W tej kampanii prezydenckiej kandydaci zabierają nas w podróż. Jednak nie do „drugiej Japonii” albo Irlandii, którą obiecywano nam w minionych cyklach wyborczych. A nawet nie do Korei czy Turcji, które swoją rolą militarnych i zbrojeniowych czempionów bardziej odpowiadałyby marzeniom i ambicjom naszej klasy politycznej w 2025 roku. Tym razem udajemy się w miejsce dużo bardziej niecodzienne i fantastyczne – do krainy wiecznego dzieciństwa.
Świat kandydatów na prezydenta RP
Nibylandia – a w scenicznym oryginale Neverland, czyli „nigdylandia” – to kraina, do której Piotruś Pan zabierał dzieci skuszone obietnicą wolności od dorosłych, przygód i niekończącego się dzieciństwa. Życia dosłownie w bajce. W Nibylandii nie tylko nie trzeba dorastać, jeśli się nie chce. Zamieszkujące tę krainę dzieci mogą sprawować obowiązki dorosłych i dzierżyć ich odpowiedzialność, ale nie muszą dźwigać ich codziennych trudów. Niebezpieczeństwa, jakie im grożą – bo nie jest to kraina wolna od zagrożeń – mają zaś bez wyjątku fantastyczny i bajkowy charakter. W Nibylandii nie ma miejsca nie tylko na starość, ale i na banał codzienności. Być może porwie nas szalony pirat albo zaatakuje krokodyl – ale na pewno nie grożą nam zbyt drogie mieszkania, nauczycielskie wakaty albo przedłużające się kolejki do lekarza.
Wiedzą już państwo z pewnością, do czego zmierzam – obietnicy wiecznego dzieciństwa i świata bez żadnych zobowiązań, którą składają pretendenci do prezydentury. To prawda, że w każdej kampanii kandydaci składają nierealistyczne czy wygórowane obietnice. Ale między zobowiązaniem do zbilansowania budżetu, zalegalizowania albo zdelegalizowania aborcji czy zreformowania sądownictwa a tym, co obiecują kandydaci dziś, jest przepaść. Przepaść rzeczywistości. Dawno już też język kampanii nie był tak infantylny. Na dwóch poziomach. Po pierwsze, dziecinady piosenek z TikToka, hołdów dla ogórków i wafelków, popisów ze sztangą, zwyczajnego trollowania albo wygłupu. Ale także – po drugie i ważniejsze – nie sposób przypomnieć sobie, kiedy polska polityka tak bardzo pielęgnowała postawę niedojrzałości.
Fantastyczna retoryka wyborcza
Wszystko można, nic nie trzeba, każdy, kto chce nam czegoś zabronić albo do czegoś zobowiązać – Unia, Berlin, WHO, Zełenski i Kijów, NFZ i ZUS – to wróg. W tej kampanii kandydaci zwracają się do zbiorowego dziecka czy nastolatka w nas, które chce usłyszeć, że jutro dzień wagarowicza, nie trzeba myć zębów, iść spać przed północą i słuchać w szkole głupiej facetki. Albo tak przynajmniej sztaby wyborcze oceniły potrzeby tych kilkunastu procent wyborców wahających się. Bo to o nich przecież idzie gra. I tych, których licytacją na dalsze obniżki podatków i składek przy jednoczesnym zwiększaniu siły państwa, uda się wyrwać Konfederacji. Słyszymy, że da się osiągnąć bezpieczeństwo i zamożność Szwajcarii połączonej z wydajnością przemysłu i innowacyjnością Szwecji przy poziomie publicznych nakładów Syrii i Somalii.
W Nibylandii możemy mieć wszystko, czego zapragniemy, nie idąc na żadne kompromisy. Ktokolwiek, kto mówi inaczej – czy będą to eksperci od demografii, energetyki albo ochrony zdrowia – to popsujzabawa. A na takich miejsca w Nibylandii nie ma. Oczywiście, że Polska może mieć własny prąd z węgla i otworzyć na powrót dawno zasypane kopalnie, wyjść z Zielonego Ładu i ETS, samodzielnie zbudować armię zdolną do pokonania mocarstw atomowych, a na deser jeszcze podyktować całemu światu rozstrzygnięcie wojny w Ukrainie.
W tym ostatnim temacie Karol Nawrocki obiecujący, że Polska będzie na równi z państwami Rady Bezpieczeństwa ONZ decydować o pokoju w Europie, i Rafał Trzaskowski przekonujący, że dzięki PO „Europa mówi polskim głosem” opowiadają w dwóch językach tę samą bajkę. W trakcie jednej z debat kandydaci prześcigali się w zapewnieniach, że nie podniosą podatków i nie wprowadzą poboru, nawet gdyby wybuchła wojna.
Głosy rozsądku w debatach prezydenckich
Na tym tle starania Adriana Zandberga czy Magdaleny Biejat, by – nawet jeśli nieśmiało – wyłamać się z tej bajkowej logiki, zasługują na co najmniej odnotowanie. Niespodziewanym głosem trzeźwości w temacie armii był Marek Jakubiak, który zauważył, że pobór może jednak okazać się konieczny, a demografia nie jest dla nas łaskawa. Joanna Senyszyn w nieco kuriozalny sposób, ale jednak, próbowała chłodzić wojenne nastroje. I swego rodzaju licytację na to, kto da więcej procent PKB na zbrojenia bez żadnych podwyżek podatków.
Trafnie wykpił to odgrywający w debatach rolę błazna Krzysztof Stanowski, mówiąc, że nie powinniśmy się ograniczać do jednego lotniskowca i zaledwie kilku łodzi podwodnych. Po co się ograniczać? W Nibylandii wspomnieć świat dorosłych jest grzechem numer jeden. Te momenty, w których politycy choć na chwilę, niczym bajkowa Wendy, przypominali sobie, że jest jakieś inne i dorosłe życie, były rzadkie. Przez większość czasu obowiązuje inna zasada. Im bardziej jakaś sprawa poza zasięgiem Polski i naszego państwa, tym – paradoksalnie – łatwiej ją obiecać. W sprawach, gdzie nasza administracja może i powinna zadziałać, tak łatwo nie jest.
I dlatego w wizji przyszłości Polski i Europy, którą prezentują kandydaci, jako problem kompletnie trywialny jawią się takie zagadnienia jak wojna z Rosją (i wgniecenie Putina w ziemię), budowa największej i najpotężniejszej armii Europy, której oparciem będzie równie potężny krajowy przemysł zbrojeniowy, a nawet polska sztuczna inteligencja, napędzająca polskie lotniskowce, łodzie podwodne i drony. Dla kontrastu zadania uzupełnienia dziury w finansowaniu Narodowego Funduszu Zdrowia, znalezienia chętnych do pracy w policji i szkolnictwie – oraz zapewnienia im dostępnych cenowo mieszkań – czy zajęcia się patologią zalewającego Polskę alkoholu (i jego reklam) są niespotykanie trudne. I tak niewygodne, że nawet zapytani wprost – o podatki, alkohol, mieszkania i dziurę w NFZ – kandydaci wolą milczeć albo kręcić.
Sławomir Mentzen najlepszy w Nibylandii
Być może dlatego królem Nibylandii jest Sławomir Mentzen. Polityk, który do archetypu Piotrusia Pana pasuje tak dobrze. A i najlepiej czuje się w tej infantylnej konwencji, gdzie wszystko można zawsze obrócić w żart. Wszędzie dookoła widzi absurdy nakazów i zakazów, które są zwyczajnie głupie – i wymyślają je głupi ludzie. Zaś świat jego opowieści jest prosty i nie ma ograniczeń. Wszyscy dobrze bawią się na grillu, a dorośli i zrzędy siedzą cicho – wszystkie Ursule von der Leyen, Komisje Europejskie i ponurzy urzędnicy od zaciskania pasa, jedzenia robaków i montowania wiatraków przestają nam szkodzić. Wystarczy nie słuchać dorosłych i głupich zasad.
Trudno mieć zarazem pretensje, że opowieść Sławomira Mentzena działa, a istotna część naszych rodaków chce jej słuchać. Raz, że nam schlebia i obiecuje moment oddechu po dziesięcioleciach wyrzeczeń. Świat bez dorosłych jest też zwyczajnie przyjemniejszy. A z drobnymi wyjątkami do Nibylandii zapraszają nas już wszyscy. On jest tylko w tym bardziej konsekwentny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















