Morawiecki nie walczy z Kaczyńskim. Walczy z Tuskiem o polskie ambicje

Prawdziwym przeciwnikiem byłego premiera nie jest dziś Kaczyński ani Czarnek. Gra toczy się o to, kto będzie twarzą polskiego rozwoju, nowoczesności i gospodarczego patriotyzmu.
Czyta się kilka minut
Mateusz Morawiecki na obchodach rocznicy pogrzebu Lecha Kaczyńskiego. Kraków, 18 kwietnia 2026 r. // Fot. Artur Barbarowski / East News
Mateusz Morawiecki na obchodach rocznicy pogrzebu Lecha Kaczyńskiego. Kraków, 18 kwietnia 2026 r. // Fot. Artur Barbarowski / East News

Sprint, trójbój czy maraton – w jakiej dyscyplinie startuje Mateusz Morawiecki? Zostawmy rozstrzygnięcie fanom sportowych metafor w polityce. Pewne jest, że w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy porwał się na rzecz w historii III RP niespotykaną.

Morawiecki odbył całą serię dyskusji na tematy dotyczące rozwoju, globalizacji i gospodarki – także z oponentami z innych partii albo środowisk spoza PiS. Udzielił tuzina wywiadów na „nieswoim” gruncie. Spierał się z Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz i Adrianem Zandbergiem; nie zapominajmy też o „Piwie z Mentzenem”, które miało być grillowaniem nielubianego przez wyborców Konfederacji byłego premiera, a skończyło się raczej wrzuceniem na ruszt gospodarza. 

Były premier pisał eseje, występował na konferencjach, powoływał zespoły i tworzył raporty z receptami dla Polski. Słowem: podjął próbę powrotu na szczyt krajowej polityki poprzez debatę, a nie przez partyjne intrygi. Nie wiadomo, czy zyskał dzięki temu więcej szacunku, czy zazdrości partyjnych kolegów, ale z pewnością wykreował coś na kształt mody na siebie samego. Podczas gdy w świecie tradycyjnych mediów wyobraźnią rządzą Tusk i Kaczyński, w okienku YouTube dużo częściej gości Morawiecki. 

Czy ta metamorfoza – z byłego szefa rządu obciążonego porażkami w analityka i wizjonera – ma szansę powodzenia? Jaka przyszłość czeka powołane przez niego stowarzyszenie „Rozwój Plus”?

Dyskusja wokół ruchów Morawieckiego zdążyła się już stoczyć na poziom partyjnych personaliów. Która frakcja w PiS wyjdzie z tego mocniejsza i co zrobi prezes? Fakt, że jedno słowo Kaczyńskiego (albo potknięcie Czarnka) może wszystkie te spekulacje przekreślić, nie przeszkadza w ich dalszym tworzeniu. Niektórzy liczą mandaty w przyszłym Sejmie, inni analizują ruch taksówek w drodze na Nowogrodzką. Jednak oglądając przedwyborcze ruchy w polityce jak kolejny sezon „Sukcesji”, możemy przegapić coś ważnego. To, że jesteśmy już w nowych czasach.

Polityka zagraniczna: nowe pole rywalizacji polskich polityków

Gdy wygasł podział postkomunistyczny, osłabła polaryzacja PO-PiS, a partia Kaczyńskiego straciła pewne miejsce przy prawej ścianie, konflikty w naszym życiu publicznym nie zniknęły, ale muszą zawiązać się na nowo. Czas temu sprzyja.

Po pierwsze, zmieniają się media, dzięki którym społeczeństwo wchodzi w kontakt z polityką (YouTube, podkasty, sterujące emocjami algorytmy oburzenia i narzędzia masowej propagandy zasilane AI). To tworzy obiegi równoległe. Dzięki nim z jednej strony na Węgrzech wygrywa Péter Magyar, który nie miał dostępu do publicznych mediów, z drugiej w Polsce Karol Nawrocki.

Tematy, którymi żyje YouTube – będący faktycznie masową, ludową telewizją – niekoniecznie są tożsame z tym, co widzimy w TVP albo nawet co omawiają portale. Po latach dominacji Tuska i Kaczyńskiego pojawiają się nowe archetypy polityka nowej epoki: nie tylko wspomniany wyżej Nawrocki.

Po drugie, w czasach Trumpa 2.0 dawne kategorie i świętości upadają. A okoliczności międzynarodowe zmuszają polskich polityków do redefinicji naszego miejsca w świecie oraz pojęć, którymi się posługujemy. 

Już widać, że choćby stosunek do członkostwa w Unii Europejskiej i do dalszego opierania się na USA będą przestrzenią ostrych sporów. Nie tylko między, ale i wewnątrz różnych obozów. To brzmi jak banał, ale wcale banalne nie jest. Polityka zagraniczna – od spotkań premiera Tuska z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem, po poparcie udzielone Orbánowi czy wizyty na konwencjach amerykańskich trumpistów – stała się polem rywalizacji. I budowy, mówiąc językiem socjologii, nowych kapitałów, po które można sięgnąć. Polscy politycy aspirują do ważnej roli w ponadnarodowych ruchach i lewarują w kraju swoją pozycję w UE albo w międzynarodówce MAGA.

Morawiecki dał Polsce twarz prawicowej modernizacji

Po trzecie zaś, co po części wynika i z dwóch powyższych punktów, dawne podziały na modernizatorów i tradycjonalistów nie oddają dzisiejszej rzeczywistości. Tak samo jak podział na obóz pro- i antyzachodni. I to nie tylko dlatego, że nie ma już jednej nowoczesności i jednego świata Zachodu. Lewica straciła monopol na postęp, liberałowie nie jawią się zaś jako odpowiedzialni strażnicy gospodarki i dobrobytu w niepewnych czasach. 

Giorgia Meloni, Jordan Bardella, J.D. Vance, Péter Magyar – wszyscy oni próbują pokazać, że można połączyć nacjonalizm i nowoczesność, polityczny realizm i ideologiczną elastyczność z konserwatyzmem, międzynarodowe sojusze i brylowanie na globalnej scenie z krytyką globalizacji.

To także przypadek Morawieckiego. Dał Polsce twarz prawicowej modernizacji i wypełnił ją treścią. A później przegrał z Tuskiem i monopol na konserwatywną nowoczesność stracił. Co więcej: wyrosła mu konkurencja po prawej stronie, która nie tylko odrzuca go personalnie, ale w ogóle uważa, że Morawiecki i jemu podobni odeszli zbyt daleko od korzeni. Albo nigdy nie byli tak naprawdę „swoi”. 

No i wreszcie: zmienia się to, czego i my sami oczekujemy od polityków, oraz horyzont, w którego stronę, naszym zdaniem, elity powinni zmierzać. W tym nowym świecie pojęć szczególne miejsce zajmuje „rozwój”. 

Rozwój. Chcemy wszystkiego i na wszystko nas stać

Rozwój stał się polem, na którym rozgrywa się bitwa o przyszłość Polski. Nie dzieli nas spór o to, czy powinniśmy się jeszcze bardziej ambitnie rozwijać – co do tego wszyscy ważni w krajowej polityce są zgodni.

Podobnie jak nie ma już większego sporu o to, w co powinniśmy inwestować. Armię czy hojne wsparcie dla rodzin i programy prodemograficzne? W twardą infrastrukturę i bazę przemysłową czy może w najnowocześniejsze technologie i usługi nowej generacji? W rozwój narodowych czempionów i wielkich państwowych graczy czy w rozwój rynku kapitałowego i innowacyjne start-upy? Odpowiedź brzmi: chcemy tego wszystkiego i stać nas na to wszystko. Jak nie teraz, to nigdy.

10 lat temu politycy, którzy obiecywali zbyt dużo, ryzykowali. Mogło bowiem okazać się, że rodacy przestraszą się nieuchronnego wzrostu długu, a konsekwencją brania na państwo zbyt wielu ambitnych projektów będzie wyborcza porażka. 

Weźmy za przykład projekt elektrowni jądrowej, której budowę obiecano jeszcze w 2008 r. Premier Tusk przekonywał wówczas, że inwestycja zostanie sfinansowana przez kapitał prywatny. W pewnym momencie mówił nawet wprost, że nie sądzi, aby państwo współcześnie mogło „za swoje pieniądze” pozwolić sobie na podobne wydatki. Rządzący, świadomi globalnego kryzysu gospodarczego i wyczuleni na zarzuty o rozrzutność czy rozwój na kredyt w stylu Gierka, dobierali słowa uważnie. A zapewnienia premiera i tak nie uspokoiły ekspertów. Ci bowiem latami dopytywali – pomimo że elektrownia i tak nie była budowana – skąd państwo znajdzie na nią pieniądze i kiedy w końcu udowodni, że ma te kilkanaście miliardów.

Ostatecznie elektrownia jądrowa nie powstała przez cztery kadencje ani z publicznych, ani z prywatnych pieniędzy. Choć w tym samym czasie udało się wydać setki miliardów na świadczenie 500+ i państwo nie zbankrutowało. 

Lekcja, jaką można było z tego fiaska wyciągnąć, jest taka, żeby nie obiecywać i nie ryzykować, a ambicje rozwojowe ograniczyć. Najlepiej do rzeczy, które obywatel widzi na co dzień – ławeczka, orlik, stadion, dworzec.

Ale to już przeszłość.

Atomowa repolonizacja gospodarki według Tuska

Dziś mamy rok 2026 i premier znów zapowiada szybką budowę elektrowni jądrowej. Tym razem nie mówi jednak, że państwa polskiego nie stać, albo że trzeba poczekać na decyzje prywatnego – czyli zagranicznego – kapitału. Przeciwnie! Teraz słyszymy nie tylko o tym, że państwo to zrobi, zmobilizuje własne zasoby, ale że co najmniej 50 mld zł trafi do polskich spółek.

Przy okazji niedawnej wizyty Macrona premier dawał też do zrozumienia, że to nie my będziemy starać się o cudze względy, ale to inni – jak Francja – powinni nam pokazać, co mają do zaoferowania. My zaś nie tylko budujemy i inwestujemy, ale naszą rękę prowadzi świadomy gospodarczy patriotyzm.

„Musimy zadbać w sposób bezwzględny, egoistyczny o interes polskich przedsiębiorców. Zawsze w interesie polskich przedsiębiorców, polskich firm, polskiego kapitału” – przekonywał premier w swoim wystąpieniu poświęconym repolonizacji gospodarki. A na radzie ministrów mówił w tym kontekście nawet o „atomowej repolonizacji”. 

Jednak „wielkie zerwania” i „nowe początki” to już chleb powszedni – od 2023 r. premier obiecywał „rok przełomu”, „trójskok w nowoczesność”, „Polskę stuminutową”, „nową doktrynę piastowską”, „rok przyspieszenia” oraz „rok turboprzyspieszenia” i „wielki skok w przyszłość”. Rozwojomania – nawet „w czasach przedwojennych” – przeszła najśmielsze oczekiwania.

Bez przyjęcia do wiadomości tej olbrzymiej zmiany, jaka zaszła od czasów „niedasizmu” oraz „pieniędzy nie ma i nie będzie”, nie sposób zrozumieć, jak wyglądają nowe podziały i o co walczą różne obozy.

Państwo socjalne tylko dla Polaków

Choć bowiem na powierzchni obserwujemy walkę frakcji Morawieckiego o miejsca na partyjnych listach, głębiej gra toczy się o coś innego. Prawdziwym przeciwnikiem nie jest w niej ten czy inny partyjny konkurent, ale Donald Tusk. Pytanie brzmi: kto ma prawo być liderem polskich ambicji. 

Wielkie projekty – jak CPK (dziś „Port Polska”), atom, zbrojenia, graniczne fortyfikacje – dalej organizują wyobraźnię elit. Różnica między rokiem 2026 a 2023 jest taka, że ówczesna opozycja była wobec nich krytyczna. Dziś przeciwnie: trwa wyścig na to, kto skuteczniej owe projekty zawłaszczy.

Co ciekawe, centrolewicę czy neoliberałów dawno z niego wypchnięto. Z Polski 2050 uchowała się jedynie, niedająca się wpisać w oczywiste podziały, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Z lewicy w rządzie widać Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk. Obie proponują jakąś wizję państwa regulacyjnego i socjaldemokratycznej gospodarki na europejskim wspólnym rynku. I obie są w mniejszości.

Dziś w Polsce konkurują raczej różne wariacje na temat nacjonalizmu i patriotyzmu gospodarczego oraz narodowego i indywidualnego egoizmu. Różnice między nowymi liderami – Nawrockim, Bosakiem, Mentzenem, Braunem – dotyczą proporcji, w jakiej mieszają te składniki.

Przykładowo: można uważać, że państwo powinno chronić polskie firmy przed zagraniczną konkurencją, ale w kraju znosić dla nich wszelkie regulacje i wprowadzić wolnorynkową utopię. Albo inaczej: że należy nam się państwo socjalne i bogate świadczenia, ale tylko dla Polaków, podatki i obostrzenia zaś będziemy egzekwować od zagranicznych firm i pracujących u nas Ukraińców. Albo że za polskie zbrojenia zapłacą Niemcy z reparacji, a Polska wzmocni się dzięki protekcjonizmowi Trumpa, kosztem reszty UE. Możliwości  „remiksowania” wariantów tych propozycji są naprawdę bogate.

Morawiecki: nadmierne regulacje to recepta na porażkę

Tusk i Morawiecki powtarzają, że czas „naiwnej globalizacji” się skończył, a Polska ma grać asertywnie. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Tusk, w czym wspiera go szef MSZ Radosław Sikorski, broni członkostwa w UE jako mnożnika polskiej siły. 

Obaj dowodzą, że tylko w ramach Unii możemy realizować swoje ambicje. I że właśnie teraz cała wspólnota uznaje nasze racje – w sprawie zbrojeń, migracji, ochrony granic – więc głupotą byłoby się obrażać na Brukselę akurat w najkorzystniejszym dla Polski momencie. Tym bardziej że USA są partnerem nieprzewidywalnym i kapryśnym. A skoro Polska była mistrzem rozwoju i liderem wzrostu w tym układzie, więc powinna dalej – jeszcze bardziej gorliwie – czerpać z dobrodziejstw i szans zjednoczonej Europy, która się z nami liczy.

Morawiecki przekonuje, że jest odwrotnie. UE przegrywa globalnie, a Polska przegrywa w UE. Obecne ramy instytucjonalne i model funkcjonowania wspólnoty nie tylko nie pomogą nam dalej się rozwijać, ale skazują nas na status gospodarki zależnej. System handlu emisjami, nadmierne regulacje i przywiązanie do niedzisiejszych idei tworzą, zdaniem byłego premiera, receptę na porażkę. 

USA i Chiny nie tylko zostawiają Europę w tyle, ale zwiększają dystans. Pozostawanie przez Polskę w tej relacji na dłuższą metę nie tylko nie pozwoli na rozwój – ale trwale pozbawi szans na realizację naszych ambicji. Miejsce, jakie widzą bowiem dla nas Niemcy czy Francuzi w tej relacji, zawsze będzie niewiele lepsze od kolonii – miejsca, gdzie można sprzedawać swoje towary, drenować mózgi, prywatyzować cudze zasoby oraz przechwytywać dywidendę z lukratywnych sektorów.

Czeka nas większa integracja z Unią czy raczej polexit?

Ten spór dotyczy więc polskiego miejsca w globalizacji. A w bardziej doraźnym wymiarze – stosunku do polexitu i narastającej antyunijnej emocji. Bo równolegle ze sporem Tusk–Morawiecki rozgrywa się spór wewnątrz prawicy, między różnymi wariantami eurosceptycyzmu.

Z nich Morawiecki reprezentuje i tak frakcję gołębią. Były premier jest przeciwnikiem wyjścia z UE, choć ostro Unię krytykuje, występując na imprezach trumpistów i Orbána. Na prawo od niego są jednak narodowcy i libertarianie od Bosaka i Mentzena, którzy chcą rozmawiać o wyjściu z UE, nawet jeśli uważają je za praktyczną niemożliwość. A jeszcze za nimi Braun, którego z kolei nie interesuje praktyczny wymiar i szanse wyjścia z „eurokołchozu”, lecz domaga się tego natychmiast.

Tym podziałom kolorytu dodaje fakt, że tak naprawdę każdy z nich ma inną wizję wolności i odmienny stosunek do rozwoju – Morawiecki jest szczerze zainteresowany ideami państwa rozwojowego, Bosak szuka swojej formuły merytorycznej europrawicy, ale inni nie ukrywają, że interesują ich wyłącznie pognębienie „lewaków” i niskie podatki. 

Bohatera tego tekstu stawia to w ciekawej sytuacji. Podobnie jak 20 lat wcześniej Kaczyński – żeby zdobyć władzę oraz podjąć próbę unowocześnienia polskiego konserwatyzmu i zakorzenić swoją wizję prawicowości w centrum – potrzebował Radia Maryja, Leppera i Giertycha, tak dziś Morawiecki potrzebuje oprzeć się na antyeuropejskiej i trumpowskiej emocji. 

Czy to na dłuższą metę możliwe? Czas pokaże – tę samą próbę przechodzą dziś inni politycy w Europie. Między Trumpem, globalizacją, niechęcią do migracji i UE, szukaniem suwerenności oraz surowymi wyrokami słabnącego wzrostu gospodarczego i starzejących się społeczeństw.

Ale sam fakt, że dziś spór o twarz polskiego rozwoju i ambicji rozgrywa się raczej na prawo niż na lewo od centrum, też coś nam o zmieniającej się Polsce i Europie mówi.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 18/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Bitwa o rozwój