Najdroższa kampania prezydencka w historii Ameryki. Kto za to zapłacił?

Listopadowe wybory federalne w Stanach Zjednoczonych kosztowały niemal 16 mld dolarów. Walka o Biały Dom to coraz droższy maraton, który uzależnia polityków od miliarderów i grup interesu. Czasem nie wiadomo, kto wypisuje czeki.
Czyta się kilka minut
Kto zapłacił za najdroższą kampanię w historii Ameryki: Elon Musk na spotkaniu z kandydatem Republikanów do Senatu USA Dave'em McCormickiem w Pittsburghu w Pensylwanii, 20 października 2024 r., fot. Michael Swensen, źródło: Getty Images
Tegoroczne wybory prezydenckie poprzedziła najdroższa kampania w historii Ameryki. Elon Musk wsparł Donalda Trumpa kwotą co najmniej 119 mln dolarów. Miliarder na republikańskim spotkaniu z wyborcami w Pittsburghu w Pensylwanii, 20 października 2024 r. // Fot. Michael Swensen / Getty Image

Ponad pół miliarda dolarów – tyle sztaby Harris i Trumpa oraz wspierający ich sojusznicy wydali na kampanię prezydencką w ciągu pierwszych szesnastu dni października. Choć pełne dane finansowe poznamy dopiero jakiś czas po wyborach, ostatnia kampania prezydencka jest na dobrej drodze, aby pobić rekord takich wydatków w USA.

Ile kosztują amerykańskie kampanie wyborcze

OpenSecrets, organizacja śledząca przepływy finansowe na kampanie, szacuje, że listopadowe wybory federalne – te o fotel prezydenta oraz o miejsca w Kongresie – mogły kosztować 15,9 mld dolarów. To o 800 mln więcej niż w 2020 r. (jedynie gdyby uwzględnić inflację, wyjdzie na to, że tegoroczny wyścig był nieco tańszy).

Ale jeszcze w trakcie wyborczej walki padł rekord w historii amerykańskiej polityki. Do końca września, czyli w ciągu niecałych trzech miesięcy od ogłoszenia jej kampanii prezydenckiej, Kamala Harris zebrała miliard dolarów. To  tyle, ile Donald Trump uciułał podczas swojego niemal dwuletniego boju o Biały Dom.

O tym, czy te astronomiczne pieniądze były w stanie zapewnić Harris zwycięstwo, zdecydowali w wyborach 5 listopada Amerykanie (tekst ten ukończono jeszcze przed głosowaniem). Jedno jest pewne: wyścig prezydencki w Stanach stał się finansową jazdą bez trzymanki, która podkopuje zaufanie do amerykańskiej demokracji.

Kto przekazał najwięcej pieniędzy dla Trumpa i Harris?

Według wyliczeń Forbesa, bój Trumpa i Harris o Biały Dom wsparło co najmniej stu miliarderów. Donalda Trumpa zasilał finansowo nie tylko najbogatszy człowiek świata Elon Musk, ale także inne grube ryby: Timothy Mellon (spadkobierca imperium bankowego), Miriam Adelson (wdowa po magnacie kasynowym Sheldonie Adelsonie) oraz Richard Uihlein, który dorobił się fortuny na produkcji opakowań kartonowych.

Z upublicznionego sprawozdania dla Federalnej Komisji Wyborczej wynika, że tylko od lipca do września Musk, Adelson i Uihlein zasilili zaplecze Trumpa kwotą 220 mln dolarów. Na ostatniej prostej dolarami sypnęli też m.in. Jan Koum (współzałożyciel WhatsAppa) i inwestor z Doliny Krzemowej Marc Andreessen.

Z kolei w obozie Harris do grupy darczyńców z najwyższej półki należą magnat medialny Michael Bloomberg, współzałożyciel Facebooka Dustin Moskovitz, miliarderka-filantropka Melinda French Gates oraz współzałożyciel Netfliksa Reed Hastings. Ten ostatni na wsparcie Harris przeznaczył w trzecim tygodniu lipca, czyli tuż po rezygnacji Bidena z wyścigu, okrągłe 7 mln dolarów.

Ta kwota blaknie jednak w porównaniu do gestu wspomnianego Timothy’ego Mellona, który od początku roku na kampanię Trumpa przekazał co najmniej 140 mln dolarów. Kolejny na liście Elon Musk do połowy października przelał niemal 119 mln dolarów na konto America PAC – utworzonej przez siebie grupy, która wypuszczała protrumpowskie reklamy i namawiała do pójścia do urn republikańskich wyborców w tzw. stanach się wahających.

Grupa Muska wywołała też duże kontrowersje, oferując milion dolarów zwycięzcom loterii dla zarejestrowanych wyborców, którzy podpiszą petycję popierającą wolność słowa i prawo do posiadania broni palnej.

Poważnego darczyńcę nie obowiązuje limit wpłat

Obaj ci miliarderzy – Mellon i Musk – mogli wpompować w kampanię Trumpa ogromne środki, bo przekazali je tzw. organizacjom super PAC, czyli komitetom akcji politycznej wspierającym określonego kandydata lub sprawę.

Z racji tego, że komitety te działają poza strukturami sztabowymi, nie obowiązują je limity wpłat. Gdyby Musk chciał zasilić bezpośrednio kampanię Trumpa jako darczyńca indywidualny, mógłby mu przelać tylko 6,6 tys. dolarów – połowę, gdy ten startował w prawyborach Partii Republikańskiej, a drugą część, gdy miał już nominację partyjną. Pozostaje także przekazanie środków komitetom partyjnym, jednak nie ma tu mowy o wielomilionowych wpłatach.

Ze wsparcia tzw. komitetów super PAC korzystała też Kamala Harris. Główna grupa w jej obozie, Future Forward, na końcówce wyścigu wydała na spoty telewizyjne więcej niż sztaby Harris i Trumpa razem wzięte. Reklamy te sfinansowali m.in. kryptowalutowy miliarder Chris Larsen i wspomniany współzałożyciel Facebooka Dustin Moskovitz, który w pierwszej połowie października przekazał 25 mln dolarów.

Niezidentyfikowani donatorzy amerykańskiej polityki

Choć w tym okresie Future Forward zebrało okrągłe 89 mln dolarów, na dobrą sprawę nie wiadomo, kto jeszcze stał za największymi wpłatami. Dzieje się tak, gdyż komitety super PAC korzystają z luk w przepisach: co prawda muszą upubliczniać listę darczyńców, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, aby figurowały na niej także tzw. dark money nonprofits, czyli organizacje niemające obowiązku raportowania, skąd mają środki.

W ten sposób do świata polityki płyną pieniądze od niejawnych grup interesu, i to po obu stronach politycznej barykady. Organizacja OpenSecrets wyliczyła, że w 2020 r. komitety super PAC – wspierające kandydatów na prezydenta oraz kandydatów startujących w wyborach do Kongresu – zebrały 660 mln dolarów od organizacji dark money i spółek wydmuszek.

Na tajemniczych wpłatach najbardziej skorzystali wtedy Demokraci i ówczesny kandydat Joe Biden. Jego kampanię zasiliło ok. 174 mln dolarów od anonimowych darczyńców. To ponad sześć razy więcej niż w przypadku jego rywala Trumpa. Jednym słowem: Demokraci korzystają z systemu, choć wielokrotnie apelowali o jego reformę i zasypanie luk prawnych w finansowaniu kampanii politycznych.

Komitety super PAC

Machina wyborcza, coraz bardziej uzależniona od zewnętrznych grup interesu, pędzi bez opamiętania za sprawą wyroku Sądu Najwyższego z 2010 r. Orzekł on, że nie można zakazywać finansowania wyborów korporacjom, związkom zawodowym oraz innym grupom, gdyż byłoby to naruszeniem konstytucyjnego prawa do wolności słowa.

Werdykt ten wieńczył batalię rozpętaną przez konserwatywną organizację Citizens United, która przed prawyborami Partii Demokratycznej w 2008 r. chciała wyemitować w telewizji kablowej dokument „Hillary: The Movie”. Sąd niższej instancji uznał wówczas, iż film ten, krytyczny wobec startującej w tych prawyborach senatorki Hillary Clinton, to nic innego jak agitacja wyborcza objęta przepisami federalnymi dotyczącymi finansowania kampanii. A te zakazywały organizacjom non profit opłacania ze swojego budżetu spotów na 30 dni przed prawyborami.

Gdy Sąd Najwyższy przekreślił obowiązujący porządek, dziennik „New York Times” nazwał to „ciosem w demokrację”, który burzy mur między korporacjami a polityką. Ten trzymał się mocno od 1907 r., gdy po skandalu wokół kampanii prezydenckiej Theodore’a Roosevelta zakazano korporacjom i bankom dotowania kandydatów na urzędy federalne.

Pierwszy krok w tył Sąd Najwyższy zrobił już w 1978 r., zezwalając korporacjom na finansowanie kampanii dotyczących stanowych inicjatyw ustawodawczych (również na nie płyną duże pieniądze). Gdy w 2010 r. sędziowie jeszcze szerzej otworzyli drzwi dla amerykańskiego biznesu, była to prosta droga do zakładania wspomnianych komitetów super PAC – i do dalszego poluzowywania restrykcji. Skorzystały na tym nie tylko korporacje, ale także miliarderzy pragnący mieć jeszcze większy wpływ na politykę.

Amerykańskie wybory to nie skromna, europejska demokracja

Nie jest zaskakujący fakt, że w następnej dekadzie wybory federalne stały się najdroższymi w historii USA. I tak, według wyliczeń dziennika „Wall Street Journal”, tegoroczne wybory federalne kosztowały – uwzględniając inflację – niemal dwa razy więcej niż te w 2016 r. oraz trzykrotnie więcej niż wybory na początku XXI wieku.

W porównaniu z europejskimi politykami, amerykańscy dysponują astronomicznymi budżetami. Cztery lata temu Biden wydał 70 razy więcej na kampanię niż ubiegający się w 2022 r. o reelekcję prezydent Francji Emmanuel Macron (gdy tymczasem Stany mają tylko ponad pięć razy większą populację niż Francja).

Przyczyną tak wielkich wydatków są nie tylko amerykańskie regulacje, które je umożliwiają. Pamiętajmy, że USA to ogromny kraj: kandydat walczący o Biały Dom musi dotrzeć ze swoim przekazem do mieszkańców 50 stanów, opłacając zwłaszcza drogie spoty reklamowe w radiu i telewizji.

Kampania prezydencka w USA to maraton

Swoją rolę odgrywa także czas. Przykład Kamali Harris, która na start i dobiegnięcie do wyborczej mety miała nieco ponad trzy miesiące, to absolutny wyjątek. Zwykle kampanie prezydenckie to maratony trwające nawet dwa lata – uwzględniając prawybory, które służą wyłonieniu zwycięzcy w wyścigu o nominację partyjną.

Donald Trump swoją trzecią z kolei kampanię prezydencką ogłosił 15 listopada 2022 r. Potem przebył wyboistą drogę, zmagając się z mniejszymi wpływami na kampanię m.in. od „finansowych płotek”, tj. osób wpłacających po mniej niż 200 dolarów.

Według analizy agencji The Associated Press i organizacji OpenSecrets, jeszcze cztery lata temu takie datki stanowiły niemal połowę wpłat na jego kampanię. W tegorocznym wyścigu – już tylko niecałą jedną trzecią.

Mając przytkany jeden kurek z pieniędzmi, Trump musiał oprzeć się mocniej na komitetach super PAC (jak ten należący do Muska), powierzając im mobilizację elektoratu w stanach kluczowych dla wyścigu, choć to zadanie należące tradycyjnie do sztabów. Na taki wyborczy outsourcing zezwoliła w tym roku Federalna Komisja Wyborcza.

Budżet kampanii kształtuje możliwości kandydata

Patrząc na te zmagania Trumpa, Kamala Harris miała przed sobą czerwony dywan. Każdego miesiąca jej sztab zbierał i wydawał kilkukrotnie więcej pieniędzy niż Trump. A choć przewaga finansowa nad rywalem nie gwarantuje wygranej – co wcześniej pokazała porażka Hillary Clinton w 2016 r. – to pieniądze dają duży komfort szczególnie na końcówce kampanii. Podczas gdy Harris mogła skupić się na spotkaniach z wyborcami, Trump musiał wykroić jeszcze cenny czas na zbieranie funduszy.

Duży budżet umożliwia też zalanie wyborców większą liczbą spotów. Na finiszu sojusznicy Harris mocno inwestowali w reklamy telewizyjne dotyczące obniżenia podatków, opieki zdrowotnej i osoby jej rywala. W tych ostatnich spotach wykorzystano m.in. słowa jego byłego szefa personelu Białego Domu, generała Johna Kelly’ego, który w wywiadzie dla „New York Timesa” twierdził, iż Trump mieści się w ogólnej definicji faszysty.

Jak nie ujawnić listy swoich darczyńców

Z kolei sojusznicy Republikanina w tzw. stanach wahających się pompowali pieniądze w spoty atakujące Harris za dawne poparcie dla finansowania z publicznych pieniędzy operacji korekty płci dla więźniów. Wykorzystano polaryzujący społecznie temat do przyciągnięcia mężczyzn i mieszkanek przedmieść.

Na ostatniej prostej powstał też nowy protrumpowski komitet RBG PAC, który wydał niemal 20 mln dolarów na reklamy w sieci mające złagodzić wizerunek Trumpa w kwestii aborcji – po tym, jak w czasie swej prezydentury nominował do Sądu Najwyższego trzech konserwatywnych sędziów, którzy potem przyłożyli rękę do zniesienia federalnego prawa do przerywania ciąży.

Komitet ten złożył wniosek o rejestrację dokładnie 16 października, gdy mijał termin na wysłanie sprawozdań finansowych do Federalnej Komisji Wyborczej. Dzięki temu manewrowi grupa ta – przewrotnie nawiązująca swoją nazwą do inicjałów Ruth Bader Ginsburg, zmarłej sędzi Sądu Najwyższego, która broniła prawa do aborcji – nie musiała ujawniać przed wyborami listy swych darczyńców.

Nic za darmo: co Harris i Trump mają do sprzedania?

W amerykańskiej machinie wyborczej mnożą się pytania nie tylko o tajemniczych darczyńców, ale także o intencje tych, którzy jawnie sypią milionami dolarów.

Na ostatniej prostej media wałkowały zapowiedź Trumpa, że w przypadku wygranej może powołać Muska na przewodniczącego komisji, która miałaby czuwać nad „efektywnością” amerykańskiej administracji. W praktyce ciało to mogłoby rekomendować cięcia wydatków i zmiany w przepisach. Dla Muska, właściciela SpaceX – firmy z branży kosmicznej – byłaby to furtka do kontrolowania tych, którzy do tej pory kontrolowali jego działania.

Weźmy pod lupę także Miriam Adelson, amerykańską Żydówkę, która zasilała finansowo każdą kampanię Trumpa o Biały Dom. Jej mąż Sheldon, wspomniany już magnat kasynowy, wsparł ponoć pierwszą kampanię Republikanina w 2015 r., bo ten miał obiecać mu, że jako prezydent przeniesie ambasadę USA z Tel Awiwu do Jerozolimy.

Tak się zresztą stało, a na ceremonii jej otwarcia brylowało małżeństwo Adelsonów (znane także z dobrych relacji z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu). Dziś „New York Times” spekuluje, że Miriam Adelson (od 2021 r. wdowa) może ponownie naciskać w sprawach bliskowschodnich na Trumpa.

Sytuacje, które mogą budzić podejrzenia, iż chodzi o jakieś interesy, mają miejsce także u Demokratów. Jeszcze zanim Harris przyjęła w sierpniu nominację partyjną, współzałożyciel serwisu LinkedIn Reid Hoffman obwieścił w wywiadzie dla CNN, że ma nadzieję, iż ta w przypadku zwycięstwa odwoła Linę Khan, szefową  Federalnej Komisji Handlu.

Khan znana jest z antymonopolowego kursu wobec firm technologicznych i innych gigantów. Według doniesień medialnych do jej odwołania nakłaniają także grube ryby z Wall Street, które chciałyby zwolnić także innego regulatora – Gary’ego Genslera, szefa Amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd.

Donald Trump wręcza Prezydencki Medal Wolności Miriam Adelson, która hojnie wspierała jego kampanię. Waszyngton, 16 listopada 2018 r. // Fot. Alex Wong / Getty Images

Amerykanie chcą reformy systemu

W świetle tych wszystkich informacji nie dziwi, że według sondaży ponad 70 proc. Amerykanów chce zaostrzenia przepisów dotyczących limitów wpłat na kampanie, a 60 proc. uważa, że ograniczenie wpływu wielkich pieniędzy na politykę powinno być najwyższym priorytetem.

Na razie jednak w tegorocznych wyborach po raz kolejny „przepalone” zostały miliardy dolarów. Amerykanie zaś ponownie obudzili się następnego dnia z poczuciem, że uczestniczyli w koszmarnie drogim przedstawieniu.

Tekst ukończono 30 października.

MARTA ZDZIEBORSKA jest dziennikarką „Press”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Najdroższa kampania w historii Ameryki