Kanada bierze kurs na prawo. Ulubiony kraj świata ma dość Justina Trudeau i bycia miłym dla wszystkich

Po 10 latach rządów liberalnego Justina Trudeau większość Kanadyjczyków ma go dość. Chcą nie tylko zmiany premiera, ale też nowej polityki. Wielu ma poczucie, że skończył się Canadian Dream, który kiedyś czynił ich kraj tak atrakcyjnym.
z Edmonton (Kanada)
Czyta się kilka minut
Premier Kanady Justin Trudeau z przedświąteczną wizytą w domu seniora, Port Coquitlam, 13 grudnia 2024 r. // Fot. Jennifer Gauthier / Reuters / Forum
Premier Kanady Justin Trudeau z przedświąteczną wizytą w domu seniora, Port Coquitlam, 13 grudnia 2024 r. // Fot. Jennifer Gauthier / Reuters / Forum

Donald Trump wraca na stanowisko prezydenta USA, a tymczasem Kanadyjczycy zastanawiają się, jak fakt ten odbije się na ich federalnych wyborach parlamentarnych w październiku 2025 r. Bo odbić się może, i to wyraźnie.

Pierre Poilievre, 45-letni lider Partii Konserwatywnej, uważany jest za kanadyjski odpowiednik Trumpa. Tak jak on przebojowy i czasem bezczelny, jest przy tym czarujący. Obecnie w opozycji, w ramach przedwyborczych już obietnic zapowiada, że zlikwiduje tzw. podatek węglowy, naprawi budżet i zwalczy przestępczość.

Kanadyjczycy darzą Poilievre’a i jego partię coraz większym zaufaniem. Czy Kanadę poniesie prawicowa fala, która ogarnia zachodni świat?

Sześciu na dziesięciu Kanadyjczyków negatywnie ocenia premiera Trudeau

Urzędujący od 2015 r., uważany ciągle za młodego (choć ma 52 lata) i wciąż przystojny, Justin Trudeau jest być może nadal ulubionym premierem świata. Jednak wśród Kanadyjczyków od dłuższego już czasu notuje spadek popularności.

Niezależnie od płci i wieku, negatywnie oceniają jego trzecią już kadencję. Wśród ankietowanych przez ośrodek Abacus bardzo pozytywnie widzi go jedynie 7 proc., raczej pozytywnie 17 proc., neutralnie 16 proc., natomiast odpowiednio 20 proc. i 39 proc. ocenia go raczej i bardzo negatywnie. Najgorzej postrzega się go na preriach: w prowincjach Alberta, Manitoba i Saskatchewan. Wszystko wskazuje, że jesienią 2025 r. skończy się epoka rządów Trudeau i jego Partii Liberalnej.

Podczas gdy liberałowie notują ogromny spadek popularności, Partia Konserwatywna pnie się w górę. Przewiduje się, że zdobędzie większość w parlamencie federalnym, wygrywając w każdym zakątku kraju – poza Quebekiem, gdzie pierwszym wyborem jest tradycyjnie Blok Quebecki (postulujący niepodległość tej frankofońskiej prowincji).

Popularność Justina Trudeau spada nawet w regionach tradycyjnie liberalnych

Nawet w tradycyjnie liberalnej dotąd prowincji Ontario konserwatyści wybili się na prowadzenie. To najludniejsza prowincja kraju, mieszka tu prawie 40 proc. wszystkich Kanadyjczyków, ich poglądy mają więc ogromne znaczenie dla wyniku całych wyborów.

Trudeau i liberałowie zaczęli wypadać z łaski w trakcie pandemii, a od 2023 r. ich popularność spada już na łeb na szyję. Trudeau oskarżany jest już nie tylko o bliskie relacje z Chinami i historię przyjaźni z Fidelem Castro (niektórzy wciąż wierzą, że to prawdziwy ojciec premiera), ale przede wszystkim o złe zarządzanie budżetem. Spadek jego popularności zbiega się ze wzrostem inflacji, datowanym od 2022 roku.

Premier broni się i obiecuje dwumiesięczne „wakacje podatkowe” od VAT-u na przełomie 2024 i 2025 r. Osobom, które zanotowały niskie dochody w 2023 r., chce nawet podarować czek na 250 dolarów. To jednak za mało, by ulżyć Kanadyjczykom w ich codziennych problemach bytowych.

Lider kanadyjskiej Partii Konserwatywnej Pierre Poilievre z żoną Anaidą i synem Cruzem, w drodze na spotkanie klubu Narodowych Konseratystów, Ottawa, wrzesień 2022 r. // Fot. Dave Chan / AFP / East News

Co trzecia kanadyjska rodzina ma dziś problem z utrzymaniem się

Poilievre mówi, że nie podoba mu się hasło „Pieprzyć Trudeau”, ostatnio bardzo popularne. Ani że nie podoba mu się „wściekłość, którą odczuwają Kanadyjczycy”. Ale, dodaje, „należy zadać sobie pytanie, dlaczego ludzie są tak wściekli?”.

Odpowiedzi upatruje w szerzącej się biedzie. Od roku tutejsze „banki żywności” notują rekordowe liczby zgłaszających się po pomoc. Według ich raportu jedna czwarta Kanadyjczyków żyje w biedzie. Oznacza to, że prawie 10 mln ludzi nie może sobie pozwolić na dwa z jedenastu podstawowych wydatków w życiu codziennym, czyli np. na dojazd do pracy, godne ubranie na rozmowę kwalifikacyjną, wizytę u dentysty, leki czy wygodne buty. Z kolei 10 proc., czyli ok. 3,6 mln, ma być poniżej granicy ubóstwa.

Dalej: koszty wynajęcia lub kupna nieruchomości rosną średnio o 10 proc. rocznie. Smutną normą staje się wydawanie nawet połowy pensji na wynajem mieszkania. Rosnące koszty życia dotyczą też benzyny i żywności. Cena paliwa wzrosła prawie dwukrotnie w ciągu ostatnich pięciu lat. W coraz gorszym stanie jest też opieka zdrowotna. Na wizytę u specjalisty trzeba czekać miesiącami, a nawet latami.

W efekcie nawet w co trzecim gospodarstwie domowym są problemy z utrzymaniem poziomu życia.

Tymczasem gospodarka Kanady związana jest mocno z górnictwem, energetyką i przetwórstwem. Jej centrum energetyczne, prowincja Alberta, do dziś odczuwa skutki spadku cen ropy w 2014 r. i związany z nią spadek zatrudnienia. Tysiące ludzi z klasy pracującej straciły posadę i możliwość zarobku – nie tylko wśród mieszkańców Alberty, ale także imigrantów zarobkowych z morskich prowincji na wschodzie kraju.

Tak jak dawniej mówiono o „nowobogackich” mieszkańcach Calgary, tak dziś mówi się o „nowobiednych”. Ludzie z klasy robotniczej, którzy są sprawni, doświadczeni i gotowi do pracy, nie mogą znaleźć zatrudnienia.

Sprzeciw wobec proekologicznego podatku jednoczy Kanadyjczyków

Wielu z tych, których to dotyka, za swoją sytuację wini niestabilną politykę paliwową rządu i wspomniany podatek węglowy (od emisji dwutlenku węgla), który działa jak straszak przeciw inwestycjom w sektor paliwowy.

Choć podatek ten ma zachęcać przemysł, by podejmował działania dla zrównoważonego rozwoju i zmniejszenia zanieczyszczenia, Kanadyjczycy boją się, że koszty z nim związane odbiją się na nich, że zostaną przeniesione raczej na ceny codziennych towarów niż na pensje zarządów i zyski akcjonariuszy.

Hasło „Axe the tax!” („Utnij podatek”) zyskało ogromną popularność i jednoczy ludzi, podobnie jak banery „Fuck Trudeau”. Grupki wolontariuszy regularnie zbierają podpisy pod projektem ustawy o zniesieniu podatku węglowego.

W ciągu roku do Kanady przybył milion imigrantów

Z kolei ceny nieruchomości i wynajmu wynikają z braków na rynku. Tu wielu Kanadyjczyków znajduje winnego w imigrantach. W ostatnim roku kraj powitał ponad milion nowych mieszkańców, ale infrastruktura nie nadąża za takim wzrostem populacji. Imigranci przejmują prace niskopłatne, które dawniej pomagały dorobić studentom i ludziom gorzej wykształconym. Symbolem problemu stały się filmiki pokazujące kolejki imigrantów z Indii, którzy z CV w ręku czekają na otwarcie sieci kawiarni Tim Hortons.

Owszem, Kanada to kraj imigrantów. Kiedyś, w XIX w., dzięki obietnicy 160 akrów ziemi rozwinięto zachód kraju, sprowadzając rolników z Europy. Dziś wielu Kanadyjczyków wciąż uważa, że przywilej zamieszkania tutaj powinien być powiązany z umiejętnościami aplikującego. Tymczasem setki tysięcy nowo przybyłych to studenci: dla wielu studia to tylko pretekst do otrzymania prawa stałego pobytu i pozwolenia na pracę.

Po wylądowaniu na lotnisku w Edmonton, przechodząc procedury związane z otrzymaniem statusu tymczasowego rezydenta, mogłam przyjrzeć się takiej grupie. Choć twierdzili, że chcą tu studiować, nie znali angielskiego i nie potrafili wyjaśnić, w jakiej szkole będą się uczyć.

Rząd w końcu dostrzegł problem. Zapowiada zmniejszenie liczby akceptowanych studentów zagranicznych i obiecuje rozprawić się z instytucjami udającymi szkoły wyższe, które wykorzystują tę sytuację.

Ofiarą nastrojów w Kanadzie może być pomoc dla Ukrainy

Gdy rozmawiam z kanadyjskimi znajomymi, ich zarzuty wobec Trudeau dotyczą np. dysponowania budżetem. Krytykują zwłaszcza projekty mające pomóc krajom rozwijającym się. Kanada jest siódma na świecie pod względem wydatków na pomoc zagraniczną, rząd wysyła ponad 8 mld dolarów.

Tymczasem źródłem niezliczonych już memów stały się np. stawiane za granicą billboardy przestrzegające mieszkańców krajów-beneficjentów tej pomocy przed defekowaniem na plaży, na które rząd Kanady wydał pieniądze swoich podatników.

W efekcie ofiarą tej sytuacji może stać się Ukraina. Choć Kanadyjczycy wspierają jej walkę, wielu wyraża niezadowolenie w związku z wydatkami na pomoc militarną. Ponadto od początku inwazji Kanada przyjęła 200 tys. Ukraińców. Choć 1,5 mld dolarów na wsparcie dla nich nie stanowi nawet procenta wydatków budżetu, Kanadyjczycy pytają, dlaczego w momencie kryzysu te pieniądze nie są przeznaczane na redukowanie biedy w kraju.

Spadek zaufania do rządu Trudeau ma wiele przyczyn

Choć Kanada ma opinię liberalnej, nie wszystkie pomysły forsowane przez Trudeau mają tu poparcie. Częstym tematem rozmów są np. wątpliwe praktyki eutanazyjne czy kwestie praw mniejszości. Wielu ma poczucie, iż niektóre grupy społeczne są faworyzowane prawnie, a koszty ich przywilejów ponoszą pozostali podatnicy.

Krytykuje się też priorytety rządu, który w momencie kryzysu mieszkaniowego zajmuje się np. regulacją sprzedaży torebek nikotynowych (od niedawna można je kupić tylko w aptekach). Z kolei za sprawą tzw. ustawy C-18 z 2023 r. uniemożliwiono Kanadyjczykom dostęp do newsów ze świata w mediach społecznościowych. Małe zmiany, odczuwane negatywnie w codziennym życiu, odbijają się na zaufaniu do rządu.

Tymczasem ono zostało już nadwyrężone podczas pandemii. Wielu Kanadyjczyków do dziś nie może wybaczyć Trudeau słów, jakie skierował on do kierowców ciężarówek, gdy protestowali przeciw restrykcjom pandemicznym. Nazwał ich „marginalną mniejszością”, a osobom wspierającym protesty zamroził konta bankowe.

Dlatego wielu Kanadyjczyków uważa, że obecne podejście premiera do protestów poparcia dla Palestyny jest hipokryzją. Rząd je toleruje, choć dochodzi na nich do starć z policją, niszczone jest mienie publiczne i pojawiają się antysemickie hasła. Niezależnie od poglądów na konflikt palestyńsko-izraelski, wielu widzi tu kolejny dowód, że premier stawia prawa imigrantów wyżej niż rodowitych Kanadyjczyków.

Epidemia narkotyków coraz mocniej dotyka Kanadę

Koszty życia to problem wielu Kanadyjczyków. Ci mieszkający w miastach muszą dodatkowo radzić sobie z brakiem poczucia bezpieczeństwa.

W centrum Edmonton osoby palące crack spotkać można o każdej porze dnia i nocy. Niektórzy wykorzystują do tego przystanki autobusowe, inni palą lub wstrzykują narkotyki w bibliotece czy metrze. Przypadki przedawkowania (w 2023 r. zmarło z tego powodu w kraju 6 tys. osób) są codziennością do tego stopnia, że w miejscach takich jak księgarnia Audreys czy park organizuje się warsztaty z podawania naloksonu.

To lek, który blokuje działanie opioidów. Prowadząca warsztaty, w których uczestniczę, tłumaczy, że każda osoba o jakimś stopniu wrażliwości społecznej powinna mieć przy sobie zawsze jego dawkę na wypadek, gdyby była świadkiem przedawkowania. I że musi być gotowa na to, iż przerywając czyjeś odurzenie, wystawi się na gniew, a nie wdzięczność.

Tymczasem z początkiem 2023 r. Kolumbia Brytyjska zaczęła trzyletni projekt pilotażowy całkowicie dekryminalizujący narkotyki. Pozwolono na ich używanie nawet w miejscach publicznych. Po niecałym roku rząd prowincji wycofał się z projektu, wskazując na zagrożenia związane z używaniem narkotyków w parkach czy transporcie publicznym.

Kolejny problem, który narasta – i do pewnego stopnia jest powiązany z plagą narkotyków, zwłaszcza z uzależnieniem od fentanylu – to bezdomność.

Miasta w Kanadzie coraz gęściej pokrywają się obozowiskami osób bezdomnych. Ich namioty mogą wyrosnąć nad rzeką albo na parkingu. Co piąty Kanadyjczyk uważa bezdomność za jeden z najważniejszych problemów – obok kwestii kosztów życia, mieszkania, inflacji, imigracji – którymi powinien zająć się rząd.

Kim jest Pierre Poilevre, „kanadyjski Donald Trump"

 Justin Trudeau wywodzi się z politycznej dynastii, jego ojciec był przez 15 lat premierem. Natomiast Poilievre to syn nastoletniej matki, która oddała go do adopcji. Jego żona jest uchodźczynią z Wenezueli.

Poilievre buduje wizerunek polityka twardego, ale swojskiego. Sympatię wielu zyskał za sprawą... jabłka: podczas rozmowy z dziennikarzem, który zarzucał mu populizm i to, że wzoruje się na Trumpie, nie dał się zbić z tropu i ripostował, jednocześnie jedząc z nonszalancją jabłko.

Co obiecuje? Cięcia budżetu i ograniczenie inflacji. Chce budować domy, wspierać rolnictwo i przemysł, znieść ustawę C-18. Zamknąć kliniki, które podają bezpieczne wersje opiatów uzależnionym, i zastąpić je odwykami (odwyki chce finansować pieniędzmi z procesu, który wytoczy firmom farmaceutycznym przepisującym opiaty). W sektorze paliwowym chce ułatwień dla budowy gazociągów i inwestycji w kanadyjski gaz ziemny.

Ulubione hasło Poilievre’a to common sense: jego obietnice to proste rozwiązania, tak „na chłopski rozum”. Dla rządu Kanady priorytetem powinny być interesy Kanadyjczyków.

Po dekadzie rządów Justina Trudeau Kanadyjczycy chcą zmiany

Conrad Black, były członek Partii Konserwatywnej i autor książki „The Canadian Manifesto”, opisuje swój naród jako „opętany obsesją nienawiści do samych siebie” i niechętny do uznania własnych zasług, choć brał udział tylko w sprawiedliwych wojnach. Black pisze, że Brytyjczycy uważają Kanadyjczyków za „godnego, ale niezbyt ekscytującego kuzyna”, zaś „Amerykanie widzą w nas nieszkodliwą kartkę bożonarodzeniową, podczas gdy samych siebie uważają za ogromny pociąg z rykiem przejeżdżający przez historię świata”.

Współcześni Kanadyjczycy mają dość bycia miłym, niezbyt ekscytującym kuzynem. Czy ich poglądy skręcają mocno na prawo? Być może. A być może Pierre Poilievre mówi rzeczy, które każdy chce usłyszeć. Gdy Trudeau szuka winnych kryzysu imigracyjnego, Poilievre podaje proste rozwiązania problemów społecznych. Czy spot, w którym obiecuje, że „zatrzyma przestępczość”, jest naiwny? Jak najbardziej. Czy Poilievre jako premier natrafi na przeszkody, których nie spodziewa się teraz? Oczywiście. Ale po dekadzie rządów Trudeau Kanadyjczycy chcą zmiany, alternatywy.

Trudeau i Poilievre: starcie dwóch osobowości

Wracając do Donalda Trumpa: zapowiada on 25-procentowe cła na produkty z Kanady i Meksyku. Dwa miliony miejsc pracy w Kanadzie zależą od eksportu do USA. Cło odbiłoby się też na cenach i na sile kanadyjskiego dolara. Relacje między sąsiadami stają się więc napięte. Poilievre twierdzi, że Trudeau jest zbyt słaby, aby obronić kanadyjską gospodarkę przed Trumpem. 

Czy poza ostrą krytyką Trudeau i rozwiązaniami „na chłopski rozum” Pierre Poilievre ma szansę zostać silnym liderem, czy też pokona go własna hucpa? To okaże się jesienią 2025 r.

 Albo wcześniej: rząd opuściła właśnie Chrystia Freeland, ustępując ze stanowiska ministry finansów. W liście otwartym wyraziła brak poparcia dla premiera. W Partii Liberałów pojawiły się pojedyncze głosy, że Trudeau już teraz powinien podać się do dymisji.

 Na razie jednak wciąż oglądamy słowne starcia tych dwóch wielkich osobowości.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 1-2/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Justin Trudeau odchodzi do historii