Wybory pokazały nowy społeczny podział: nie na elitę i wykluczonych, tylko na dwie elity

Powyborcze rozrachunki, spór o pogardę i odklejenie, tyleż odkrywają, co zakrywają ważną prawdę o Polsce. Stare różnice nie mają już znaczenia.
Czyta się kilka minut
Trasa miedzy Białymstokiem a Zabłudowem, 18maja 2025 // Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl
Trasa pomiędzy Białymstokiem a Zabłudowem, 18 maja 2025 r. // Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Polskim wyborom towarzyszy pewien rytuał. Po ogłoszeniu wyników jedna połowa społeczeństwa narzeka na głupotę i demoralizację drugiej. Następnie pojawiają się narzekający na narzekających. Pierwsi musztrują większość społeczeństwa za zły wybór. Drudzy musztrują pierwszych za pogardę, odklejenie i pychę. Czyli te właśnie cechy, z powodu których przegrywają i porażki przyjąć nie potrafią.

Rytuał ten dokonuje się jawnie – ustami medialnych, politycznych i symbolicznych elit. Dokonuje się też półprywatnie – w domach, w pracy i na cyfrowych komunikatorach. Dziś uważa się, że to obrzęd Polski liberalnej – bo ona od dekady częściej wybory przegrywa. Ale były czasy, kiedy na odmóżdżonych „lemingów” narzekali konserwatyści. Nikt nie ma monopolu na pogardę. Każdy ma swoich ulubionych winowajców i – jak u Brechta – chciałby co jakiś czas rozwiązać społeczeństwo i wybrać sobie nowe.

Nie inaczej było i w tym roku.

Uruchamianie odtwarzacza...

Chór pogardy kontra chór gardzących pogardą

W wyborczą noc i poranek odezwał się znajomy chór reżyserek, filozofów i najróżniejszych kreatorów smaku, by załamać ręce nad durnotą społeczeństwa. Sprzyjające Platformie profile w mediach społecznościowych pełne były cytatów z najróżniejszych autorytetów, zwiastujących upadek wszystkich wartości. Niektóre wpisy były tak karykaturalne, że nie sposób odgadnąć, czy to prawdziwe przemyślenia autora, czy satyra na poczucie własnej wyższości elit. Jak ten z konta prof. Jana Hartmana: „sutenerzy, psychopaci, gangsterzy i zwykłe bydło piorące się po mordach w sejmowym barze – czy 1 czerwca oddadzą im Polskę debile, faszyści, nieuki, do spółki z bigotkami?”.

To pierwsza część rytuału, bo wkrótce zabiera głos zjednoczony front pogardzających pogardą. Ludzie tak różnych życiowych dróg jak Peja, Paulina Matysiak i Szczepan Twardoch zwracają się z tyleż słusznymi, co próżnymi apelami o pohamowanie tej nienawiści. I punktują swoich kolegów – reprezentantów tej samej klasy ludzi, których internetowy wpis ma rangę newsa. „Ile głosów na swojego kandydata pozyskał profesor [Jan] Hartman nazywający wyborców [Karola] Nawrockiego debilami, nieukami i faszystami? Ilu przysporzyła mu Manuela Gretkowska wdzięcznie opowiadająca o ludziach głosujących na wdychanie własnych pierdów, ilu profesor [Michał] Bilewicz twierdzący, że głosujący na Nawrockiego stoją po stronie morderców z Jedwabnego i wszyscy inni, w których pogarda do połowy obywateli własnego kraju wygrywa z rozumem?" – pyta retorycznie śląski pisarz.

To nie jest spór elit z ludem. Społeczny podział w Polsce wygląda dziś inaczej

W tym rytualnym sporze jedni reprezentują „górę” – wykształconą i wielkomiejską część społeczeństwa, która mimo swojej ciężkiej pracy i niezaprzeczalnego awansu w III RP cały czas czuje, że demokracja jest w gruncie rzeczy pomysłem niebezpiecznym, bo w każdej chwili 50 proc. i jeden głos ciemniaków może im to wszystko odebrać. Drudzy zabierają głos w imieniu „dołu” – milionów rodaków, którzy nie podzielają wrażliwości i poglądów postępowych mieszczan i nie chcą być zdominowani przez mniejszość przekonaną o swojej przewodniej roli i naturalnym przeznaczeniu do rządzenia.

Choć mamy mniej zakorzenioną i zamożną elitę niż Brytyjczycy czy Amerykanie, ten powyborczy spór odbywa się u nas mocniej niż w innych zachodnich demokracjach. Być może jest coś w inteligenckich kodach naszego życia publicznego, rodem z XIX i XX wieku, co czyni te wzajemne połajanki tak ważnym obrzędem. Być może w przyszłości będziemy za nimi tęsknić. Mam jednak wrażenie, że dziś powinniśmy te kategorie raz jeszcze przemyśleć.

W tym cyklu wyborczym wielki spór o lud i elity, pogardę i odklejenie, tyleż nam bowiem odkrywa, co zakrywa. Bo faktyczny społeczny podział w Polsce wygląda dziś inaczej.

Elity chcą „empatyzować” z klasą ludową, ale nie chcą słuchać o ich potrzebach

Zacznijmy jednak od tego, w czym uczestnicy rytualnej dyskusji mają rację. Tak, nie brakuje w Polsce pogardy i wyższościowej postawy elit wobec „ciemniaków” i „chamów”. Symptomatyczny jest tu język, zapożyczony w nieomal niezmienionej formie z Polski czasów chłopów i panów. Z jednej bowiem strony wielką popularnością cieszą się książki w nurcie historii ludowej, a czytający te pozycje utożsamiają się ze zbiorowym bohaterem sprzed wieków. Współcześnie mają jednak do biedniejszych od siebie i mieszkających na prowincji stosunek nie mniej pogardliwy czy wręcz rasistowski, co szlachta.

Postawy wsi (a właściwie całej Polski poza kilkoma największymi aglomeracjami), opór dużej części społeczeństwa wobec zbyt forsownej modernizacji, dystans do obcych, przywiązanie do tradycji czy strategie biernego i czynnego oporu wobec planów elit – to wszystko jest ciekawe, dopóki egzotyczne. Bliżej nas – budzi niezrozumienie, wstręt i panikę. Zauważyła to choćby prof. Małgorzata Jacyno w arcyciekawym wywiadzie dla magazynu „Kontakt”. Socjolożka pokazała, jak zaczytane w „Chłopkach” czy „Chamstwie” elity chcą „empatyzować” i „przełamywać mury milczenia” z klasą ludową. Ale zarazem nie chcą przyjąć, że ta może mieć własne interesy i potrzeby. Odmienne niż tylko potrzeba bycia wysłuchanym i odmienne od tego, na co elity skłonne byłyby się zgodzić.

Moralną wyższością nie wygrywa się wyborów

W tej kampanii więcej jednak niż pogardy czy klasizmu było zawstydzania. Obóz rządzący uznał już wyższość programową Kaczyńskiego i dlatego realizuje jego program, od 800 plus, przez uszczelnienie granicy, po budowę CPK. Pisałem o tym w „TP” rok po wyborach. Platforma, nie mogąc podjąć programowej polemiki z obozem PiS i Nawrockim, ale też Konfederacją i Mentzenem, skazana była na innego rodzaju propagandę.

Wyborców trzeba było nie tyle przekonać, że Trzaskowski ma lepsze rozwiązania, ile pokazać, że poparcie Nawrockiego jest powodem do wstydu. „Jak to, sutenera, alfonsa, gangstera, chuligana i oszusta chcecie wybrać? Jak Wam nie WSTYD?!” – mówiły wprost i nie wprost wyborcze komunikaty. Głosowanie dla zwolenników tego podejścia stało się kwestią nie programu, lecz przyzwoitości.

Tylko że moralna wyższość nie wygrywa wyborów. Opisane przez badaczy przykłady Węgier, Wielkiej Brytanii, nie mówiąc o USA, pokazały, że rodaków coraz trudniej zawstydzić, jeśli głosują za tym, co widzą jako poprawę własnego losu; dość podać nazwiska Trump, Milei, Le Pen, Farage czy teraz Nawrocki. Co więcej: obóz rządowy ma ten problem, że z wieloma diagnozami PiS i Konfederacji, od podejścia do migracji po nazywanie NFZ „studnią bez dna”, a ZUS „piramidą finansową”, aż po pęd do deregulacji i nowo odkryty sprzeciw wobec europejskiego prawa, się zgadza. A nawet jest w stanie wypić za to piwo, co pokazały zdjęcia Trzaskowskiego i Sikorskiego w pubie Mentzena.

Koniec Polski liberalnej i Polski solidarnej. Transformacyjny podział się wypalił

Ale opis tegorocznych wyborów prezydenckich jako starcia elit i ludu nie sprawdza się także z innego powodu. Owszem, wydawać by się mogło, że pochodzący ze społecznych dołów Nawrocki i wywodzący się z wyżyn Trzaskowski to idealni „proxy” – kandydaci zastępczy – biednej i bogatej Polski. Awatary ofiar i wygranych polskiego kapitalizmu. Ale w świetle tego, co dziś napędza naszą politykę, byłby to wniosek błędny. W programach, obietnicach i języku tego sporu nie dało się jasno wyczytać podziału na Polskę liberalną i solidarną. Jedni i drudzy ścigali się o głosy przedsiębiorcy i sympatyka Konfederacji, nie biednej emerytki.

Wybory nie były też sporem o 800 plus, o emerytury, o płace minimalne i dziedzictwo transformacji. To ostatnie zauważył choćby Jacek K. Sokołowski w niedawnym wywiadzie dla „TP”, podkreślając, że podział transformacyjny się wypalił. 800 plus się znormalizowało i nie tylko zwalczająca niegdyś PiS-owskie rozdawnictwo koalicja rządząca, ale nawet Konfederacja coraz mniej otwarcie je kontestują. Spór kampanijny nie dotyczył zasadności świadczeń dla Polaków, a tego, czy odebrać je mieszkającym w Polsce Ukraińcom.

W sprawach materialnych wszystkim kandydatom – z wyjątkiem Adriana Zandberga i Magdaleny Biejat – chodziło o to samo: byśmy płacili mniejsze składki, gromadzili kolejne mieszkania i wprowadzali dalej idące ulgi oraz regulacje korzystne dla rodzimych przedsiębiorców. Unijne regulacje krępujące rozwój biznesu, podatek od kilku nieruchomości czy koszt składki NFZ to nie są zmartwienia wykluczonych mieszkańców prowincji. W odróżnieniu od wyborów 2015 i 2019 r. nie mieliśmy więc starcia dwóch modeli społecznych.

Metropolie zostały tam, gdzie są, zyskuje wieś i prowincja

Liberałowie i główny nurt komentariatu coś przeoczyli, ale nie chodzi o pogardę dla ludu. Polska prowincja nie jest już morzem nędzy, zacofania i zgryzoty, jak sądzi niemało zawodowych analityków życia publicznego, którzy rzadko opuszczają stolicę. W ciągu 10 lat wiele się w tej kwestii zmieniło. Polityka transferów pomogła ograniczyć biedę, a stały rozwój gospodarczy i rosnące znaczenie przemysłu stworzyły wiele fortun. Struktura społeczna wsi zmienia się przez migrujących do niej mieszczuchów, którzy przywożą swoje modele życia i wartości. Ale także majątki, działalności gospodarcze oraz zapotrzebowanie na nowe usługi – od edukacji po gastronomię.

Naszkicowany grubą kreską bilans zmian w ostatniej dekadzie wygląda mniej więcej tak. Metropolie zostały tam, gdzie są: przodują tak pod względem dostępnych usług i dobrych miejsc pracy, jak nierówności i – bywa – niemożliwie wysokich kosztów życia. Średnie miasta tracą młodych mieszkańców, usługi publiczne i dobrej jakości miejsca pracy. Zyskuje wieś i prowincja, gdzie wpływ transferów społecznych i podwyżek jest nieproporcjonalnie większy, koszty mieszkania i utrzymania są niższe, a rozwój przemysłu i lokalnych biznesów daje więcej możliwości pracy niż tylko w rolnictwie lub kiepsko płatnym sektorze administracji samorządowej.

A to oznacza, że w wyborach 2025 r. nie mieliśmy sporu elity i społecznych dołów. Przeciwnie – mieliśmy wybory, w których rozstrzygający był spór dwóch elit. Metropolitalnej i „globalistycznej” oraz lokalnej i „suwerenistycznej”.

Nawet nieco mniej zamożni nie mają już kompleksów wobec miasta

Dziś twarz polskiego milionera to niekoniecznie prawnik z warszawskiej kancelarii, właściciel prywatnej kliniki czy menadżer zagranicznej korporacji. To coraz częściej właściciel zakładu rozbioru drobiu, operator dużej hurtowni na lokalnym rynku, szef firmy budowlanej z miasteczka, lekarz, który wystawia faktury powiatowemu szpitalowi. To oni kupują dzieciom mieszkania za gotówkę w Warszawie czy Wrocławiu. Oni też latają na drogie zagraniczne wakacje albo wręcz do własnych apartamentów w Hiszpanii. I wracają z nich przekonani, że w porównaniu do niebezpiecznych, brudnych i pełnych migrantów krajów Europy Zachodniej u nas jest dobrze. I nie ma się czego wstydzić, trzeba nawet żądać, by było jeszcze lepiej.

Ale nawet nieco mniej zamożni nie mają już kompleksów wobec miasta. Właściciele przyzwoicie prosperujących firm i gospodarstw rolnych, sektor transportu i usług dla lokalnego przemysłu i przetwórstwa, prawnicy i coraz lepiej wynagradzane zawody medyczne, branża beauty, wyższa-średnia klasa z prowincji… idą po swoje. Wiemy to nie od wczoraj. Jak w wywiadzie udzielonym mi pięć lat temu – po kolejnej klęsce PO na wsi – tłumaczył prof. Jacek Raciborski: „Względny dobrobyt zniósł niegdyś silną presję na wykształcenie i wyjazd. Miasto przestało być synonimem awansu i lepszego życia. Porzucenie tego rodzaju aspiracji ułatwiło w ogóle zakwestionowanie wartości propagowanych przez elity. Miejskie elity straciły rząd dusz”.

Do tej opowieści można tylko dołożyć fakt o rozwijającym się Rzeszowie, Podkarpaciu i Małopolsce czy deweloperskim (i cenowym) boomie w Białymstoku. Jak mawia znany z tych łamów Marcin Kędzierski: to polski przedsiębiorca ze wsi i małego miasta jest dziś „polskim swing state”.

Niezrealizowanie tych pomysłów było największym błędem Tuska

To on w tych wyborach domagał się jakiegoś transferu. „Wreszcie jakiegoś 500 plus nie dla PiS-owców i nierobów, tylko dla nas” – jak mówili w badaniach fokusowych wyborcy PO przed wyborami 2023 r. To grupa, która uwierzyła w obietnice ze „100 konkretów” Donalda Tuska i chciała korekty wobec PiS-u – ale takiej, która odkręci Polski Ład i Zielony Ład. Liczyli, że władza zdejmie z nich ciężary inflacji, wojny w Ukrainie, wysokich składek, drogiego paliwa i energii.

To ważne: mówimy o ludziach, którzy w 2023 r. – właśnie dzięki obietnicy niższych podatków i składek oraz cofnięcia PiS-owskiego „rozdawnictwa”, „socjalizmu” i „gnębienia przedsiębiorców” – zagłosowali na partie przyszłej koalicji, np. Trzecią Drogę. Ale równie dobrze odnaleźliby się w bardziej konserwatywnym skrzydle PO, w PiS (gdyby nie Morawiecki), w PSL, w Konfederacji, a nawet u Brauna. Ich 500 plus miała być obniżona składka zdrowotna, wyższa kwota wolna i „cofnięcie Polskiego Ładu”. Kilkusetzłotowy transfer kieszeni do lepiej zarabiających. I właśnie tego od rządu nie dostali.

Postulat obniżki składek na NFZ i podniesienia kwoty wolnej to szkodliwe, wręcz antypaństwowe propozycje. Ale z taktycznego punktu widzenia niezrealizowanie tych pomysłów w pierwszym roku rządów było może największym błędem Donalda Tuska. Zniechęceni, wściekli na konieczność przedłużającego się utrzymywania uchodźców z Ukrainy i źli, że państwo ich „okrada”, albo na wybory nie poszli, albo przerzucili poparcie na innego kandydata prawicy, który obiecywał to, czego PO nie dała.

Tylko takie ujęcie tego sporu tłumaczy skok poparcia dla Konfederacji i Brauna 

Za tą intuicją przemawia nie tylko język kampanii – skupiony na przedsiębiorcach, na składkach, na tym, że polskie firmy przegrywają z konkurencją, a UE trzeba w regulacyjnych zapędach pohamować. Mamy także dane: to właśnie 1,5-2 mln wyborców Trzeciej Drogi i rozczarowanych sympatyków PO – „pożyczony elektorat Mentzena i Konfederacji”, jak ujął to Daniel Pers – okazało się kluczowe.

Tylko takie ujęcie tego sporu – elita „globalistyczna” kontra „suwerenistyczna” – tłumaczy skok poparcia dla Konfederacji i Brauna. Gdyby wybory naprawdę rozstrzygały się tylko według podziału biedni-bogaci czy elita-prowincja, to Nawrocki, reprezentujący PiS – ugrupowanie mające nieomal monopol na głos socjalny – wypadłby w I turze dużo lepiej. Zaś grupy, w jakich Mentzen zdobył najwyższe poparcie w ostatnim przedwyborczym sondażu CBOS, to: zarabiający powyżej 9000 brutto (najwyższe widełki dochodowe ujęte w badaniu, 21 proc.), uczniowie i studenci (25 proc.) oraz w przedziale wiekowym 25-34, gdzie wygrałby I turę otrzymując 38 proc. głosów!

Trudno powiedzieć, żeby to był portret wykluczonych. I choć Mentzen cieszył się ponadprzeciętnie dużym poparciem na wsi i wśród osób z wykształceniem podstawowym, to jego (razem z Braunem) wyborcy stanowią różnorodną koalicję, której wspólnym mianownikiem nie jest bieda i krzywda. Prędzej wściekłość na zablokowane rzekomo przez UE, Zielony Ład i migrantów drogi awansu oraz przymus dzielenia się z nimi polskim dobrobytem. „Tu jest Polska!” – skandował Braun, a więc w Polsce to Polakom powinno żyć się lepiej, polskie biznesy powinny być faworyzowane, a prawo powinno wspierać polskich posiadaczy majątku, w tym mieszkań. Zawołanie Brauna, podobnie jak konfederacka obietnica „normalnego życia”, odwołuje się do społecznego awansu i aspiracji (znów: rzekomo krępowanych przez UE), a nie do ofiar neoliberalizmu.

Polska się zokcydentalizowała. Spieramy się jak w Niemczech czy Holandii

Kto zresztą miał prawo bać się najbardziej podatków od samochodów spalinowych i emisji, kosztów Zielonego Ładu, drogiego paliwa i energii, ściślejszej regulacji biznesu, rosnących kosztów utrzymania systemu społecznego w starzejącym się społeczeństwie, nieuczciwej konkurencji ze wschodu oraz dalszej destabilizacji gospodarczej wynikającej z przedłużającej się wojny w Ukrainie? Dokładnie ta warstwa, o której tu mówimy.

Tylko to nie jest spór wielkomiejskiej elity z ludowymi masami. Przeciwnie, to spór dwóch elit albo – jeśli trzymać się terminologii Petera Turchina – elity i „kontrelity”. W którym to sporze obie walczą o to, by Polska opowiedziała się mocniej za jednym z dwóch modeli kapitalizmu. Bardziej globalistycznym, który służy elicie wielkomiejskiej, branżom kreatywnym i sektorowi usług, czy lokalno-suwerenistycznym, który jest lepszy dla wysokoemisyjnych i „brudnych” branż oraz zakłada weto nad Zielonym Ładem, integracją Ukrainy z UE i NATO czy liberalizacją handlu z krajami MERCOSUR na czele.

Ale to znaczy także – jeśli kogoś to pocieszy – że Polska się zokcydentalizowała. Co bowiem mówi nam fakt, że spieramy się o status posiadaczy majątku (mieszkań, ziemi i samochodów), że rozpala nas kwestia świadczeń dla obcych (jak mówią badacze, „szowinizm socjalny”), że chcemy jeszcze większego dowartościowania jednego segmentu elit kosztem drugich, z nadzieją, że napompujemy tym własnych czempionów gospodarki kosztem cudzych i domagamy się agresywnej roli państwa w obronie statusu klasy średniej? To znaczy, że dalej już nam do Polski czasów sporu o transformację, a bliżej do współczesnych Niemiec, Holandii, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii, gdzie to właśnie te tematy są sednem kolejnych kampanii, a spór różnych elit o ochronę własnej pozycji czymś najnormalniejszym pod słońcem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Wojna dwóch elit