W murowanym inspekcie przy wejściu do klatki schodowej administracja spółdzielni mieszkaniowej sadziła każdej wiosny kolorowe bratki. Dzieciaki natychmiast ogałacały je z płatków, a okoliczni pijaczkowie ozdabiali tę martwą już naturę petami i pustymi flaszkami. Spółdzielni w końcu znudziła się ta zabawa i zamknęła od góry inspekt kamienną płytą, zamieniając go w ławeczkę, na której można teraz zebrać siły po wyprawie do sklepu albo złapać oddech przed wspinaczką na czwarte piętro. Przy takiej wysokości blok nie zasłużył na łaskę windy, a projektującym go w 1969 r. architektom nie przyszło do głowy, że ponad pół wieku później co trzecie z 29 mieszkań zajmować będą osiemdziesięciolatkowie.
Co piętro, to inny problem. Jak się żyje w bloku staruszków
Na parterze pod dwójką blisko 90-letni wdowiec, kiedyś właściciel dobrze prosperującego punktu prania pierza, większość dnia spędza w oczekiwaniu na wizytę mieszkającego opodal syna. Od dłuższego czasu nie opuszcza już mieszkania.
Pod dziesiątką na pierwszym piętrze pan Krzysztof, emerytowany tirowiec, od kilku lat walczy z ostrą cukrzycą. Osiemdziesiątka nie zwalnia go, jak podkreśla, z obowiązku aktywności, bo żyje dla wnuczki, która w Poznaniu robi karierę w balecie. Na klatce przy drzwiach parkuje więc chodzik i gdy tylko zdrowie oraz pogoda dopisują, wyrusza na spacer. Przed laty był najsroższym sędzią dzieciaków, które od rana do nocy darły mu się pod oknami. W pismach do spółdzielni domagał się nawet rozbiórki tego cholernego inspektu przed wejściem. Dzisiaj w bloku nie ma już prawie dzieci. Pan Krzysztof po spacerze siada więc przed klatką, wystawia spotniałą twarz ku słońcu i czeka na kogoś, kto pomoże mu wspiąć się z powrotem na pierwsze piętro.

Na drugim trwa za to wojna. 82-letnia pani Mieczysława spod piętnastki, dystyngowana wdowa po dyrektorze miejscowej poczty, po udarze mózgu straciła nieco na nienagannych dotąd manierach i zaciekle atakuje starszą od siebie sąsiadkę spod numeru trzynastego, której zdarza się coraz częściej zatrzasnąć drzwi z kluczem od środka. A co gorsza, także z obiadem wstawionym na gaz. „Ta wariatka spali nas żywcem” – żali się głośno napotkanym na klatce sąsiadom dyrektorowa. Czasem ubrana jedynie w halkę i rajstopy na żylaki.
Na trzecim piętrze pod siedemnastkę wprowadziła się ostatnio emerytowana nauczycielka. Najmłodsza w tym gronie, bo ledwie 76-latka, czas dzieli między parafialny chór, działkę pod miastem i syna mieszkającego we Wrocławiu, częściej więc jej tu nie ma, niż jest. Gdy wraca, zagląda na plotki do starszej o 9 lat Aliny, sąsiadki spod dwudziestki trójki. Ta do niedawna mieszkała z ponad 90-letnią siostrą, która przeszła dwa udary. W grudniu została sama. Trzeciego udaru siostra już nie przeżyła. Mieszkającej piętro niżej pani Zosi, niedawno owdowiałej, nie budzi już w nocy szuranie balkonika, z pomocą którego ponad 90-letnia pani Jadwiga mozolnie dreptała do toalety.
Z daleka słychać za to panią Teresę spod dwudziestki piątki, gdy ciężko dysząc schodzi z czwartego piętra. „Pełochape”, jak mówi, czyli przewlekła obturacyjna choroba płuc (POChP), owoc trwającego ponad 60 lat romansu z papierosami, spłycił jej oddech. Pani Teresa ani myśli rozstawać się jednak z paleniem. Na balkon wystawiła plastikowe krzesełko i stoliczek turystyczny, które służą jej za palarnię, bo w mieszkaniu unika papierosów z myślą o wnukach. Dym z balkonu irytuje za to jej sąsiadkę, panią Ewę, lat 83. „Trzydzieści osiem lat męczyłam się z chłopem, który kopcił w mieszkaniu, a teraz pani tu smrodzi!” – wścieka się czasem lokatorka mieszkania numer 26.
„Pani Ewuniu kochana – chrypie w odpowiedzi pani Teresa. – A co mi zostało z radości życia?”.
Topografia klatki schodowej bloku numer osiem nie byłaby jednak kompletna bez kilku słów o lokatorce spod osiemnastki na trzecim piętrze, która mieszka tu nieprzerwanie od narodzin, czyli już 54 lata. Starsi, pamiętający jeszcze jej rodziców sąsiedzi co dzień zwracają się do niej „pani Małgosiu”. – Ale wystarczy im w czymś pomóc, żeby od razu przeszli na czulsze „Małgoniu” – uśmiecha się Małgorzata.
Seniorzy i seniorki szukają kontaktu z drugim człowiekiem
Doświadczenie nauczyło ją, że jeśli chce na dziewiątą zdążyć do pracy, wychodzenie z domu musi rozpocząć już koło ósmej. Do urzędu ma niespełna kwadrans spacerkiem wzdłuż alei starych kasztanowców, które latem dają przyjemny chłód, a jesienią rozsypują jej pod nogami rudawo-złotą arabeskę. Dystans, który Małgorzata ma do pokonania każdego niemal ranka, trzeba jednak mierzyć bardziej w pionie niż w poziomie.
Przedwczoraj na przykład, opowiada, na schodach między pierwszym a drugim piętrem spotkała panią Alinę z trzeciego. Taszczyła zakupy w wózku na kółkach, odpoczywając na każdym półpiętrze. Małgorzata wniosła jej to pod drzwi, choć sąsiadka się upierała, że sama da radę. Porozmawiały chwilę pod drzwiami pani Ali, miała już lecieć dalej, ale wtedy z czwartego piętra zeszła pani Tereska i tubalnym głosem oznajmiła, że wybiera się do lekarza. Nie mogła zostawić jej samej, zeszły więc wspólnie na dół, a Małgorzata postała z nią jeszcze pod klatką, żeby się upewnić, że starczy jej oddechu na wyprawę do przychodni. Wtedy z zakupów przyszła pani Miecia. Czyli jeszcze jeden kurs, tym razem na drugie piętro i pięć minut kolejnej obowiązkowej pogadanki pod drzwiami, bo sąsiadki nie marnują takich okazji.
– Z mieszkania wyszłam pięć po ósmej. W pracy byłam ostatecznie za siedem dziewiąta – rozkłada ręce Małgorzata. – I tak praktycznie codziennie, o innej porze wyjść z domu nie mogę, bo do pracy mam na tę samą godzinę. Sąsiadki też mają swoje rutyny, choć niewykluczone, że planują niektóre obowiązki właśnie tak, żeby spotkać mnie niby przypadkiem. O pomoc żadna wprost nie poprosi. Dziewczyny mają honor.
Pomoc społeczna do bloku numer osiem nie zagląda. Całe 70-tysięczne miasto MOPS musi opędzić siedmioma pracownicami, więc żeby dostać wsparcie z gminy, trzeba leżeć plackiem i nie mieć na świecie nikogo, kto by mógł zapewnić pomoc. A sąsiadki Małgorzaty są wciąż na chodzie. Większość z nich ma też dzieci, tyle że mieszkające albo za granicą, albo w dużych miastach. Przyjeżdżają na święta. Albo gdy stanie się coś poważnego.
Pytanie, czy można by po prostu minąć sąsiadki z uprzejmym „dzień dobry”, Małgorzata przyjmuje więc ze zdumieniem. – Nie ma takiej opcji – ucina.
„Zostań, ile chcesz”. Siła lokalnej wspólnoty
Rok 1989. Ponure jesienne popołudnie. Od rana siąpi deszcz, osiemnastoletnia Małgorzata po szkole wraca więc prostu do domu. W progu wita ją podejrzana cisza. Mama o tej porze zwykle sprząta po obiedzie, słuchając radia. W ogóle źle się czuje w cichych pomieszczeniach. Dopiero wiele lat później dorosła Małgorzata zrozumie, że to przez ojca, który pewnego dnia po prostu zniknął z ich życia.
Nie czuć też zapachu ciepłego jedzenia. Dla mamy, która podczas wojny zaznała głodu, obiad to przecież świętość.
Narastający niepokój każe Małgorzacie ostrożnie zajrzeć do sypialni. Na wspomnienie reszty tamtego dnia złożą się już pojedyncze obrazy i sceny, jak kadry z surrealistycznego filmu.
Nienaturalnie wykrzywiona twarz mamy, która leży w łóżku zaplątana w kołdrę, jakby resztką sił próbowała się spod niej wydostać.
Zaciśnięte w pięść dłonie Małgorzaty, gdy wali po kolei do wszystkich drzwi na piętrze. I jej własny płacz, który niesie się po całej klatce.
Deseń bluzki pani Teresy, która tuli ją z całej siły, kiedy jacyś mężczyźni wynoszą ciało mamy na noszach. Plamki po deszczu na mundurze milicjanta, który zadaje pytania o godzinę powrotu dziewczyny do domu i upewnia się, czy w mieszkaniu nic nie zginęło.
Wieczorem pani Teresa z czwartego piętra postawi przed nią talerz z kolacją i kubek gorącej herbaty. – Zostań, ile chcesz – zaproponuje.
Do swojego mieszkania wróci dopiero po pogrzebie. Nazajutrz po ceremonii pełnoletnia Małgorzata wkroczy też, jak wspomina, w dorosłość bez okresu przejściowego. Ucząc się do matury, będzie musiała główkować, za co opłacić rachunki.
Studia? W rachubę wchodzą tylko zaoczne, łączone z pracą. Do magisterki Małgorzata zresztą nie dotrwa. „Łapie doła”, którego dziś nazwałaby depresją. Przestaje wychodzić z mieszkania. W tym trudnym momencie jedynym realnym wsparciem będą sąsiadki. Lokatorki bloku numer osiem tygodniowe wyżywienie Małgorzaty podzielą między siebie w niemal oficjalnym grafiku. Przez jakiś czas, jak kwoki, pilnują jej nawet na zmianę po nocach, żeby nie przyszło jej do głowy „coś głupiego”. A kilkanaście lat później, gdy partner Małgorzaty pójdzie w ślady jej ojca, pomogą jej jeszcze raz posklejać życie do kupy. Pani Alina będzie odbierać jej syna z przedszkola. Rower naoliwi mu pan Krzysztof. Na szkolnej akademii w rolę babci wcieli się pani Teresa. Pani Mieczysława będzie o to nawet zazdrosna.
– Można to też nazwać długiem wdzięczności, tyle że to nie samo zobowiązanie i nie tylko wdzięczność – tłumaczy Małgorzata. – Wśród tych ludzi czuję się po prostu bezpieczna.
Śmieci w korytarzu. Jak nowi lokatorzy dogadują się z seniorami
Wędrując w górę klatki schodowej bloku numer osiem, można łatwo rozpoznać, które mieszkanie od wielu lat nie zmieniło lokatorów. W tych niedawno zasiedlonych na drzwiach widnieje tylko numer. Pod dziesiątką, piętnastką, pod numerem 23 i piętro wyżej, na drzwiach mieszkań 25 i 26 wciąż wiszą wizytówki z imionami i nazwiskami lokatorów. Klauzule RODO przegrały tu nierówny bój ze wspomnieniami lokatorek. Wymieniony z nazwiska Stanisław nadal jest z Aliną pod numerem 23. Krzysztof i Dorota, również pod nazwiskiem, koegzystują pod dziewiątką. Z Mieczysławą spod piętnastki nadal zameldowany jest pan Stefan, u którego przed laty antyszambrowała cała okolica, w nadziei, że załatwi przydział na telefon. Na najstarsze wizytówki nie wdarły się nawet współczesne normy poprawności, które lokatorkę nakazywałyby wymienić przed lokatorem.
Małgorzata na swoich drzwiach również zawiesiła wizytówkę. Jak twierdzi, w akcie solidarności ze starszym pokoleniem, które w ten sposób wyraża też, być może podświadomie, zaufanie do sąsiadów. Na kartoniku wsuniętym w przezroczystą ramkę widnieje jednak tylko jej imię i nazwisko. Swoich wyborów nie chce, jak mówi, narzucać nastoletniemu już synowi.
Kuba coraz częściej wyręcza ją za to w tej części sąsiedzkich obowiązków, w których Małgorzata nie czuje się najlepiej. Owszem, zawsze chętnie pomoże w zakupach, doradzi, jak wypełnić wniosek do urzędu, ale w starciu z routerem Wi-Fi czy bebechami smartfona czuje się czasem tak samo bezbronna jak osiemdziesięciolatki. – Mamy więc nieformalną umowę, że akurat w sprawach technologii sąsiadkom wypada poprosić o pomoc. W innych za żadne skarby się nie przyznają, że jej potrzebują. Trzeba je zapytać. Kiedyś usłyszałam podejrzane hałasy na czwartym piętrze. Pukam do pani Ewy. W końcu otwiera, cała w pyle. Wyciągnęła starą wiertarkę męża i próbowała przewiesić półkę w łazience.
Klatka schodowa w starym bloku z wielkiej płyty to żywy organizm, który troszczy się o swoich mieszkańców. Nie ma tu miejsca choćby na niezdrową anonimowość, jaką zapewniają bezduszne nowoczesne apartamentowce. Ściany przenoszą każde skrzypnięcie krzesła o podłogę, głośniejsze chrząknięcie, wymianę zdań. Płacz bitej kobiety też nie przejdzie niezauważony przez którąś ze starszych pań, nawykłych do tego, że do sąsiada wolno zapukać w każdej sprawie i niemal o każdej porze. A tym bardziej gdy dobiegają od niego podejrzane odgłosy.
Ci nowi, jeszcze nieprzyzwyczajeni do panujących tu zwyczajów, są nimi zmęczeni i poirytowani. Najbardziej wkurzają się o worki ze śmieciami, które kilka sąsiadek zwykło wystawiać wieczorem na klatkę schodową.
– Ostatnio nowi na drugim piętrze zrobili o to awanturę pani spod trzynastki – wspomina Małgorzata. – Przy pierwszej okazji zaczepiłam ich i wyjaśniłam, że sąsiadka nie robi tego ze złośliwości. Boi się, że idąc rano na zakupy, zapomni śmieci i będzie musiała wyjść z domu po raz drugi.
Kilka tygodni po tej rozmowie sąsiad z drugiego piętra, wynosząc wieczorem śmieci, zapukał do staruszki obok i zabrał także jej worki. – W tym tempie – żartuje Małgorzata – za miesiąc lub dwa powiesi na drzwiach wizytówkę.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















