Szaleństwo czy metoda? To pytanie o politykę Donalda Trumpa wraca regularnie. Jednak po zapowiedziach aneksji Grenlandii, groźbach wobec Kanady i kolejnych agresywnych ruchach wobec Europy, wraca w kontekście szczególnym. Dlaczego najbardziej obrywają pozornie modelowi sojusznicy? Czy to bezpowrotny koniec atlantyckich więzi?
Koktajl Trumpa: w stosunku do Europy realizm miesza się z ideologią
Stosunek administracji Trumpa do Europy jest w równych proporcjach mieszanką skrajnego realizmu z ideologią. Mieszanką subtelną jak wódka z sokiem czy whisky z colą. Z jednej strony Waszyngton osiąga własne cele i narzuca swoje warunki gry. Trump i jego ludzie wymuszają na Europie asymetrię w relacjach handlowych: deregulację dla amerykańskich firm technologicznych, zwiększenie importu surowców i broni z Ameryki – w wielu wymiarach po prostu ściągając haracz.
Unia Europejska, godząc się na te warunki, chcąc nie chcąc płaci na fundusz reelekcyjny znienawidzonego prezydenta. Jeśli bowiem polityka tej administracji przyniesie choć zaczątek obiecywanej reindustrializacji i obniżki kosztów życia – a nie pękniecie bańki AI i recesję – Partia Republikańska będzie spokojna o wyniki kolejnych wyborów. Gorzka ironia, że europejscy liderzy mogą przedłużyć mandat Trumpa na własną zgubę, chyba już do nich dotarła.
Ale równolegle z tą prowadzoną na chłodno polityką, wśród przywódców ruchu MAGA płonie ideologiczny zapał. Dla nich europejskie elity są przedłużeniem wszystkiego, czego nienawidzą w amerykańskiej Partii Demokratycznej: woke i politycznej poprawności, socjalu i rozdawnictwa, łagodnej polityki karnej i migracyjnej, przywiązania od instytucji i procedur, tyranii ekspertów i sędziowskiej „jurystokracji”.
Nienawidzą ich więc tak, jak tylko przedsiębiorca może nienawidzić urzędników i akademickich specjalistów od wszystkiego.
MAGA-wyobraźnia: bronimy was przed wami samymi
Tak właśnie myśli złożona z ludzi biznesu, inwestorów z Doliny Krzemowej i odrzuconych przez amerykański salon „kontrelit” koalicja. Ludzie ci widzą sami siebie jako awangardę walki o normalne wartości przeciwko liberalno-lewicowo-biurokratyczno-akademickiej zgniliźnie, która dalej syto i spokojnie żyje sobie (za nasze pieniądze!) w Unii Europejskiej.
Oczywiście to, co faktycznie robią Emmanuel Macron we Francji czy Keir Starmer w Wielkiej Brytanii, jest drugorzędne. Polityka konkretnych europejskich państw jest wtórna wobec roli, jaką pełnią w MAGA-wyobraźni. Wizerunek leniwych, bezbronnych i żyjących ponad stan Europejczyków już był w amerykańskiej kulturze popularnej memem. Trump tylko wulgarnie wypowiedział na głos to, co inni myśleli po cichu. Sam spotkałem Amerykanów przekonujących z pełną powagą, że żyjemy w Europie bogato i spokojnie za cenę nędzy robotnika w Michigan.
A zatem realistyczna i interesowna polityka (wódka w tym koktajlu) jest sprzedawana w wersji rozcieńczonej przez ideowe uzasadnienie. „Ameryka nie jest wrogiem Europy, jest wrogiem problemów w Europie”, tłumaczą sprzyjający MAGA intelektualiści.
Jako że USA i Europa mają wspólne dziedzictwo – przekonują – to Ameryka dziś musi go bronić. Ameryka chce przecież silnej Europy, nawet jeśli liderzy UE tego nie rozumieją. Trump, nawet jeśli sięga po brutalne środki, chce tylko przywrócić prawdziwe europejskie wartości, zmobilizować kontynent do obrony własnego bezpieczeństwa i suwerenności i odciągnąć Europę od Rosji.
W założeniach brzmi to na tyle spójnie, że niektórzy – chociażby polska prawica – desperacko chwytają się tej myśli. I przyjmują diagnozę Trumpa za własną. W tej wizji świata, nawet jeśli jej twórcy dogadują się z Łukaszenką i rozwijają czerwony dywan przed Putinem, to i tak robią to w celu obrony Europy. Ba, uderzanie w UE cłami, wycofywanie żołnierzy czy grożenie aneksją Grenlandii przedstawia się jako próby „otrzeźwienia” Europy lub „obudzenia jej ze strategicznego letargu”.
Sojusznik Orbán: to się kupy nie trzyma
Gdy jednak przyjrzeć się temu, co faktycznie robi administracja w Waszyngtonie, musi uderzać, jak powierzchowna i wewnętrznie sprzeczna jest to opowieść. „Obrona Europy przed nią samą” to bajka dla naiwnych, cukrowa posypka trumpowskiego koktajlu upokorzenia.
Administracja mówi np., że Europa jest zbyt łagodna wobec Rosji i niewystarczająco dba o własne bezpieczeństwo. A za modelowy przykład europejskiego partnera podaje Węgry. Państwo, gdzie – zdaniem Amerykanów – nie ma cenzury, sądy nie mieszają się do polityki, obywatele cieszą się wolnością słowa i bezpieczeństwem, a tradycyjne europejskie wartości mają się lepiej niż gdzie indziej.
W optyce ruchu MAGA Francja, która ma broń jądrową i jedyny poza amerykańskim lotniskowiec z napędem atomowym, jest państwem „słabym” i niedbającym o własne bezpieczeństwo, zaś Węgry, które wydają na obronność mniej niż neutralna Szwajcaria, są silnym i poważnym sojusznikiem. W tym pierwszym bowiem rządzą „liberalne elity”, a w tym drugim Orbán.
Fakt, że ten ostatni głosuje przeciwko sankcjom na Rosję i korzysta z rosyjskich surowców, nie zaburza tej opowieści. A może nawet czyni go w oczach MAGA politykiem tym mocniejszym.
Podobnie gdy europejskie kraje faktycznie podnoszą wydatki zbrojeniowe, Waszyngton protestuje. Nie chodzi wszak o to, by inwestowały we własny przemysł – chodzi o to, by kupowały więcej od USA. Ale nawet jeśli to już robią – europejscy członkowie NATO podnieśli udział uzbrojenia kupowanego od USA w swoich zakupach do 64 proc. (!) z 54 proc. w 2020 – to i tak za mało.
Amerykańska Strategia Bezpieczeństwa: jak z rosyjskiej karykatury
Konserwatywny publicysta Christopher Caldwell broniąc polityki Trumpa wobec Europy pisze w „New York Timesie”, że ryzyko wygranej antyizraelskiego i promuzułmańskiego rządu we Francji stanowi zagrożenie dla NATO: państwo, w którym do głosu dochodzą antysyjonistyczne poglądy i rządzą muzułmanie, nie jest dla Ameryki właściwym sojusznikiem.
Pech polega na tym, że nikt – w tym redaktorzy tekstu w „NYT” – nie powiedział Caldwellowi, że członkiem NATO jest Turcja. W dodatku gdy zdecydowanie surowsze stanowisko wobec Izraela zabierają Hiszpania czy Irlandia, nie ma podobnie głośnej reakcji ani gróźb ze strony Waszyngtonu. Może więc i groźba antysemityzmu jest – podobnie jak szereg innych podawanych ex post racjonalizacji – wtórna wobec konieczności uderzenia w największe stolice UE.
Faktem jest, że część sojuszników Trumpa – a nawet ludzi w jego administracji – naprawdę wierzy w Europę jak z karykatury w „Russia Today”. W dokumencie opublikowanym przez Departament Stanu „The Need for Civilizational Allies in Europe” czytamy, że w Europie „chrześcijańskie kraje jak Węgry są prześladowane”, obywatele nie mają prawa się skarżyć, bo boją się policji, a „głosy opozycji są uciszane w orwellowski sposób”.
Europa stała się „siedliskiem cenzury, migracji, ograniczania wolności religijnej i licznych ataków na demokrację”.
Myśl, która spaja te teksty, podobnie jak fragmenty poświęcone Europie w Amerykańskiej Strategii Bezpieczeństwa, brzmi podobnie – to nie Rosja, a Europa jest największym zagrożeniem dla Europy. Tak jak wprost powiedział to sojusznikom wiceprezydent J.D Vance na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa.
Oferta dla europejskiej prawicy: nowa międzynarodówka
Ale nie jest też tak, że w tym wszystkim nie ma żadnej opartej na wartościach propozycji dla Europy. Ależ jest. To nie atlantyzm jak dawniej, a raczej zjawisko nazywane coraz częściej „mrocznym atlantyzmem”.
To ręka wyciągnięta w stronę partii antybrukselskiej prawicy. Oferta, by w zamian za wsparcie w ich krajowych wyborach przeciwko liberalnym partiom głównego nurtu, przyspieszyli projekt demontażu UE jako bytu regulacyjnego i prowadzącego wspólną politykę przemysłową, ochrony konsumenta czy standardów prawnych dla nowych technologii.
Cena, jaką partie te (niegdyś nazywane skrajnymi) miałyby zapłacić, jest niewielka. Porzucenie dawnego antysemityzmu i przejście na pozycje popierania Izraela. Nie bez powodu zresztą przedstawiciele hiszpańskiej, francuskiej i włoskiej prawicy zostali zaproszeni do Jerozolimy po latach wzajemnego bojkotu. Orbán broni Netanjahu przed sądem w Hadze, Netanjahu broni Orbána przed sądami w Budapeszcie i Strasburgu.
Trump błogosławi przyjaźń ich obu. Sprzyjający Izraelowi, a nienawidzący europejskich regulacji miliarderzy z Doliny Krzemowej w rodzaju Petera Thiela i Aleksa Karpa ustawiają się w kolejce, by sprzedać kolejnym krajom na kontynencie swoje produkty. I zacementować polityczno-biznesowo-ideologiczny sojusz spoiwem kontraktów zbrojeniowych.
To oferta otwarta także dla kolejnych partii prawicy w Europie, które uznają zwierzchność USA w walce przeciwko liberalnym wartościom, a Rosję za mniejsze zagrożenie niż Brukselę. Wspólny wróg w postaci migrantów i muzułmanów, urzędniczych i prawnych elit oraz kultury starych elit jest czymś, co połączy nacjonalistów różnych krajów w międzynarodówce MAGA.
Odpowiedź na pytanie ze wstępu – szaleństwo czy metoda – jest taka, że to koktajl. Jak aforystycznie ujął to Marcin Kędzierski: mylą się ci, którzy widzą u Trumpa samą strategię bez szaleństwa, ale i ci, którzy widzą samo szaleństwo bez strategii.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















