Elon Musk nie przebierał w słowach. „Jeśli Donald Trump przegra wybory, mam przerąbane” – tak amerykański miliarder podsumował swoją sytuację podczas jednego z wywiadów. Uczynił to z szerokim uśmiechem. Potem jednak dodał poważniej: „Jak długi dostanę wyrok? Czy jeszcze zobaczę swoje dzieci? Nie wiem”.
Była to typowa dlań kombinacja autoironii, użalania się nad sobą i paranoi. Musk, który finansowo, propagandowo i logistycznie wspiera kampanię kandydata Republikanów, nie musi obawiać się zwycięstwa Kamali Harris. Bez względu na to, kto 5 listopada zostanie nowym gospodarzem Białego Domu, tak czy inaczej będzie musiał się z nim liczyć.
Musk, najbogatszy człowiek świata (z majątkiem wycenianym aktualnie na ponad 247 mld dolarów), od dwóch dekad inwestuje zwłaszcza w infrastrukturę internetu oraz w transport – kluczowe branże dla gospodarki USA. Dziś jego firmy są jeśli nie monopolistami, to na pewno kluczowymi graczami w tych sektorach.
Założyciel portalu LinkedIn Reid Hoffman, który w latach 90. XX w. razem z Muskiem zakładał serwis PayPal, w rozmowie z magazynem „The New Yorker” stwierdził: „Podejście Elona przypomina słowa króla Ludwika XIV: L’état, c’est moi. Państwo to ja”.
Krymski problem z Elonem Muskiem
Późnym latem 2022 r. armia ukraińska przygotowywała się do zadania ciosu rosyjskiej Flocie Czarnomorskiej, stacjonującej w Sewastopolu. Ukraińcy planowali, że kluczowym elementem uderzenia będą morskie drony. Do sterowania nimi zamierzali wykorzystać mobilne zestawy Starlink: łącząc się z satelitami, niemal od początku rosyjskiej inwazji zapewniają one łączność na froncie. Jednak pojawił się problem – należąca do Elona Muska firma SpaceX, która jest właścicielem Starlinków, odmówiła Ukraińcom dostępu do sieci na obszarze Krymu. To zniweczyło plan ataku.
SpaceX tłumaczyła, że jedynie zastosowała się do nałożonych przez USA sankcji, które zakazują jej prowadzenia działalności nad terytorium Federacji Rosyjskiej i także na okupowanym półwyspie. Sam Musk oświadczył natomiast, że Ukraina chciała, by jego firma „odegrała rolę w istotnym akcie wojny”, i że gdyby „dostał prezydencką dyrektywę, aby włączyć system, zrobiłby to”.
Słowa te wywołały złość w Kijowie, ale też ostrą krytykę w USA. Senatorka Elizabeth Warren wzywała nawet do wszczęcia śledztwa, by ustalić, „czy to rząd w Waszyngtonie prowadzi politykę zagraniczną, czy może jeden miliarder”.
Niedługo potem ukraińscy żołnierze odkryli, że gdy tylko udawało im się wyprzeć Rosjan z zajętego przez nich terenu, i gdy przekraczali dotychczasową linię frontu, zestawy Starlink już tam nie działały. Gdy informacje o tym dotarły do Pentagonu, do Muska z prośbą o interwencję zadzwonił Colin Kahl, podsekretarz stanu w Departamencie Obrony. „Choć Musk formalnie nie jest dyplomatą ani mężem stanu, uważałem za ważne, by traktować go jako takiego ze względu na jego wpływy” – powiedział później Kahl „New Yorkerowi”.
„Elon łykał wszystko, co mu mówił Putin”
Gdy nie wiadomo, o co chodzi, zwykle chodzi o pieniądze. W pewnym momencie Musk zagroził, że całkowicie odetnie Ukraińcom dostęp do swojej sieci satelitarnej, jeśli Waszyngton nie zacznie mu płacić za jej udostępnianie 400 mln dolarów rocznie. Podczas negocjacji, w których ostatecznie ustąpił, powiedział jednak coś, co wprawiło jego rozmówców z Pentagonu w osłupienie. „Odbyłem świetną rozmowę z Putinem” – stwierdził. „Wszyscy pomyśleliśmy: o rany, niedobrze” – opowiadał Kahl.
Później miliarder zaprzeczył, by rozmawiał z rosyjskim przywódcą o Ukrainie. Ale, jak wspomina Reid Hoffman, w tym samym roku, podczas poświęconej bezpieczeństwu konferencji w Aspen, to właśnie Musk apelował o rozpoczęcie negocjacji z Kremlem. Przekonywał, że „Putin chce pokoju”. Mniej więcej w tym czasie Musk opublikował też na Twitterze własny „plan pokojowy”, który zakładał oddanie Krymu Rosji i referenda, które miałyby zdecydować o przyszłych granicach Ukrainy. „Elon łykał wszystko, co mu mówił Putin” – twierdzi Hoffman.
Później Musk ogłosił także swój plan dla Tajwanu: zakładał przekształcenie wyspy w „specjalną strefę administracyjną”, czyli de facto wchłonięcie jej przez Chiny. Zapewne nie bez związku jest tu fakt, iż połowę wszystkich wytwarzanych na świecie tesli, elektrycznych samochodów firmy Muska, produkuje jego fabryka w Szanghaju.
Polityczne przebudzenie Elona Muska
Elon Musk, rocznik 1971, przez lata budował swój wizerunek genialnego wizjonera. Kogoś, kto dla dobra ludzkości popularyzuje elektryczne samochody, zabiega o stworzenie bezpiecznej sztucznej inteligencji i buduje kosmiczne rakiety, które zabiorą nas na Marsa.
Politycznie był przy tym w zasadzie nijaki. Jeszcze dekadę temu twierdził, że jest „pół Demokratą, pół Republikaninem”, a jego poglądy są „społecznie liberalne, ale fiskalnie konserwatywne”. Jak większość bogaczy z kalifornijskiej Doliny Krzemowej – zagłębia technologicznego USA – dawał przy tym do zrozumienia, że głosuje na Demokratów: w roku 2008 i 2012 na Baracka Obamę, w 2016 r. na Hillary Clinton, a w 2020 r. na Joego Bidena. Jednocześnie finansowo wspierał obie główne partie w USA niemal po równo.
Powiedzieć więc, że ostatnio Musk się zmienił, to nic nie powiedzieć. Nie chodzi tylko o to, że wpompował w kampanię Trumpa 75 mln dolarów – co sprawia, że inni darczyńcy, uważani dotąd za hojnych, a przekazujący zwykle w okolicy miliona, wypadają przy nim blado.
W istocie pomoc, jakiej Musk udziela Trumpowi, jest znacznie większa. Do Muska należy platforma X (dawniej Twitter). Na własnym profilu ma on tutaj 200 mln obserwujących, których regularnie bombarduje propagandą na rzecz Trumpa. Charlie Warzel, komentator magazynu „The Atlantic”, twierdzi, że Musk i jego X stali się „najbardziej znaczącym węzłem w systemie informacyjnym Partii Republikańskiej”. Warzel ocenia, że są dla wyborców Republikanów tym, czym Rupert Murdoch i Fox News byli podczas poprzednich kampanii: „cynicznymi manipulatorami, których maszyny propagandowe pompują kłamstwa do amerykańskiego politycznego krwiobiegu”.
Debata publiczna w stylu Muska
Chodzi nie tylko o to, że Musk publikuje na platformie X jakieś sfałszowane wideo czy zdjęcia, które mają kompromitować Kamalę Harris (skrytykowany, tłumaczy później, że to tylko „satyra”). Chodzi o to, że w ten sposób praktyka taka powszednieje, staje się czymś zwyczajnym. W efekcie to, co jeszcze kilka miesięcy temu w wykonaniu Muska wywoływało oburzenie, dziś powoduje zwykle wzruszenie ramion. Granica tego, co w dyskursie publicznym dopuszczalne, przesuwa się – powoli, ale systematycznie.
Przykład? Niedawno Musk twierdził, że tylko „mężczyźni alfa” o wysokim statusie społecznym są zdolni do właściwego podejmowania samodzielnych decyzji i z tego powodu tylko oni powinni być dopuszczeni do głosowania w wyborach. Również niedawno, tuż po drugiej, wrześniowej próbie zamachu na Trumpa, we wpisie na X pytał, ponoć żartem, dlaczego nikt nie próbuje zabić Bidena albo Harris.
Dla amerykańskiej demokracji niebezpieczne jest też rozpowszechnianie przez Muska teorii spiskowych. Bez względu na to, czego dotyczą – w mniej bądź bardziej zawoalowany sposób podważają zaufanie obywateli do państwa.
I tak, w ostatnich miesiącach Musk wielokrotnie dawał do zrozumienia, że wierzy w „wielką wymianę”, czyli że „elity” zamierzają zastąpić białych mieszkańców Zachodu imigrantami. Powtarzał też kłamstwa, że Demokraci sprowadzają do USA nielegalnych migrantów, aby ci zapewnili im zwycięstwo w wyborach.
Wirusy radykalizują miliardera
Zakładając, że Musk wierzy w to, co wypisuje, można się zastanawiać: jak wizjoner-biznesmen, ten „pół-Demokrata, a pół-Republikanin”, znalazł się w tym właśnie miejscu?
Walter Isaacson, autor biografii Muska, twierdzi, że zapalnikami do przemiany Muska mogły być dwa wydarzenia: jedno globalne, drugie bardzo osobiste.
Pierwsze – to pandemia. 6 marca 2020 r., gdy covid rozlewał się już poza Chiny, Musk napisał na ówczesnym Twitterze: „Panika koronawirusowa jest głupia”. Potem podawał w wątpliwość takie działania jak dystansowanie społeczne. Twierdził, że dzieci są odporne na wirusa. 19 marca prorokował, że do końca kwietnia liczba zgonów na covid spadnie w USA do zera (tymczasem do końca 2020 r. zmarło ponad 300 tys. Amerykanów).
Jedną z przyczyn, dla których głosił te brednie, mógł być jego własny interes: zapewne nie chciał, aby zatrzymano pracę w fabrykach Tesli, które mogły się przez to znaleźć w poważnych tarapatach finansowych.
Drugim wydarzeniem, które mogło go zmienić, miała być tranzycja jego dziecka. Od kwietnia 2022 r., czyli od dnia 18. urodzin, Xavier Musk nazywa się Vivian Jenna Wilson. „Nie chcę mieć już żadnych związków z moim biologicznym ojcem” – oświadczyła w sądzie Wilson.
Claire Boucher – piosenkarka posługująca się pseudonimem artystycznym Grimes, która była wówczas partnerką Muska – powiedziała Isaacsonowi, że „nigdy wcześniej nie widziała, by cokolwiek tak złamało mu serce”.
W lipcu 2024 r., w wywiadzie z kanadyjskim psychologiem i prawicowym komentatorem Jordanem Petersonem, sam Musk oświadczył: „W zasadzie… mój syn nie żyje, zabił go ideologiczny wirus wokeizmu, więc ja poprzysiągłem zniszczyć tego wirusa. I robimy w tym pewne postępy” (Musk użył tu słów woke mind virus, co można też swobodnie przełożyć: wirus postępowej wojny kulturowej).
Odpowiadając Muskowi, Wilson napisała serię postów na Threads (to serwis konkurencyjny dla Twittera/X), w której wytykała mu, że był złym ojcem. „On nie wie, jaka byłam jako dziecko, ponieważ po prostu go ze mną nie było, a w tych krótkich okresach, gdy się pojawiał, byłam bezlitośnie nękana za moją kobiecość i queerowość” – napisała.
Grimes, która w międzyczasie rozstała się z Muskiem i walczy z nim w sądzie o prawa rodzicielskie do ich trojga dzieci, jednoznacznie poparła Wilson.
Próżność ukoronowana zakupem Twittera
„Podczas koronacji Napoleon Bonaparte wyjął koronę z rąk papieża i sam ją sobie włożył na głowę, co miało symbolizować, że nie uznaje władzy ponad swoją własną. Elon Musk zrobił to samo, choć jego próżność sprawiła, że Napoleon wygląda przy nim jak skromny żołnierz z Korsyki” – tak Muska scharakteryzowała Hellen Lewis na łamach „The Atlantic”.
Jej analiza dotyczyła tego, jak Musk, oskarżając tradycyjne media o manipulacje faktami w sprawie lipcowego zamachu na Trumpa, sam trzyma się z daleka nie tylko od prawdy, lecz także od zdrowego rozsądku. Przy okazji ogłupiając wszystkich, którzy czytają jego wpisy.
Koroną, którą założył sobie na skronie samozwańczy „absolutysta wolności słowa”, był Twitter. Musk kupił go w 2022 r. za pożyczone 44 mld dolarów. Utrzymywał przy tym, że poprzedni właściciele platformy cenzurowali prawicę. W związku z tym wśród jego pierwszych decyzji było przywrócenie zawieszonych wcześniej kont, w tym Donalda Trumpa, brytyjskiego radykała Tommy’ego Robinsona czy influencera Andrew Tate’a (oskarżanego o gwałty i handel ludźmi).
Gdy reklamodawcy zaczęli się wycofywać z serwisu, Musk najpierw ich pozwał, a później polecił im, żeby poszli się – ujmując to innym słowem – samozadowolić.
Bańka informacyjna
Już wcześniej Musk był jednym z najpopularniejszych i wyjątkowo aktywnych użytkowników Twittera. O ile jednak w 2022 r. publikował średnio 29 postów dziennie, to teraz pojawia się ich prawie trzy razy tyle, a są dni, gdy publikuje ponad 150 razy na dobę.
„Lajkuje, odpowiada i wzmacnia treści o niskiej jakości, co sprawia, że dostaje więcej rekomendacji podobnych treści, co umacnia go w jego poglądach i opiniach. W skrócie: stworzył sobie komorę echową” – pisał w „Independent” prof. Sander van der Linden, psycholog społeczny z Uniwersytetu Cambridge. I dodawał: „Wygląda na to, że Musk nie zdaje sobie sprawy z tego, że radykalizuje sam siebie na własnej platformie”.
Na ostatniej prostej amerykańskiej kampanii, 5 października, Elon Musk pojawił się na wiecu wyborczym Trumpa w miejscowości Butler, w Pensylwanii – jednym z kilku „wahających się” stanów, gdzie mogą rozstrzygnąć się wybory. W tym samym miejscu, gdzie w lipcu zamachowiec postrzelił byłego prezydenta w ucho. Przemawiając do zebranych, Musk przekonywał, że jeśli Harris wygra, „będą to ostatnie wolne wybory w Ameryce”.
Nie tylko Musk zmienił poglądy
Kalifornijska Dolina Krzemowa była dotąd nie tylko oazą innowacji, ale też bastionem liberalizmu. Gdy w 2016 r. Trump wygrał wybory, Sam Altman, współzałożyciel OpenAI, napisał na Twitterze, iż wydaje się to „najgorszą rzeczą”, jaka przytrafiła mu się w życiu. Shervin Pishevar, jeden z twórców Ubera i Airbnb, wynik ten nazwał horrorem.
Ale dziś nastroje się zmieniają. Wprawdzie – jak zauważa w komentarzu dla „Le Monde” Kara Swisher, która obserwuje trendy w Dolinie – sympatie dla Demokratów wciąż dominują (OpenSecrets, organizacja śledząca przepływy finansowe w polityce, ustaliła, że 80 proc. datków ze start-upów Doliny Krzemowej trafiło w tym roku do sztabów Harris). Przybywa jednak zwolenników kolejnej prezydentury Trumpa. Jest wśród nich wspomniany Pishevar. Jest Keith Rabois, jeden z pierwszych dyrektorów w PayPal i LinkedIn (w 2016 r. nazwał Trumpa „socjopatą” – dziś obiecał milion na jego kampanię). Są Marc Andreessen i Ben Horowitz, pionierzy internetu: na rzecz kampanii Trumpa przekazali po 2,5 mln dolarów i zapowiadają dalsze datki.
Dlaczego zmienili poglądy? „Biden jest najgorszym prezydentem mojego życia” – twierdzi miliarder Vinod Khosla, jeden z najbardziej wpływowych inwestorów venture capital (to inwestycje w początkujące firmy). Biden zapowiada, że do końca kadencji opodatkuje zyski kapitałowe stawką 25 proc. dla osób, których majątek przekracza 100 mln dolarów. Jego administracja walczy też z praktykami monopolistycznymi firm technologicznych (w toku są procesy m.in. Amazona, Mety, Google i Apple’a) i chce ściślejszej kontroli rynku kryptowalut – gdy np. Horowitz zainwestował w tym sektorze 8 mld dolarów.
Tymczasem Trump zapowiada, że jeśli wygra, obniży podatki i ograniczy regulacje.
Kim jest nowy przyjaciel Elona Muska?
Dla tych, którzy „nawrócili” się na poparcie dla Trumpa, swego rodzaju guru jest Peter Thiel. Ten 57-letni dziś absolwent filozofii Uniwersytetu Stanforda i miłośnik „Władcy pierścieni”, wbrew ostracyzmowi Doliny Krzemowej popierał Trumpa już w 2016 r.
Posiadając majątek wart 10 mld dolarów, Thiel zajmuje dopiero 212. miejsce w rankingu najbogatszych ludzi świata. Ale w przypadku wygranej Trumpa będzie mieć wpływy nie mniejsze niż Musk. Historia jego powiązań i jego rosnącego wpływu na Republikanów może być pouczająca, także gdy idzie o przyszłość Muska, tę już polityczną.
20 lat temu Thiel i Musk wspólnie zbudowali serwis PayPal, który zrewolucjonizował płatności online. Jednak fortunę Thiel zrobił dopiero na Facebooku: w 2004 r. kupił 10 proc. jego akcji za 500 tys. dolarów, aby po ośmiu latach sprzedać je za miliard. Inwestował też w Airbnb, LinkedIn czy Spotify, a ostatnio w kryptowaluty. W 2004 r. stworzył też Palantir Technologies, która umożliwia analizę danych w sieci m.in. po to, aby śledzić poczynania konkretnych osób objętych śledztwami (jednym z pierwszych inwestorów w Palantir był In-Q-Tel, fundusz inwestycyjny amerykańskich agencji wywiadowczych).
Mimo tych sukcesów, w Dolinie Krzemowej Thiel długo uważany był za dziwaka, bo angażował się w projekty powiązane ze skrajnymi konserwatystami i libertarianami. Jednym z takich projektów był Seasteading Institute: think tank planujący budowę unoszących się na oceanach miast nieobjętych jurysdykcją żadnego kraju, by najbogatsi mogli żyć tam według kształtowanych przez siebie praw.
Thiel inwestuje w wiceprezydenturę Vance’a
W 2009 r. Peter Thiel opublikował manifest pt. „Edukacja libertarianina”. Przekonywał w nim, że demokracja i wolność nie idą w parze, a wyborcom nie wolno powierzać istotnych decyzji. „Od 1920 r., gdy drastycznie zwiększono liczbę osób objętych pomocą społeczną i nadano prawa wyborcze kobietom, (...) »demokracja kapitalistyczna« stała się oksymoronem” – pisał. W ostatnich latach zaczął jednak angażować się w politykę mocniej niż poprzez pisanie manifestów czy fundowanie think tanków. Pompował pieniądze w kampanie konserwatywnych polityków Partii Republikańskiej, takich jak Orrin Hatch czy Ted Cruz.
Jego najlepszą inwestycją może być jednak J.D. Vance, dziś kandydat Republikanów na wiceprezydenta. To Thiel dał młodemu wówczas absolwentowi prawie 100 mln dolarów na założenie funduszu inwestycyjnego w Dolinie Krzemowej, a dwa lata temu sfinansował jego kampanię w wyborach do Senatu USA. To również Thiel pośredniczył w spotkaniu Trumpa z Vance’em w 2021 r., co miało kluczowe znaczenie dla współpracy obu polityków (wcześniej Vance nazywał Trumpa „amerykańskim Hitlerem”).
Jeśli duet Trump–Vance zdobędzie Biały Dom, jakie Thiel będzie miał z tego korzyści? Zainteresowani milczą.
Czy Donald Trump jest na sprzedaż?
Więcej wiadomo o ewentualnych profitach dla Elona Muska.
Donald Trump już zapowiedział, że w razie wygranych wyborów może powołać go na przewodniczącego komisji, która zajmie się „usprawnianiem efektywności” amerykańskiej administracji (czyli zapewne będzie ciąć wydatki i znosić regulacje). Ponadto jeśli Trump wygra, Musk może zarobić dodatkowe miliardy: nowa administracja mogłaby przyznać kontrakty dla SpaceX na rozwój technologii kosmicznych albo rozwijać korzystny dla Tesli rządowy program wsparcia samochodów elektrycznych.
Mary Trump, bratanica byłego prezydenta, która od lat nie szczędzi mu przytyków, widzi to nieco inaczej. „Donald Trump zawsze był na sprzedaż” – napisała w sieci, dodając: „Biorąc pod uwagę tę regułę trwającą od dziesięcioleci, nie można być zaskoczonym, że najbogatszy faszysta świata (...) byłby zainteresowany zakupieniem kilku akcji człowieka, który chętnie sprzeda wszystko, co może. Od steków po bezpieczeństwo Ameryki”.
Można to oczywiście uznać za jadowitą złośliwość w wykonaniu bratanicy, wynikającą z rodzinnych waśni. Ale faktem jest, że po tym, jak Musk oficjalnie poparł jego kandydaturę, Trump ogłosił, iż popiera auta elektryczne. Choć wcześniej utrzymywał, że ich zwolennicy powinni „gnić w piekle”.
Amerykańska oligarchia
„Cały czas rozmawiamy o Putinie i jego przyjaciołach-oligarchach, ale z oczywistych powodów nie mówimy o oligarchii w USA” – mówił niedawno magazynowi „Mother Jones” senator Bernie Sanders, uważany za jednego z najbardziej lewicowych polityków Partii Demokratycznej.
Słowo „oligarcha” kojarzy się z nielegalnymi czy nieetycznymi działaniami. Zwykle używa się go w odniesieniu do biznesmenów, którzy próbują uzyskać nieformalny i wątpliwy wpływ na rządzących. Amerykanie wolą mówić o „liderach rynku pracy”, „mecenasach rozwoju gospodarczego” i „superdonatorach” kampanii politycznych. Mają też więcej ultrabogaczy niż jakikolwiek inny kraj. W 2022 r. w USA żyło niemal tysiąc miliarderów, podczas gdy w Chinach było ich niewiele ponad 350, a w Niemczech poniżej 200.
Tymczasem badanie, które w 2014 r. prowadzili prof. Martin Gilens z Uniwersytetu Princeton i prof. Benjamin Page z Northwestern University, wykazało, że interesy tej grupy od lat kształtują Stany w stopniu nieporównywalnie większym niż wola większości wyborców. Badacze obliczyli, że w latach 1981-2002 ustawy, które miały niskie poparcie wśród najbogatszych Amerykanów, wchodziły w życie w zaledwie 18 procentach przypadków. Natomiast te, które cieszyły się wśród nich największą popularnością, wchodziły w życie w 45 procentach przypadków.
„Kiedy większość obywateli nie zgadza się z ekonomicznymi elitami i zorganizowanymi grupami nacisku, zazwyczaj przegrywa. Nawet kiedy znaczna większość populacji domaga się zmian, zazwyczaj ich nie dostaje” – podsumowali badacze. O tym, który pomysł staje się prawem, decyduje więc wola oligarchów.
Musk i spółka: ambicje nowego pokolenia miliarderów
Jeszcze do niedawna amerykańscy miliarderzy skupiali się głównie na tym, by chronić swoje majątki. Ulgi podatkowe (pozwalające im „optymalizować” zobowiązania), zmiany w prawie spadkowym (chroniące dziedziczne fortuny) czy też ulgi, dzięki którym rząd dorzuca niemal połowę do „charytatywnych” datków – wszystko to można potraktować jako taką właśnie ochronę własnych interesów przez ludzi bardzo bogatych.
Tymczasem dziś wygląda na to, że nowe pokolenie miliarderów – tych, którzy dorobili się na dotcomach i internetowym boomie – chce iść znacznie dalej.
Jednak nawet Donald Trump nie ma wątpliwości w sprawie prawdziwych intencji ludzi wielkiego biznesu. Były prezydent wyraził to w wywiadzie dla Bloomberga: „Jeśli znasz się na polityce, to wiesz, że ktokolwiek przoduje w sondażach, dostaje od nich poparcie. Mógłbym mieć osobowość krewetki, a i tak wszyscy oni by do mnie przyszli”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















