Jak to się stało, że James David Vance, autor powszechnie cenionej książki „Elegia dla bidoków” – czasami gorzkiej, ale niepozbawionej przecież ciepła i czułości opowieści o zmaganiach biednej rodziny z południowo-zachodniej części stanu Ohio, która ukazała się osiem lat temu i uczyniła autora sławnym – został kandydatem na wiceprezydenta USA u boku człowieka, który znany jest z tego, że czerpie przyjemność z upokarzania innych?
To efekt mieszanki ponadprzeciętnej inteligencji, determinacji, politycznego wyczucia, a także instrumentalnego traktowania swojego wizerunku.
Z Ohio w świat
Pochodzenie J.D. Vance’a przepowiadało mu życiową porażkę. Urodził się w biednej rodzinie w Middleton, zniszczonym przez dezindustrializację miasteczku w Ohio. Jego matka borykała się z uzależnieniami, więc wychowywała go babcia. Pomimo nieprzychylnego życiowego startu skończył liceum i po maturze zaciągnął się do piechoty morskiej, z którą wysłano go do Iraku. Po służbie wojskowej, w ciągu dwóch lat ukończył czteroletnie studia licencjackie na Ohio State University i dostał się na studia prawnicze na Yale, jednym z najbardziej prestiżowych uniwersytetów na świecie. Na studiach poznał swoją przyszłą żonę Ushę, która wspierała go w późniejszych przedsięwzięciach.
Po studiach próbował szczęścia w Waszyngtonie. Tam przez pewien czas pracował dla konserwatywnego republikańskiego senatora Johna Cronyna. W końcu trafił do San Franciso, gdzie – jako inwestor kapitału podwyższonego ryzyka – stał się członkiem elity Doliny Krzemowej.
W oczach miejskich elit
Ogólnokrajową rozpoznawalność przyniosła Vance’owi właśnie wspomniana „Elegia dla bidoków”. Opisuje w niej swoje dzieciństwo w Middleton, które upadek przemysłu ciężkiego w USA dosłownie przeorał, lecz którego źródło problemów, zdaniem autora, leży gdzie indziej. A mianowicie: w bierności, lenistwie i obwinianiu za swoją sytuację wszystkich naokoło, poza samymi sobą.
Tę kulturę, pisze Vance, biedni biali przyprowadzili ze sobą z Appalachów, skąd też przybyli do Ohio w latach 40. XX w. jego dziadkowie. Książka, jak mówi jej podtytuł („A Memoir of a Family and Culture in Crisis”), miała być w swoim założeniu pamiętnikiem rodziny i kultury w kryzysie – i za taką uznali ją mieszkańcy wielkich miast, którzy w 2016 r. desperacko szukali wyjaśnienia dla zwycięstwa Trumpa. W oczach miejskich elit Vance urósł do rangi autorytetu, gdy idzie o interpretowanie problemów białej klasy pracującej.
Mieszkańcy Appalachów, których kulturę rzekomo książka opisuje, mieli jednak do niej stosunek w najlepszym wypadku chłodny. Przekonałem się o tym, gdy kilka lat temu podróżując po amerykańskiej prowincji i opisując ją w reportażach dla „Tygodnika” – trafiłem do księgarni w niewielkim miasteczku w Wirginii Zachodniej. Dość szybko poinformowano mnie tam, że Vance uogólnia, upraszcza i powiela nieprzychylne stereotypy.
Bo wbrew temu, co Vance pisze w swojej książce, Appalachy nie są wcale tak homogeniczne. Czarni Amerykanie zawsze stanowili tam niewielką, lecz istotną część siły roboczej, zwłaszcza na terenach, na których wydobywano węgiel.
Nie są też tak zaściankowe ani niechętne wobec obcych. Gdy w 2019 r. podróżowałem po Wirginii Zachodniej, sercu Appalachów, za każdym razem na stwierdzenie, iż jestem z Polski, odpowiedzią było: „Welcome to America!”. Wypowiedziane ze szczerym i szerokim uśmiechem. Obchody Dnia Niepodległości 4 lipca w niewielkim Ripley faktycznie były małomiasteczkowe, ale publiczność oglądająca trwającą długie godziny paradę była bardzo różnorodna.
Prawda książki, prawda regionu
Najwięcej niechęci do Vance’a wśród ludzi z Appalachów budziła chyba jednak główna teza książki, która głosi, że za swoją biedę sami są odpowiedzialni, bo kultywują normy kulturowe, które uniemożliwiają im wyrwanie się z zamkniętego kręgu ubóstwa. Vance twierdzi, że ta kultura powstała przez dekady izolacji i od początku kolonizacji regionu była skażona biernością.
Diagnoza ta nie wytrzymuje jednak konfrontacji z rzeczywistością. Choć strajk szwaczek w Nowym Jorku w 1857 r. czy masakra robotników na placu Haymarket w Chicago w 1886 r. są dużo bardziej znane, to największe powstanie robotników – bitwa o Blair Mountain w 1921 r., podczas której na górników rząd federalny wysłał regularne wojsko uzbrojone w karabiny maszynowe – miało miejsce właśnie w Appalachach.
Tym, co odróżnia Appalachy od wielu innych miejsc w USA – przede wszystkim od Pasa Rdzy (tak nazywa się zdezindustrializowane obszary), gdzie Vance się wychował, albo od San Francisco, w którym mieszkał jakiś czas – jest to, iż wyprodukowane w tym regionie bogactwo nigdy tam nie zostawało.
Obecny Pas Rdzy bogacił się wraz z rosnącą gospodarką przemysłową, bo zyskujące na przemyśle firmy miały tam swoje siedziby. Z kolei Appalachy bardziej przypominały wewnętrzną kolonię, której zasoby naturalne i ludzkie były eksploatowane przez ludzi, którzy wygodne życie wiedli gdzie indziej i nie czuli wobec tego regionu żadnych zobowiązań. Ten element historii gospodarczej Vance w swojej książce całkowicie pomija.
Klucz do fenomenu Trumpa?
Mieszkańcy Appalachów, których spotkałem, nie kryli również poirytowania faktem, że – w przeciwieństwie do wrażenia, jakie można odnieść po przeczytaniu „Elegii” – Vance ani się w Appalachach nie urodził, ani w nich nie wychował.
Niezależnie od tego, co nim kierowało, gdy decydował się na napisanie tej książki (wiemy, że do jej napisania namówiła go jego profesorka prawa i popularna pisarka Amy Chua, za którą obecnie ciągną się skandale), jej publikacja okazała się pijarowym majstersztykiem.
Ani fakt, że Vance sam nie był „bidokiem”, ani to, że z Appalachami nie ma nic wspólnego, a w swoim opisie źródeł niedostatku nie wyszedł poza oklepane formułki o „kulturze biedy”, ani wreszcie konstatacja, że stawiana przez niego diagnoza nie jest nadto odkrywcza czy specjalnie trafna – wszystko to nie przeszkodziło mu w zbudowaniu wizerunku autorytetu kogoś, kto tłumaczy problemy biednej białej klasy pracującej.
Liberalny dziennik „New York Times” uznał wręcz „Elegię” za jedną z książek wyjaśniających fenomen dojścia Trumpa do władzy (dla tych, którzy nie czytali: ta książka nic tu nie wyjaśnia).
Konserwatywny zwolennik reform
W czasach, gdy dzięki swojej książce Vance zyskiwał ogólnokrajową popularność, był – gdy idzie o jego poglądy ideowe – współczującym konserwatywnym reformistą. W prywatnej wiadomości do byłego współlokatora pisał, że „jesteśmy, niezależnie od tego, czy to się nam podoba, czy nie, partią gorzej zarabiających, gorzej wykształconych białych”, którym należy coś zaoferować.
Nie był w tym przekonaniu odosobniony, choć wciąż należał do mniejszości. Mimo że Republikanie niechętnie myśleli o odejściu od reaganowskiego fundamentalizmu rynkowego, to przynajmniej od 2013 r. zdawali sobie sprawę, iż zmiany w partyjnej strategii – w tym otwarcie się na problemy gorzej usytuowanych Amerykanów – są konieczne.
W pierwszej połowie 2016 r., w reakcji na niespodziewane sukcesy Trumpa w republikańskich prawyborach, liderzy partii łagodzili swoją neolibertariańską retorykę. W marcu Paul Ryan, ówczesny spiker Izby Reprezentantów i twarz tego podejścia, kajał się, mówiąc, że dzielenie Amerykanów na tych, którzy wytwarzają bogactwo (ang. makers), i na tych, którzy tylko by brali zasiłki (ang. takers), było błędem. Z kolei we wrześniu tego samego roku w kwartalniku „Claremont Review of Books” – uchodzącym za głos konserwatywnych intelektualistów – pojawił się napisany pod pseudonimem tekst, którego autor chwalił Trumpa za jego troskę o los białej klasy pracującej.
Nawrócony na trumpizm…
Vance nie krył się też wtedy ze swoją niechęcią wobec Trumpa. W prywatnej wiadomości nazwał przyszłego prezydenta „Hitlerem Ameryki”, a przy innej okazji – już publicznie – określił go jako „opium dla ludu”, zaś głosujących na niego wyzwał od idiotów.
Tutaj zdecydowanie podzielał główną linię Partii Republikańskiej – i podobnie jak ona, miał z czasem doświadczyć „nawrócenia” na trumpizm.
Przykładów takiej ewolucji wśród Republikanów jest wiele. Senator Lindsey Graham jeszcze w lecie 2016 r. mówił, że jeśli Republikanie nominują Trumpa, zasłużą na porażkę wyborczą (ta prognoza się nie sprawdziła). Niecałe dwa lata później Graham był jednym z najlojalniejszych zwolenników ówczesnego prezydenta, a po przegranych przez Trumpa wyborach w 2020 r. pomagał mu w kwestionowaniu wyników.
Dalej: Elise Stefanik, młoda członkini Izby Reprezentantów, w 2016 r. okazjonalnie krytykowała Trumpa. Jednak potem, podczas procedury impeachmentu, zaciekle go broniła. W tym roku, kiedy jej nazwisko pojawiło się wśród potencjalnych nominatów na kandydata na wiceprezydenta, swoje odpowiedzi na pytania dziennikarzy zaczynała już od słów: „Tak jak powiedział Donald Trump…”.

…oraz na katolicyzm
Gdy więc w 2022 r. Vance postanowił ubiegać się o fotel senatora z Ohio, był już oddanym trumpistą. W czasie tej kampanii przyjął też chrzest i został katolikiem. „National Catholic Reporter”, głos progresywnych katolików, wypomniało mu, że na łono Kościoła przyjął go – w roli świadka chrztu – Rod Dreher, konserwatywny publicysta chrześcijański, który twierdził m.in., że za seksualnym wykorzystywaniem dzieci przez duchownych stoi homoseksualne lobby. Dziś Dreher mieszka na Węgrzech i szefuje konserwatywnemu think tankowi Danube Institute, finansowanemu przez Viktora Orbána.
W tym samym tekście autor „National Catholic Reporter” twierdził też, że w wielu kluczowych kwestiach – od imigracji po zmiany klimatyczne – Vance w swych poglądach odstaje od katolickiej nauki społecznej. Wypomniał mu również, że obiecywał wysiłek na rzecz rozwiązania problemu epidemii opioidów w Ohio, ale jedynym wątpliwym sukcesem powołanej do tego celu organizacji pozarządowej było zatrudnienie konsultanta politycznego, który potem znalazł pracę w sztabie Vance’a.
Tekst w „National Catholic Reporter” kończył się stwierdzeniem, że być może ówczesny kandydat na senatora przyjął chrzest, ale wciąż czeka go prawdziwe nawrócenie.
Na prawym skrzydle prawicy
Poglądy Vance’a w wielu kwestiach pokrywają się z postulatami i hasłami prawego skrzydła Partii Republikańskiej. Czy może raczej: prawego odłamu tego prawego skrzydła.
Podczas kampanii w 2022 r. twierdził, że „polityka otwartych granic Joego Bidena zabija mieszkańców Ohio” (to było jedno z jego haseł wyborczych). Jest zwolennikiem drakońskich przepisów antyaborcyjnych, w tym zakazu przerywania ciąży, nawet gdy jest ona rezultatem gwałtu czy kazirodztwa (wyjątkiem ma być zagrożenie życia matki). Jako senator głosował przeciw ustawie, która miała chronić dostęp do procedury in vitro.
Vance ostro sprzeciwia się wspieraniu Ukrainy w jej wojnie obronnej z Rosją. Wbrew faktom, ale zgodnie z trumpistowską linią głosi też, że wybory z 2020 r. zostały sfałszowane i twierdzi, że retoryka byłego prezydenta nie miała nic wspólnego z wydarzeniami z 6 stycznia 2021 r., gdy tłum zwolenników Trumpa zaatakował waszyngtoński Kapitol. Mówi też, że zmiany klimatyczne nie stanowią zagrożenia.
Jest też wrogiem koncernów technologicznych (tzw. Big Techów): popiera rozbicie Google’a i karanie platform takich jak Facebook za to, co postrzega jako ograniczanie wolności słowa. Jeśli ktoś jednak liczy na ograniczenie przerośniętego obecnie wpływu korporacji cyfrowych na gospodarkę USA, a przez to i na politykę, może się zawieść. Niechęć Vance’a do sektora technologicznego wydaje się selektywna i skupia się na tych firmach, które jego zdaniem poddają się lewicowemu nurtowi tzw. wokeizmu.
Bo za jego nominacją na kandydata na wiceprezydenta lobbowali m.in. tacy giganci Big Techu, jak Peter Theil (Vance pracował dla niego przed wejściem do polityki) czy Elon Musk. Obaj to technolibertarianie, znani ze wspierania prawicowych inicjatyw.
Jest to element szerszej niechęci Vance’a do elit, ale tylko tych liberalnych. Jest np. zwolennikiem opodatkowania uniwersyteckich funduszy – zdaniem trumpistów uniwersytety to wylęgarnia „lewactwa”.
Kandydat w roku 2028?
Nie wiadomo, czy ewentualna obecność Vance’a w Białym Domu przełożyłaby się na faktyczną poprawę sytuacji biednych białych pracowników fizycznych. W odróżnieniu od wielu Republikanów, Vance nie jest zwolennikiem demontażu Obamacare, reformy ubezpieczeń społecznych Baracka Obamy, na której skorzystali biedniejsi. W przeciwieństwie do większości Republikanów, nie jest też otwartym przeciwnikiem związków zawodowych, natomiast sprzeciwia się regulacjom, które ułatwiłyby zakładanie związków.
Postulowane przez niego ograniczenie imigracji – zwłaszcza pracowników niewykwalifikowanych – może przełożyć się na wzrost zatrudnienia obywateli USA, ale niekonieczne na wzrost ich płac. Z kolei protekcjonizm, który Vance gorąco popiera, może przełożyć się na istotny wzrost cen nawet najbardziej podstawowych produktów.
Krótko mówiąc – bardzo wiele z tych pomysłów Vance’a, choć sprzecznych przecież z panującą do niedawna ortodoksją Partii Republikańskiej, pasuje do trumpistowskiego populizmu. Dodaje też temu politycznemu nurtowi sporo młodości, inteligencji, a także autentyczność, której wychowany w luksusie Trump nie miał.
Vance może też pomóc Trumpowi zwiększyć jego poparcie w niepewnych stanach północnej części Środkowego Zachodu. Ze swoimi radykalnymi poglądami na kwestie społeczne będzie również sygnałem dla skrajnej prawicy, że niedawne łagodzenie retoryki przez Trumpa – choćby w sprawie aborcji – ma charakter taktyczny, i że były prezydent o tej części swojej bazy nie zapomniał.
No i dzięki tej nominacji wiemy też, jaką twarz będzie miała Partia Republikańska w przyszłości. Bo jako wiceprezydent, James David Vance ma bardzo duże szanse, aby zostać kandydatem na prezydenta USA w 2028 r.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















