Mieszkańcy New Jersey żyją od kilku dni w stanie podwyższonego napięcia. Nie przez wynik ostatnich wyborów, nie przez zmiany klimatu, nie przez stan amerykańskiej gospodarki czy sytuację geopolityczną. Niepokój wzbudzają światełka na nocnym niebie. Na wschodnim wybrzeżu USA zaroiło się od obserwacji tajemniczych obiektów, w których jedni widzą rządowy spisek, inni wizytę obcych, a jeszcze inni – przyczynek do inwazji wrogiego mocarstwa.
Co latało nad New Jersey
Zaczęło się od tego, że nad nowojorskim Brooklynem mieszkańcy zaobserwowali dziwne, duże drony, które przelatywały nad dzielnicą w nieznanym celu. Wkrótce podobne obserwacje zaczęły pojawiać się w innych miastach, ale szybko zamiast faktycznych dronów spanikowani mieszkańcy zaczęli dzielić się w mediach społecznościowych zdjęciami i filmikami uwieczniającymi wszystko, co wydawało im się dziwnymi obiektami na niebie. Czasami okazywało się, że to awionetki, czasami, że światła odległego samolotu, a w kilku wypadkach – Syriusz czy Wenus. Jak panika, to na całego.
Do krążących w sieci plotek szybko podczepili się politycy. Republikanin z New Jersey Jeff Van Drew twierdził, że „wysoko postawione źródła” powiedziały mu, iż tajemnicze obiekty to drony wysyłane z irańskiego statku-matki u wybrzeży USA. Demokrata z Illinois Raja Krishnamoorthi z kolei widział w nich rękę Pekinu. Donald Trump zażądał od władz ujawnienia prawdy o „przybyszach” albo ich zestrzelenia. Gdy Pentagon, zapewne obawiając się, że jakiś krewki Amerykanin zacznie strzelać do „Irańczyków”, zapewnił, że żaden statek-matka nie istnieje, Van Drew w telewizji Fox News stwierdził, że Amerykanie są traktowani jak idioci.
W całej sprawie zaskakujące nie jest to, że z kilku błahych incydentów zrobiła się afera na pół USA. Każdego, kto w ostatnich latach śledził choćby pobieżnie wielkie obietnice marketingowych czarodziejów branży wysokich technologii, bardziej powinno zaciekawić to, że ktokolwiek może być zaskoczony, iż nad naszymi głowami zaroiło się (podobno) od wielkich dronów. W końcu to jest dokładnie ta przyszłość, jaką nam obiecywano.
Narodziny latającego samochodu
Marzenia o latających samochodach są tak stare, jak lotnictwo. Może nawet starsze. Legendarny projektant lotniczy Glenn Curtiss już w 1917 r. stworzył „Autoplan” – samolot, z którego można było zdemontować skrzydła i ogon i pojechać do domu. Henry Ford zapowiadał, że to właśnie do takich pojazdów będzie należała przyszłość. I… w zasadzie nie stało się nic. Kilku inżynierów i zapaleńców przez kolejne dziesięciolecia tworzyło mniej czy bardziej udane prototypy. W 1947 r. latające auto „Model 118” zbudował jeden z największych ówcześnie lotniczych koncernów Convair. Prototypy latały i jeździły raz lepiej, raz gorzej. Kilku śmiałków zginęło w wypadkach. Rewolucja jednak uparcie nie nadchodziła.
Wszystko zmieniło się mniej więcej 10 lat temu. Kilkoro inżynierów, niezależnie od siebie, doszło do wniosku, że cały pomysł na połączenie w jednym pojeździe samolotu i samochodu jest po prostu głupi, bo wymagania stawiane przed tymi pojazdami są niekompatybilne. I można zrobić to znacznie lepiej. Zamiast telepać się nieszczególnie praktycznym autem na lotnisko, przyczepiać czy rozkładać skrzydła i startować z normalnego pasa startowego, czemu po prostu nie wystartować z własnego trawnika i nie wylądować na parkingu u celu? W końcu drony, które zaczęły masowo upowszechniać się w drugiej dekadzie XXI w., potrafią bez problemu latać w każdych warunkach, a ich obsługa nie wymagała żadnych zaawansowanych umiejętności. Wystarczy zbudować wystarczająco dużego drona i wsadzić do niego człowieka.
Tak narodziła się współczesna wersja „latającego samochodu” – sterowane komputerowo, elektryczne pojazdy pionowego startu i lądowania (czasem przypominające drona, czasem nieco dziwny konwencjonalny samolot), które miały zrewolucjonizować nasze życie. Zamiast stać w korkach – śmigać nad ulicami miast. Zamiast wymagać wielu lat lotniczego szkolenia – pozwalać użytkownikowi wybrać cel i brać sprawy w swoje cyfrowe ręce. Wizja jak z „Jetsonów”, „Piątego elementu” czy „Blade Runnera”.
Latające taksówki: rynek wart miliardy
Branża wystartowała z wykopem. Już w 2018 r. konsultanci z banku Morgan Stanley szacowali, że do roku 2040 rynek latających taksówek może być wart oszałamiające 1,5 biliona dolarów, a Boston Consulting Group, że w 2030 r. latające taksówki będą wykonywać miliard lotów rocznie. Chętnych na zrobienie fortuny nie zabrakło. Kilkanaście startupów obiecujących szybki sukces zgarnęło miliardy dolarów od inwestorów. Prototypy zaczęły wzbijać się w powietrze jeden za drugim, a YouTube zaroił się od profesjonalnie przygotowanych filmików, z których wynikało, że rewolucja jest tuż, tuż.
Latające taksówki miały stać się nawet wizytówką igrzysk w Paryżu. Niemiecka firma Volocopter obiecywała, że ich pojazdy pojawią się nad największą imprezą sportową świata, pół roku przed jej rozpoczęciem. Choć już wtedy było widać, że wielkie marzenie zaczyna się rozpływać jak fatamorgana.
Zbudowanie wielkiego drona to jedno. Stworzenie maszyny, która będzie bezpieczna, niezawodna, opłacalna i całkowicie autonomiczna – to wyzwanie o wiele rzędów wielkości większe.
Problem pierwszy to bezpieczeństwo lotów. Wszystkich lotów, bo setki latających taksówek miały pojawić się nad największymi miastami, gdzie przestrzeń powietrzna i tak jest już zatłoczona. Nikt nie chce, by pasażerski dron znalazł się nagle na drodze podchodzącego do lądowania airbusa, a istniejące dziś systemy kontroli ruchu lotniczego nie są przystosowane do nadzorowania setek potencjalnie autonomicznych pojazdów na małym obszarze.
Czy leci z nami pilot
Autonomia to problem drugi. Aby floty latających taksówek miały faktycznie przynosić planowane zyski, powinny latać bez interwencji człowieka, a nie np. za pomocą zdalnego sterowania. Problemy z autonomicznymi i półautonomicznymi samochodami pokazują jednak, że nawet najbardziej zaawansowany system popełnia błędy, czasami z tragicznymi konsekwencjami. Według zebranych przez amerykańskie władze danych, między rokiem 2018 a 2023 tesle z włączonym autopilotem co najmniej 211 razy uderzały w inne samochody, motocykle, pieszych czy przeszkody na drodze. 14 z tych wypadków skończyło się czyjąś śmiercią.
Wreszcie okazało się, że koszty budowy takich pojazdów i wprowadzenia ich do seryjnej produkcji są o wiele wyższe, niż początkowo sądzili ich entuzjaści. Niemiecki startup Lilium, który zdołał już zebrać 320 zamówień na swój pojazd (pierwszy lot wykonał w 2017 r.), właśnie ogłosił bankructwo, mimo że w ciągu 7 lat uzyskał od inwestorów miliard dolarów. Upadła też firma Kittyhawk, założona przez współtwórcę Google, swoje projekty latających taksówek skasowały Rolls-Royce i Bell-Textron, niemiecki Volocopter (ten od igrzysk) próbuje sprzedać się chińskiemu koncernowi Geely, a brytyjski Vertical Aerospace negocjuje właśnie z wierzycielami po tym, jak jego najbardziej zaawansowany prototyp spadł z wysokości ok. 10 metrów i złamał skrzydło. Uber, który był jednym z najgłośniejszych entuzjastów latających taksówek (miałyby uzupełniać jego biznes), sprzedał swój projekt startupowi Joby Aviation. Ten ciągle obiecuje, że zacznie wozić pasażerów już za rok.
To wszystko nie oznacza, że ta technologia nie ma zalet i że nigdy nie znajdzie dla siebie niszy. Ale problemy rozpieszczanej jeszcze niedawno przez inwestorów branży są dobrą ilustracją tego, jak w naszym społeczeństwie funkcjonują dziś zaawansowane technologie i dlaczego tak trudno nam przewidzieć, które z nich zmienią świat, a które pozostaną ciekawostkami.
Technologia nieodróżnialna od magii
Legendarny autor science fiction Arthur C. Clarke mawiał, że „wystarczająco zaawansowana technologia jest nie do odróżnienia od magii”. Jednym z naszych problemów jest to, że my bardzo pragniemy magicznych rozwiązań, które poprawią nasze życie tu i teraz. Gdy świat się nie zmienia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tracimy zainteresowanie.
Pionier komputerowy i futurolog Roy Amara sformułował w latach 60. prawo, które mówi, że „zazwyczaj przeceniamy skutki technologii w krótkim okresie i nie doceniamy jej wpływu w okresie długim”. Winę częściowo ponoszą tutaj media, które chętnie rzucają się na wszystko, co nowe, błyszczące i „rewolucyjne”, ale szybko tracą zainteresowanie, gdy na horyzoncie pojawia się coś nowszego i bardziej błyszczącego. To było prawdą i sto lat temu, gdy pierwsze strony poczytnych magazynów, takich jak „Popular Mechanics” czy „Reader’s Digest”, zajmowały fantastyczne wizje kosmicznych miast, rakietowych plecaków czy zrobotyzowanych lokajów. A jest prawdą tym bardziej dziś, gdy zainteresowanie nowinkami napędzają już nie media, a influencerzy, którzy, by utrzymać się na rynku nowości, muszą ich szukać niemal z godziny na godzinę.
Tymczasem prawdziwe rewolucje technologiczne nie biorą się znikąd, tylko są rezultatem lat czy dekad mozolnego usprawniania, dopracowywania i budowy na położonych wcześniej fundamentach. Prawdziwe rewolucje nadchodzą często w dekady po tym, kiedy ich pierwotnie oczekiwano, bo dopiero wtedy i technologia osiąga odpowiedni poziom dojrzałości, i warunki są dla niej właściwe.
Fotowoltaika na dachu Białego Domu.
Doskonałym przykładem jest tu fotowoltaika. Pierwsze panele fotowoltaiczne zostały stworzone jeszcze w 1881 r. przez amerykańskiego wynalazcę Charlesa Frittsa. Współczesne, oparte na krzemie, powstały w amerykańskich Bell Labs już w 1954 r., a w latach 70. wiara w to, że już za chwilę zrewolucjonizują produkcję prądu, była tak wielka, że prezydent Jimmy Carter kazał zainstalować je na dachu Białego Domu.
Ale ich efektywność była daleka od zadowalającej, a koszty zbyt wysokie dla zwykłych użytkowników. Szum medialny wygasł. Ronald Reagan kazał zdemontować panele Cartera. Rewolucja wyglądała na martwą.
Tyle że wcale nie była. Prace, po cichu, trwały i zaowocowały wtedy, gdy technologia okazała się najbardziej potrzebna. Cena paneli spadła z 106 dolarów za wat w 1976 r. do 38 centów w 2019. Gdy technologia dojrzała, a produkcja osiągnęła odpowiednią skalę, rewolucja stała się procesem niemal automatycznym. Dziś energia słoneczna jest najtańszą dostępną na światowym rynku.
Czy technologia nas zawiodła
Innym modelem opisującym nasz dysfunkcjonalny stosunek do technologii jest tzw. cykl szumu medialnego (hype’u) Gartnera, opracowany przez Jackie Fenn, byłą wiceprezes firmy consultingowej Gartner. Dzieli on „życie” technologii na kilka faz. Od jej opracowania, przez „szczyt nadmuchanych oczekiwań”, kiedy wszyscy widzą w niej największy wynalazek od czasu widelca, przez „wąwóz rozczarowania”, „stok oświecenia” po „płaskowyż produktywności”. Najpierw ponad miarę ekscytujemy się technologią, potem rozczarowujemy się nią i porzucamy, a potem jesteśmy zaskoczeni faktem, że zapomniana pojawia się ponownie „znikąd” i zmienia świat wokół nas.
Czasami odległość między pierwszym okresem ekscytacji a faktycznym wdrożeniem technologii może trwać dekady. Koronnym przykładem są tutaj elektryczne samochody. W pierwszych latach XX w. w USA auta elektryczne sprzedawały się lepiej niż spalinowe, a w Nowym Jorku czy Bostonie funkcjonowały wielkie sieci taksówkowe oparte wyłącznie na praelektrykach. Co więcej, posługiwały się rozwiązaniami, które dziś uchodzą za awangardowe: aby taksówki nie stały po próżnicy przy ładowarkach, ich baterie były wymieniane w kilka minut na w pełni naładowane.
Ten pierwszy boom nie przetrwał jednak kontaktu z rzeczywistością. Odkrycie wielkich złóż ropy w USA zbiło cenę paliwa do tak niskiego poziomu, że samochody spalinowe okazały się po prostu tańsze. A że o elektryczność poza wielkimi miastami było trudno, elektryczne samochody stopniowo, ale na długo przeszły do lamusa. Zostały niemal zupełnie zapomniane aż do lat 90. W 2022 r. stanowiły już jednak 14 proc. rynku.
Upadek wirtualnej rzeczywistości
Inne technologie wpadają w „wąwóz rozczarowania” raz za razem. Na przykład wirtualna rzeczywistość, pierwotnie opracowana jeszcze w latach 70. na potrzeby wojska, już kilkukrotnie przechodziła przez cykl hype’u Gartnera. Pierwsze prototypy z lat 60. były zbyt prymitywne, w latach 90. Nintendo Virtual Boy okazał się porażką z powodu słabej jakości obrazu, po roku 2012 VR wróciła jednak z przytupem (firma Marka Zuckerberga zmieniła swoją nazwę z Facebook na Meta, bo miała zamiar skupić się na wirtualnych światach i wpompowała w rozwój sprzętu i oprogramowania 36 miliardów dolarów). Mimo to szybko znów wpadła do wąwozu – jej rozwój zatrzymały niewygodne urządzenia i obojętność użytkowników. Co nie znaczy, że nigdy z tego wąwozu nie wyjdzie.
„Szczyt nadmuchanych oczekiwań” to jednak coś więcej niż tylko moment, w którym przeciętny czytelnik portali zaczyna marzyć o – dajmy na to – odrzutowych wrotkach. To moment, w którym do gry włącza się rój oportunistów i zwykłych cwaniaków, którzy próbują wykorzystać ekscytację, by wydoić inwestorów. I często odnoszą widowiskowy sukces.
Doskonałym przykładem – i przestrogą – jest tutaj firma Theranos, która zapowiadała wielki przełom w biotechnologii. Jej założycielka, Elizabeth Holmes, miała być prawdziwym objawieniem Doliny Krzemowej, reinkarnacją Steve’a Jobsa (do którego chętnie nawiązywała, np. pozując w charakterystycznym, czarnym golfie). Jej tajna technologia miała pozwolić w ciągu kilku godzin za pomocą jednej kropli krwi przeprowadzić pełną diagnostykę pacjenta, zdiagnozować jego schorzenia, a nawet wykryć markery nowotworowe. Firma zebrała od inwestorów takich jak Rupert Murdoch czy Larry Ellison ponad 700 milionów dolarów, po czym okazało się, że opracowana technologia jest w zasadzie zupełnie bezużyteczna, a sama Holmes dziś odsiaduje 11-letni wyrok za oszustwa.
Problem z futurologią
Wspomniany wcześniej Arthur C. Clarke twierdził, że nie przewidujemy prawidłowo przyszłości z dwóch powodów: braku wyobraźni i braku odwagi. Brak wyobraźni to niemożność dostrzeżenia potencjalnych zmian, brak odwagi – to strach przed ryzykiem, nawet gdy te zmiany widzimy.
Ale problemem jest też sama fantastyka. Oferuje nam wizje przyszłości, do których przyzwyczajamy się tak, że nie zauważamy nawet, iż ona już nadeszła – tylko w nieco innej formie, niż się spodziewaliśmy. Popkultura od dziesięcioleci karmiła nas choćby wizjami robotów służących, sprzątających, gotujących czy koszących trawę. I choć nikt z nas nie ma w domu androida, to w zasadzie takich lokajów faktycznie się doczekaliśmy. Autonomiczne odkurzacze, mopy, kosiarki czy różne wersje gotujących, inteligentnych maszyn robią dokładnie to samo, tylko nie rzucają się w oczy tak, jak dwunożna, metalowa maszyna krzątająca się w kuchni.
Wizje przyszłości zawodzą także często dlatego, że opierają się na istniejących trendach. Przekonaniu, że przyszłość będzie w zasadzie taka sama jak dzień dzisiejszy, tyle że z większą liczbą gadżetów. Tymczasem zmiany społeczne, technologiczne, środowiskowe, nawet polityczne wpływają na siebie nawzajem. Trudno jednak brać pod uwagę naprawdę przełomowe przemiany społeczne czy wydarzenia, które jeszcze nie nadeszły. W 2019 r., przed nadejściem pandemii, zapewne niemal nikt przecież nie sądził, że w zaledwie trzy lata później biura będą świeciły pustkami, a praca zdalna stanie się dla wielu z nas całkowitą normą.
Trudno nam też pojąć to, jak gwałtownie może zmieniać się tempo takich przemian. Że prawdziwe rewolucje następują tak, jak Hemingway opisywał bankructwo – „najpierw stopniowo, a potem nagle”.
Może wręcz pewnego dnia obudzimy się, a na niebie będzie roić się od latających taksówek. Zupełnie znikąd.
Nieudane prognozy
„Przewidywanie jest trudne, zwłaszcza jeśli idzie o przyszłość” – mówił jeden z twórców fizyki kwantowej, Nils Bohr. A futurolodzy, biznesmeni, lekarze i dziennikarze raz za razem potwierdzali jego opinię. Oto niektóre z ciekawszych prognoz, jakie pojawiły się w ciągu ostatnich 120 lat.
1903 – prezes Banku Oszczędnościowego Michigan odradza inwestycje w akcje Forda stwierdzając, że „koń z nami zostanie, podczas gdy automobil to zaledwie przelotna moda”.
1911 – Thomas Edison zapowiada, że wkrótce „prostym będzie przemienienie ciężarówki żelaznych sztab w czyste złoto”.
1955 – dr Lowry McDaniel przekonuje, że do 2000 r. ostatecznie zwalczymy przeziębienia.
1966 – „Time Magazine” przewiduje, że komputery niedługo zastąpią wszystkich poza prezesami, a 90 proc. populacji będzie wygodnie żyła z zasiłków, które miały dawać im rocznie 30-40 tys. dolarów dochodu (290-390 tys. dolarów w przeliczeniu na dzisiejszą wartość amerykańskiej waluty).
1967 – laureat Nobla w dziedzinie chemii Glenn T. Seaborg (odkrywca plutonu): „w XXI w. tam, gdzie w szafie na szczotki nie będzie robota, będzie tresowana małpa, która będzie sprzątać i pracować w ogrodzie”. Małpy miałyby też pełnić rolę szoferów, co jego zdaniem zmniejszyłoby liczbę wypadków samochodowych.
1995 – Robert Metcalfe, założyciel firmy 3Com (i wynalazca kabla Ethernet), stwierdza, że „internet niedługo zmieni się w spektakularną supernową i zawali w przyszłym roku”.
2005 – Ian Pearson, brytyjski futurolog: „stworzenie świadomego komputera o nadludzkiej inteligencji będzie możliwe przed rokiem 2020”.
2016 – Elon Musk zapowiada, że do 2022 r. może zacząć się kolonizacja Marsa.

Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















