Donald Trump będzie dyktatorem. Co do tego nie można mieć wątpliwości, przecież sam to zapowiedział na jednym z wieców wyborczych. Zastrzegł przy tym, że zostanie nim „tylko na jeden dzień”. Przez ten czas chce zrobić dwie rzeczy: zamknąć granice przed nielegalną migracją oraz „wiercić, wiercić i wiercić”. Z angielska: drill, drill, drill!
Trumpowi, który obejmuje urząd w poniedziałek 20 stycznia, chodzi o odwierty wydobywcze – te, z których tryska ropa i płynie gaz. Cena tych surowców odgrywa niebagatelną rolę w tym, ile płaci się za energię i za paliwo. To zaś wpływa na grubość portfela i samopoczucie Amerykanów.
Chcąc o nie zadbać, Trump oparł swoją kampanię na znanym w Stanach haśle „drill, baby, drill” – to slogan zwolenników intensywnego wydobycia paliw kopalnych bez oglądania się na klimat. W świecie Trumpa to właśnie węglowodory stanowią o bogactwie Stanów Zjednoczonych. Ich zwiększona produkcja ma spowodować, że wszystko będzie tańsze. Przede wszystkim dla konsumentów krajowych.
Tyle tylko, że taka polityka rzutować będzie na cały świat.
Jak USA wróciły do światowej czołówki producentów ropy i gazu
Na pierwszy rzut oka logiki Trumpowi odmówić nie można. Stany Zjednoczone to energetyczny gigant, silnie oddziałujący na globalne ceny surowców. To z amerykańskich szybów naftowych wypompowuje się najwięcej ropy na całym świecie. Waszyngton dzierży także miano największego eksportera LNG – gazu ziemnego w skroplonej formie, który na inne rynki dociera drogą morską.
Odzyskanie statusu węglowodorowej superpotęgi to dla USA kwestia ostatnich kilkunastu lat. Rozpoczynając w 2008 r. „rewolucję łupkową” – a więc inicjując masowe wydobycie za pomocą szczelinowania hydraulicznego – Amerykanie skokowo zwiększali produkcję ropy. W ciągu 15 lat poziom średniego wydobycia w USA wzrósł 2,5-krotnie, osiągając pułap 13 mln baryłek dziennie w 2023 r. Tym samym Stany prześcignęły dwóch najpoważniejszych naftowych konkurentów: Rosję i Arabię Saudyjską.
Z kolei tytuł najpotężniejszego eksportera LNG to sprawa jeszcze świeższa. W 2024 r. to z amerykańskich terminali odprawiono najwięcej tego paliwa. Tym samym Stany pokonały dotychczasowych liderów: Australię i Katar.
W ślad za tą gigantyczną ilością zbiorników LNG i baryłek ropy made in USA idzie także ogromna rola, jaką Stany odgrywają na świecie. To właśnie skroplony gaz zza oceanu pozwolił na poważne – choć wciąż niepełne – odcięcie się Europy od dostaw z Rosji. Natomiast amerykańscy producenci ropy w coraz większym stopniu wpływają na globalną podaż tego surowca, dyktując ceny i osłabiając globalną presję inflacyjną.
Arabia Saudyjska i kraje OPEC tracą pozycję na globalnym rynku
To krzyżuje plany niektórym z grona państw-udziałowców globalnego rynku energetycznego. Wzrost znaczenia Stanów jako producenta ropy jest o tyle istotny, że amerykańskie baryłki trafiają na rynek poza kontrolą Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC). To właśnie ta organizacja – na czele której stoi Arabia Saudyjska, ściśle współpracująca w tym obszarze z Rosją – koordynuje działania państw-członków OPEC (kraje z tej grupy odpowiadają za blisko 80 proc. całości globalnych rezerw ropy).
OPEC porównuje się często do kartelu, który monopolizuje rynek przez wprowadzanie limitów wydobycia ropy. Efektywność tych działań niwelują jednak kraje spoza tej grupy – poprzez zwiększanie własnej produkcji. Stany są tutaj najważniejszym graczem, ale dodatkowe baryłki trafiają na rynek również z Brazylii, Norwegii czy Kanady.
To zaś sprawia, że Arabii Saudyjskiej (ona dominuje w OPEC) coraz trudniej jest utrzymywać satysfakcjonującą cenę ropy.
W kontrze do Amerykanów, w 2022 r. kartel ogłosił cięcia w wydobyciu, aby powstrzymać spadek cen. Ta decyzja została pogłębiona kolejnymi redukcjami, przede wszystkim w wykonaniu Saudów – w ciągu dwóch lat Rijad obniżył produkcję z 11 mln baryłek dziennie do niecałych 9 mln pod koniec 2024 r. Przełożyło się to na utratę udziału krajów OPEC w rynku ropy, próżnię wypełniły bowiem baryłki spoza tej organizacji.
Frustrację na saudyjskim dworze zwiększa również to, że poszczególni członkowie kartelu toczą własną grę. Kazachstan i Rosja, choć współpracują z Saudami, to notorycznie produkują więcej, niż zobowiązali się oficjalnie.
Obniża to efektywność działań całej grupy – deklaracje OPEC o kolejnych redukcjach nie prowadzą już do poważnego wzrostu cen, bo rynek nie traktuje ich aż tak poważnie. W tej sytuacji organizacja działa ostrożnie, odkładając decyzję o zwiększeniu produkcji w obawie o dalsze spadki cen.
Zwiększenie wydobycia przez USA może zwiększyć presję na Kreml
Rosnąca pozycja Amerykanów to zła wiadomość dla każdego z członków OPEC. Jednak egzystencjalne wręcz zagrożenie stanowi dla jednego kraju – Rosji.
Spadek cen ropy to jedno z najpoważniejszych zagrożeń dla rosyjskiego budżetu – i stabilności władzy Putina. W założeniach rosyjskiego Banku Centralnego, w 2025 r. średnia cena ropy ma wynieść ok. 80 dolarów za baryłkę. Biorąc pod uwagę przecenę rosyjskiej ropy – spadek jej ceny to efekt zamknięcia zachodnich rynków – eksportowane z Rosji baryłki będą zatem sprzedawane po 70 dolarów.
Wprawdzie taka cena ropy pozwoli Rosji zbilansować budżet (i to przy założeniu, że ponad 40 proc. wydatków idzie na wojnę i aparat represji). Tyle tylko, że ta liczba może pozostać jedynie liczbą, nakreśloną w prognozach moskiewskich urzędów – tym bardziej, jeśli zapowiedzi Trumpa zostaną zrealizowane. Od września 2024 r. rosyjski surowiec jest sprzedawany za mniej niż 70 dolarów, niekiedy zbliża się do pułapu 60 dolarów za baryłkę.
Eksport poniżej tej ceny jest dla Rosji bolesny. Dopływ zagranicznej waluty staje się wówczas na tyle niski, że aby utrzymać kurs rubla, niezbędna jest wyprzedaż rezerw finansowych.
Oczywiście, Kreml może zdecydować się na celową dewaluację rubla dla zbilansowania budżetu. Taki ruch przyspieszy jednak inflację, uderzając w portfele Rosjan. Pośrednio komplikuje on również zdolność do prowadzenia wojny, choćby przez wyższy koszt importu komponentów do produkcji broni.
Zwiększenie amerykańskiego wydobycia nie tylko wpływa więc na życie Amerykanów i na pozycję Waszyngtonu, ale może stanowić kolejny element nacisku na Kreml.
Największe problemy z realizacją planu Trumpa
Pytaniem za milion, a nawet za miliardy dolarów jest jednak to, jak długo Waszyngton będzie w stanie utrzymać tempo wzrostu wydobycia ropy, umacniając tym swoją pozycję na rynku. Bo w 2024 r. amerykańska produkcja nie wzrastała już tak szybko jak wcześniej.
Spowolnienie to skutek wyeksploatowania amerykańskich łupków. Rosną koszty wydobycia surowca i nakład pracy z tym związany. To zaś przekłada się na rentowność przyszłych inwestycji. Wydobycie w USA wzrastało przez ostatnie 15 lat także dzięki temu, że w łupki opłacało się inwestować – właśnie za sprawą perspektywy wysokiej ceny ropy (i niskich stóp procentowych). Rewolucja łupkowa dokonywała się z udziałem małych i niezależnych firm, które ryzykowały swoim kapitałem, mając na horyzoncie obietnicę zysków.
Biznesowe kalkulacje uległy jednak zmianie, o czym świadczy trwający obecnie proces koncentracji rynku w USA. Mniejsze firmy wydobywcze są wykupywane przez gigantów, którzy mogą pozwolić sobie na ograniczenie produkcji w oczekiwaniu na lepszą cenę.
To największy problem z realizacją planu Trumpa w myśl hasła „drill, baby, drill”. W odróżnieniu od Rosji czy Arabii Saudyjskiej, w USA polityka energetyczna nie jest funkcją działania administracji, lecz przede wszystkim mechanizmów rynkowych. Wydobycie ropy w Stanach rosło niezależnie od partyjnej przynależności lokatora Białego Domu.
Deklarując odwrót od klimatycznych obostrzeń, Trump może faktycznie wpłynąć na osłabienie regulacji; może też wprowadzić ulgi podatkowe dla branży. To jednak wymaga czasu – ropa nie potanieje od razu, a inwestorzy będą czekać na realną zmianę.
Saudowie wywrócą energetyczny stolik?
Paradoksalnie, dla administracji USA problemem jest zarówno niska, jak i wysoka cena ropy. Drogi surowiec oznacza wzrost inflacji i cen benzyny. To powstrzymywało Amerykanów przed wdrożeniem surowszych sankcji na rosyjski eksport. Z drugiej strony, radykalna obniżka ceny ropy nie jest na rękę rodzimym producentom – wówczas wydobycie staje się dla nich nieopłacalne. Obniżenie ceny uderzy zatem nie tylko w rosyjski budżet, ale także w amerykańskie firmy naftowe.
Istnieje jednak szansa na to, żeby do takiej obniżki faktycznie doszło, choć wbrew woli Amerykanów. Stolik mogą wywrócić Saudowie – w wypadku, gdyby skończyła im się cierpliwość wobec krajów-oszustów wewnątrz OPEC i wobec rosnącej roli producentów spoza kartelu.
Część obserwatorów zauważa, że zainicjowana przez Saudów polityka obniżania wydobycia wewnątrz OPEC sprawiła, iż Arabia Saudyjska ukręciła na siebie bat. Zmniejszając własną produkcję, Saudowie sukcesywnie tracą rynek – w ciągu dwóch lat ich udział spadł z blisko 13,5 proc. do niecałych 11 proc. globalnego handlu ropą. Wzrost cen ropy nie rekompensuje im ponoszonych strat.
Na czym polega naftowa „opcja atomowa”
W tej sytuacji Saudowie mogą zdecydować się na to, co zrobili już w przeszłości: mogą zalać świat ropą. Ostatnim razem – czyli w 2020 r. – taki ruch skutkował spadkiem cen o jedną trzecią. Przykładając tamtą sytuacją do dzisiejszych realiów, podobny ruch Saudów oznaczałby obecnie obniżkę cen do poziomu ok. 50 dolarów za baryłkę.
W takim scenariuszu oberwą wszyscy. Amerykanie będą zmagać się z nierentownym biznesem, a Rosjanie z budżetem. Natomiast dla Saudów taka sytuacja będzie stanowić rynkowe „sprawdzam”: niskie ceny wyeliminują konkurencję z innych krajów, a kiedy kurz opadnie, to Rijad – jako producent dysponujący możliwością szybkiego zwiększenia swojego wydobycia – zwiększy produkcję i odzyska utraconych klientów.
Taki scenariusz to byłaby jednak naftowa „opcja atomowa”. Zakładając utrzymanie dyscypliny wśród krajów OPEC, pozwoliłoby to na zwiększenie wydobycia przez kartel i oczekiwane zyski.
Czy Donald Trump pokona opór rzeczywistości?
Jednak rynek naftowy ma to do siebie, że kalkulacje ekonomiczne są często przesłaniane przez geopolityczne animozje i buńczuczne deklaracje. Do tej drugiej kategorii należy zaliczyć zapowiedzi nowego amerykańskiego prezydenta, które najprawdopodobniej napotkają na opór rzeczywistości. Nie brakuje więc dzisiaj tych, którzy twierdzą, że Trump boleśnie się z nią zderzy.
Warto dodać pewne zastrzeżenie: w przeszłości Donald Trump już wielokrotnie udowadniał, że jest w stanie pokonywać obiektywne przeszkody. Wiarę w niezłomność jego woli zdaje się na poważnie brać część rynku i ekspertów, którzy prognozują nadpodaż ropy na skutek wzrostu jej wydobycia w USA.
Ktoś tu musi się zatem mylić.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















