości] nie dały mi ani bliskości z mężem, ani wolności, ani radości, ani spełnienia. Nie wiem, czy możliwość stosowania jakiejkolwiek antykoncepcji by mi ją dała, ale przynajmniej miałabym wybór. 

Teraz ten wybór oznacza albo zamknięcie sobie drogi do komunii z powodu antykoncepcji, albo męczenie się kolejną dekadę, aż przejdę menopauzę. Myślę, że łatwiej mi było, gdy nie byłam mężatką. Nie mogłam współżyć, bo nie miałam męża. Teraz go mam – i... najczęściej dalej nie mogę” – mówiła jedna z bohaterek reportażu Moniki Białkowskiej „Miłość według kalendarzyka. Intymne dramaty katolickich małżeństw”.

Opublikowany przed kilkoma miesiącami reportaż przedstawiał świadectwa kilku osób żyjących w wieloletnich związkach i borykających się z katolicką etyką seksualną – w tym m.in. opowieść o małżeństwie nauczycieli NPR, którym z powodu trudności w stosowaniu metody rozpadło się życie seksualne.

Artykuł od miesięcy należy do najchętniej czytanych na naszej stronie internetowej, co pokazuje, jak wiele osób odnajduje się w opisanych przez Białkowską trudnościach. Paradoks polega na tym, że wcale nie musiało dojść do wspomnianych sytuacji – wystawiających małżonków na niebezpieczne próby oraz ogromne koszty duchowe i psychiczne.

Nie jest bowiem tak, że katolicy są „skazani” na katolicką etykę seksualną pod groźbą niedopuszczenia do komunii (jak mówi powyższy cytat). Mogą nie spełniać konkretnych norm moralnych i chodzić do komunii – na co pozwala sam Kościół. 

Czy moralność powinna utrudniać życie

Ta wiedza nie jest szeroko propagowana ze zrozumiałych względów. Kościół nie chce stwarzać wrażenia dziwnej niekonsekwencji: najpierw propaguje drogę, która z zasady ma prowadzić do szczęścia i spełnienia w małżeństwie, a potem okazuje się, że jest ona niebezpieczna dla jedności i dobra małżeństwa, więc przyjmuje „rozwiązanie zastępcze”. Więc się nim nie chwali. Owo rozwiązanie zastępcze trzeba z nauczania dopiero wyłuskać.

Żeby nie być gołosłownym w twierdzeniu, iż Magisterium Kościoła uważa, że jego nauczanie moralne prowadzi do szczęścia, cytat z adhortacji Jana Pawła II o małżeństwie „Familiaris consortio”: 

„Porządek moralny, właśnie dlatego, że ujawnia i przedstawia zamysł Boży, nie może być czymś, co utrudnia życie człowiekowi i co nie odpowiada osobie; wręcz przeciwnie, odpowiadając najgłębszym potrzebom człowieka stworzonego przez Boga, służy jego pełnemu człowieczeństwu z tą samą subtelną i wiążącą miłością, z jaką sam Bóg pobudza, podtrzymuje i prowadzi do właściwego mu szczęścia każde stworzenie”.

Ktoś, kto z góry wie, że głoszony przez niego porządek moralny „nie może być czymś, co utrudnia życie człowiekowi” (bo „przedstawia zamysł Boży”), zapewne nie będzie chętnie słuchać o trudnościach małżonków. A jednak w tej samej adhortacji papież przyznał, iż „jako Matka, Kościół (...) wie, że wiele małżeństw napotyka na trudności nie tylko w konkretnej realizacji, ale także w samym zrozumieniu wartości zawartych w normie moralnej”.

Skąd ta niespójność? Pierwsza wypowiedź to ideał i życzenie, które właściwie moglibyśmy uczynić kryterium rozstrzygającym, co jest porządkiem moralnym, a co wymysłem ludzkim, bo Bóg rzeczywiście chce naszego dobra i szczęścia. A drugi cytat to realistyczna ocena rzeczywistości i w zasadzie przyznanie się do porażki: Kościół głosi normę moralną, której wartości nie potrafi ani ukazać, ani wyjaśnić. 

Jak Kościół tłumaczy sobie nasze nieposłuszeństwo

Jest to ważna przesłanka do odrzucenia tej normy. Zwłaszcza gdy małżonkowie w swoim sumieniu rozpoznają, że postępowanie zgodne z normą godzi w dobro małżeństwa, np. skazuje na bardzo długą wstrzemięźliwość zagrażającą rozpadowi związku. 

To druga ważna przesłanka: wyraźny głos sumienia. Takiego głosu trzeba bezwzględnie słuchać. Jest on ważniejszy od nauczania moralnego Kościoła. Stwierdza to jasno Katechizm Kościoła Katolickiego: 

„Człowiek powinien być zawsze posłuszny pewnemu sądowi swojego sumienia. Gdyby dobrowolnie działał przeciw takiemu sumieniu, potępiałby sam siebie” (punkt 1790) oraz „Człowiek ma prawo działać zgodnie z sumieniem i wolnością, by osobiście podejmować decyzje moralne. Nie wolno więc go zmuszać, aby postępował wbrew swojemu sumieniu. Ale nie wolno mu też przeszkadzać w postępowaniu zgodnie z własnym sumieniem” (1782).

Trzecia przesłanka odnosi się do tzw. ignorancji niepokonalnej. To owa furtka i awaryjne rozwiązanie dla Kościoła (i jego poczucia nieomylności): gdy Magisterium widzi, że nie potrafi nie tylko przekonać małżonków, by żyli zgodnie z głoszoną przez niego normą, ale także sprawić, by zrozumieli, że takie życie będzie dla nich ostatecznie lepsze, uznaje, iż tkwią oni w niepokonalnej ignorancji. 

Tak, Kościół instytucjonalny się nie myli, mylą się – jego zdaniem – małżonkowie. Ale tu uwaga (!): „jeśli ignorancja jest niepokonalna lub sąd błędny bez odpowiedzialności podmiotu moralnego, to zło popełnione przez osobę nie może być jej przypisane” – głosi punkt 1793 Katechizmu. Zatem małżonkowie nie mają grzechu.

A jak nie ma grzechu, nie trzeba się z niego spowiadać. 

I potwierdza to Vademecum dla spowiedników opublikowane przez Watykan w 1997 r., w którym czytamy: „Jest zasadą, że nie jest konieczne, by spowiednik pytał o grzechy popełnione z powodu niepokonalnej ignorancji dotyczącej grzesznej natury tych czynów, lub popełnione z powodu niezawinionego błędu zaistniałego w osądzie sumienia”. 

Warunek jest tylko jeden, o czym wspomina wymieniony wyżej punkt 1793 Katechizmu: „Konieczna jest praca nad poprawianiem błędów sumienia”. Oznacza to badanie nauczania Kościoła, ważenie racji, zastanawianie się, skąd się bierze rozbieżność głoszonych norm z życiem (spróbuję w tym zadaniu pomóc w dalszej części artykułu). 

Te trzy przesłanki sprawiają, że małżonkowie mogą współżyć ze sobą w sposób, który uznają, że rozwija ich relację, nie zważając na to, iż Kościół widzi zło moralne w używaniu prezerwatywy, antykoncepcji hormonalnej, w seksie oralnym i wszelkich innych pieszczotach doprowadzających do wytrysku poza drogami rodnymi kobiety. I nie muszą się z tego spowiadać.

Karłowata wersja moralności, czyli głos Kościoła w Polsce

Jeżeli jest to takie proste, skąd się zatem wzięła owa udręka małżonków, tak przejmująco ukazana w reportażu Moniki Białkowskiej?

Chyba najważniejszą przyczyną niepotrzebnego, bolesnego zmagania się małżonków z doktryną Kościoła jest to, że wychowani zostaliśmy do bezdyskusyjnego posłuszeństwa, czyli do karłowatej wersji moralności. Mam na myśli co najmniej dwa pokolenia: moje pokolenie PRL-u (generację X, czyli roczniki od 1965 do 1980) oraz następne pokolenie milenialsów (generację Y, 1981-1996) – a zwłaszcza ich, bo to oni zmagają się teraz z chcianym/niechcianym rodzicielstwem.

Tymczasem człowiek postępuje w pełni moralnie dopiero wtedy, gdy działanie podejmuje samodzielnie, świadomie, w sposób wolny i przekonany o jego słuszności. Innymi słowy, gdy normy moralne interioryzuje rozumem i wolą. Gdy natomiast niewolniczo słucha autorytetu albo lęka się Bożego potępienia, jego moralność ma spaczoną postać.

Kościół instytucjonalny w Polsce poważnie odpowiada za to, że całe pokolenia wychowywał do takiej niesamodzielnej wersji sumienia, krzywdząc ludzi. Głównie przez katechezę, ale też przez moralizatorskie duszpasterstwo i straszenie piekłem w kazaniach.

Normowanie seksualności siekierą

Wyjaśniwszy to, przyjrzyjmy się, jakie jest dokładnie nauczanie moralne Kościoła w kwestii małżeństwa i skąd się ono wzięło.

Cała katolicka etyka seksualna zawieszona jest na dwóch normach. Pierwsza stwierdza, że seksualność można uruchamiać tylko w małżeństwie i tylko w jeden sposób – poprzez stosunek waginalny, w którym nasienie mężczyzny trafia do narządów rodnych kobiety („Bez względu na świadomy i dobrowolny motyw użycie narządów płciowych poza prawidłowym współżyciem małżeńskim w sposób istotny sprzeciwia się ich celowości”; KKK 2352). 

Druga norma wymaga, by stosunek seksualny był „otwarty” na płodność („Każdy akt małżeński powinien pozostać sam przez się otwarty na przekazywanie życia ludzkiego”; KKK 2366). 

Wszystko, co w życiu seksualnym dzieje się poza wąskim zakresem określonym przez te normy, jest tzw. czynem wewnętrznie złym, czyli moralnie złe zawsze, bez względu na motywy i okoliczności. Kościół tłumaczy ten rygoryzm wagą, jaką przykłada do ludzkiej płciowości.

A jednak są to bardzo restrykcyjne i toporne normy. Niesłychanie zawężają one to, co w sferze seksualnej jest moralnie dobre. Po stronie zła moralnego obok np. gwałtu zbiorowego ląduje bez różnicy np. autostymulacja, by oddać nasienie do badania. Czynem wewnętrznie złym na równi z morderstwem stają się pieszczoty kochających się małżonków z wytryskiem nasienia poza pochwą. Już z tego zestawienia widać, że coś tu poważnie nie gra. 

Katolickiej etyce seksualnej ewidentnie zabrakło subtelności. Jak Magisterium doszło do sformułowania tych norm?

Augustyn i Tomasz, czyli doborowi specjaliści

Miłość małżeńska, mimo doceniania jej znaczenia w Starym i w Nowym Testamencie (gdzie służy m.in. do ukazania relacji między Bogiem a narodem wybranym i między Chrystusem a Kościołem), ostatecznie nie miała szczęścia w Kościele. 

Na etyce małżeńskiej najbardziej zaważyli dwaj specyficzni święci: seksoholik, który zanegował wartość seksualności, by poradzić sobie z nałogiem, oraz skrupulatnie porządkujący rzeczywistość racjonalista. Ani św. Augustyn, ani św. Tomasz nie dysponowali odpowiednim życiowym doświadczeniem, by móc adekwatnie analizować małżeństwo i miłość małżeńską. 

Wielu duchownych moralistów w tym miejscu żachnie się: przecież lekarz nie musi być sam chory, by umieć zdiagnozować i leczyć chorobę! Tyle że droga życiowa, jaką jest małżeństwo, bardziej niż „chorobę” przypomina – można odpowiedzieć – wspinaczkę wysokogórską, a do niej teoretyk raczej nie przygotuje.

Tylko raz Kościół dopuścił do głosu małżonków, po czym ich opinię zignorował: Paweł VI zaprosił do komisji badającej problem antykoncepcji kilka małżeństw, a następnie odrzucił współtworzony przez nie tzw. raport większości dopuszczający użycie sztucznej regulacji poczęć.

Dla Augustyna współżycie seksualne było obarczone „skazą” pożądliwości będącej skutkiem grzechu pierworodnego. W małżeństwie usprawiedliwia je jedynie nastawienie na prokreację. Namiętność, która zasłaniała ten motyw, czyniła z seksu „grzech powszedni”. Seksualność jest więc co do zasady moralnie niebezpieczna, a jej użycie to zło konieczne, dopuszczalne jedynie ze względu na odnawianie pokoleń. 

Na tle mentalności biskupa Hippony poglądy Tomasza z Akwinu wydawały się rewolucyjne. 

W pożądaniu seksualnym widział on stworzoną przez Boga naturalną inklinację prowadzącą do przedłużenia gatunku – jedno z kilku fundamentalnych dążeń ludzkiej natury konstytuujących prawo naturalne (pozostałe to instynkt samozachowawczy, inklinacja do prawdy i do życia społecznego). 

To Tomasz sformułował klasyczną naukę o trzech nierównorzędnych celach małżeństwa: podstawowym, jak prokreacja i wychowanie potomstwa (procreatio atque educatio prolis), i drugorzędnych, jak wzajemna pomoc (mutuum adiutorium) i lek na pożądliwość (remedium concupiscentiae). Taki zestaw zapisany był jeszcze w kodeksie prawa kanonicznego z 1917 r., obowiązującym formalnie do 1983 r.

Po co jest małżeństwo i czy tylko dla dzieci

Jak rozumieć pierwszorzędność prokreacji? Jako fundament małżeństwa? Przecież jest dokładnie odwrotnie – to raczej małżeństwo stanowi fundament dla rodzicielstwa. Prokreacja nie może należeć ani do istoty małżeństwa, ani wyznaczać jego głównego sensu. Gdyby tak było, małżeństwa bezdzietne nie miałyby sensu. Tymczasem Kościół od zawsze twierdził, że niepłodność nie stanowi przeszkody do małżeństwa. 

Nieadekwatność takiej hierarchii celów małżeństwa można pokazać na analogii. Pierwszorzędnym celem szkoły jest kształcenie młodzieży. Przy okazji szkoła daje zatrudnienie nauczycielom – to byłby niewątpliwie ważny, ale podrzędny jej cel. A teraz wyobraźmy sobie szkołę bez dzieci (odpowiednik niezawinionej bezdzietności) – czy miałaby ona sens?

Nacisk na pierwszorzędność prokreacji świadczy o patrzeniu na małżeństwo z perspektywy zewnętrznej – społecznej. Z tej perspektywy pojawienie się dzieci, czyli kolejnego pokolenia, jest najważniejszym zadaniem małżonków. Ma to wpływ też na analizę moralną: jakiekolwiek działanie przeciwne prokreacji w sposób istotny godziłoby w małżeństwo. Dlatego jest złem moralnym.

Z perspektywy małżonków wygląda to jednak inaczej: dzieci są dopełnieniem małżeństwa, owocem i ukoronowaniem ich miłości. O wiele jednak ważniejsza jest dla małżonków ich relacja. To o nią muszą zawsze najpierw zadbać. Jeśli trzeba, ograniczając prokreację.

Posoborowy kompromis niczego nie wyjaśnia

Sobór Watykański II dowartościował perspektywę personalistyczną i miłość małżeńską. Hierarchia celów zniknęła. Zreformowany przez Jana Pawła II w 1983 r. kodeks prawa kanonicznego mówi o małżeństwie jako o wspólnocie całego życia, „skierowanej ze swej natury na dobro małżonków oraz na zrodzenie i wychowanie potomstwa”. Jak ta równorzędność dwóch celów – dobra małżonków i prokreacji – przekłada się na etykę?

Dokładnie tak samo. Owa „równorzędność celów” nadal gwarantuje, że prokreacja wciąż ma decydujący wpływ na normy etyczne. Paweł VI w encyklice „Humanae vitae” nie zgodził się, by rodzicielstwo realizowane na przestrzeni życia małżonków uzasadniało stosunki seksualne z rozmysłem uczynione niepłodnymi. Każdy akt małżeński ma być otwarty na płodność. Papież nie potrafił jednak wyjaśnić, w jakim sensie na płodność otwarte są stosunki podejmowane celowo w okresie niepłodnym.

Prof. Bogdan Wojciszke w „Psychologii miłości” przytacza hipotetyczny przykład małżeństwa, które w ciągu 20 lat pożycia dorobiło się dwójki dzieci, współżyjąc średnio dwa razy w tygodniu. Ze statystyki wynika, że w ich przypadku na 1000 stosunków jeden był płodny. I komentuje: „Gdybyśmy znaleźli klucz do szafy, który otwiera ją raz, a nie otwiera 999 razy, zapewne nie przyszłoby nam do głowy, że to jest klucz do tej szafy”. 

Seks a zdrowie, czyli pochwała różnorodności

Ograniczenie przez Kościół erotycznych zachowań do stosunku seksualnego zakończonego wytryskiem w narządach rodnych kobiety przynosi szkody także wtedy, gdy o prokreacji z racji biologicznych nie może już być mowy. W okresie poreprodukcyjnym, kiedy funkcje seksualne słabną, mężczyźni mogą mieć kłopoty z erekcją. Małżonkowie, którym Kościół wmówił, że tylko jedno z zachowań seksualnych jest moralne, nie mogąc sprostać tym wymaganiom, często po prostu rezygnują z seksu. 

I to w życiowym okresie, kiedy wzajemna bliskość i wsparcie są bardzo potrzebne. 

Magisterium nie bierze pod uwagę, że jego nauczanie na wielu poziomach prowadzi do konfliktu wartości. Ignoruje fakt, że o zdrowie narządów seksualnych jako biologicznych organów ciała mamy także moralny obowiązek dbać. A okazuje się, że w seksie to różnorodność, a nie monotonia, jest zdrowa. 

Pytanie o krzywdę, czyli uniwersalny sprawdzian moralny

Uniwersalnym kryterium moralności czynów jest rozpatrywanie ich w kontekście sprawiedliwości. Kogo krzywdzą małżonkowie, używając antykoncepcji?

W dokumentach Kościoła znajdziemy wiele prób odpowiedzi na to pytanie. Paweł VI w encyklice „Humanae vitae” przekonywał, że małżonkowie przyzwyczaiwszy się do stałej dzięki antykoncepcji dostępności żon, przestaną je szanować. To wizja mężczyzny celibatariusza.

Jan Paweł II mówił, że antykoncepcja to kłamstwo w mowie ciała – mąż mówi: nie chcę twojej płodności, żona: nie oddam ci się cała. A co „mówią” sobie małżonkowie skrupulatnie wyliczający dni płodne i podejmujący stosunki tylko w okresie niepłodnym – będę się kochać z tobą, pod warunkiem, że będziesz niepłodna / że mnie nie zapłodnisz? Czy to jest obdarowywanie się sobą „w całościowości daru”?

Pojawiły się tak dziwaczne argumenty, jak np. to, że nie okazujemy szacunku wobec osobowej godności potencjalnych istot, które mogłyby się począć, gdyby stosunek nie został obezpłodniony (ks. Tadeusz Ślipko), albo że obrażamy Boga, bo nie szanujemy jego daru. Naprawdę Bóg bardziej jest obecny w biologii niż w rozumie, rozsądku i odpowiedzialnym rodzicielstwie?

Z pozycji małżonków sprawa jest oczywista – właściwą perspektywą mówienia o rodzicielstwie jest całość życia małżeńskiego. Tropienie odniesień do prokreacji w każdym zachowaniu seksualnym zakrawa na niezrozumiałe skrupulanctwo.

Ono staje się bardziej zrozumiałe, gdy zapytamy o rzeczywisty motyw, którym kierowali się decydenci Magisterium. Z wypowiedzi Pawła VI, a także z tzw. raportu mniejszości, na którym się opierał przy redagowaniu encykliki „Humanae vitae”, wynika, że głównym motywem był lęk przed skutkami zmiany nauczania. 

Papież obawiał się utraty przez Kościół wiarygodności. Tymczasem nieraz już w historii Magisterium zmieniało zdanie (przykładem choćby pożyczka na procent traktowana dawniej jako niemoralna lichwa, czy wspieranie niewolnictwa jeszcze do lat 60. XIX wieku).

Lęk zwykle nie jest dobrym doradcą w moralności.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 17/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Gdy moralność szkodzi