Zakręć globusem, wskaż po omacku jedno miejsce na świecie, a z dużym prawdopodobieństwem – nieważne, czy chodzi o Koreę, USA, Polskę, czy Wielką Brytanię – trafisz na podobną historię o toksycznym koktajlu, który zatruwa życie społeczne i koroduje międzyludzkie relacje. Badania wskazują, że rośnie odsetek młodych ludzi, którzy skarżą się na samotność, spada zaś odsetek tych, którzy budują związki, tworzą pary lub choćby w ogóle uprawiają seks. Towarzyszy temu większa polaryzacja płci – czyli niespotykany we wcześniejszych dekadach rozjazd preferencji politycznych mężczyzn i kobiet. W niektórych krajach wykres zadowolenia z życia zaczyna przypominać rozłożoną na osi czasu odwróconą literę U. To znaczy, że w skali całych społeczeństw obserwujemy – zamiast kryzysu wieku średniego! – kryzysy wieku młodzieńczego i podeszłego. Jeśli zaś jakaś miara stabilnie rośnie, to czasu spędzanego w domu czy mieszkaniu. Niekoniecznie bez kontaktu z innymi – ale nie bezpośrednio, tylko poprzez ekran smartfona, monitora albo telewizora. Komfort własnych czterech ścian nie tylko nie zbrzydł nam po pandemii Covid-19, ale być może to okopanie się w bezpiecznej twierdzy, na cyfrowy dystans od innych, naprawdę przypadło nam do gustu.
Byłoby czymś dziwnym, gdyby to akurat ludzie mieszkający w dużych aglomeracjach, aktywni zawodowo lub studiujący, wykształceni, posiadający kompetencje cyfrowe oraz środki do tego, by oddawać się rekreacji i uczestniczyć w kulturze, doświadczali samotności w największym stopniu. A jednak to właśnie mówią badaczom – choćby w Polsce, gdzie według CBOS to właśnie takie osoby częściej skarżą się na samotność.
Być może zjawisko, o jakim tu mowa, to jednak coś nieco innego niż „samotność”. Raczej „odosobnienie z wyboru”. Czyli rozgoszczenie się w świecie cyfrowych usług, które uczyniły z życia z dala od innych kuszącą, wygodną i niewymagającą alternatywę. W porównaniu z nimi życie offline zdaje się coraz większej rzeszy osób trudne, pełne nieprzyjemności i niebezpieczeństw, zbyt wolne i obojętne na naszą potrzebę natychmiastowej gratyfikacji.
Dlaczego o tym piszę? Bo gdy redaktor zapytał, co mnie cieszy – w pierwszym odruchu podałem odpowiedzi związane z cyfrowym eskapizmem: rower i góry. Po namyśle jednak uznałem, że chodzi mi tak naprawdę o coś innego. Nawet w górach i na kolarskiej eskapadzie jesteśmy przecież istotami cyfrowo społecznymi. I nęci nas pokusa udokumentowania piękna natury czy sportowych emocji za pomocą zdjęć i nagrań na tych samych platformach cyfrowych, od których rzekomo uciekliśmy, z dala od własnego home office i zasięgu sieci komórkowej. To, co mnie zatem cieszy tak naprawdę, ma związek z pokoleniowym momentem, w jakim te technologie zdominowały nasze życie.
Uważam, że jako milenialsi mieliśmy szczęście zobaczyć lepszą stronę cyfrowej rewolucji. A nawet może jej dwie lepsze strony. Jako dzieciaki późnych lat 90. i początku XXI wieku dorastaliśmy w czasach, kiedy gry wideo i internet nie istniały jeszcze w oderwaniu od społecznej infrastruktury, same dla siebie. To znaczy, że jedyny kolega na osiedlu, który miał wypalarkę płyt CD (podobnie jak wcześniej ten jeden, który miał amigę; potem ten, który miał cyfrowy aparat i drukarkę; albo ten, który miał dostęp do szybkiego łącza), cieszył się specjalnym prestiżem. I to do niego trzeba było pielgrzymować, aby dosłownie kserować internet.
I pewnie dlatego bardzo rezonuje we mnie uwaga Ta-Nehisi Coatesa, który napisał kiedyś, że przeżył dzieciństwo w czasach, w których gdy nie zobaczyło się czegoś na żywo, w czasie rzeczywistym – koncertu, meczu czy medialnego skandalu – to jakby nie zobaczyło się go wcale. Coates opłakiwał ulotność, której przepastne i wciąż rosnące archiwum wszystkiego w sieci położyło kres.
Nasza generacja miała już dostęp do coraz większych ilości cyfrowych rozrywek i bogactwa kultury w sieci. Ale aby „zobaczyć powtórkę” – czy raczej uzyskać piracką kopię – filmu czy meczu, musieliśmy uruchomić całą maszynę społecznych kontaktów i koleżeństwa. Nie tyle dojrzewając w internecie, co z nim – jako wydzieloną i podporządkowaną innym porządkom częścią życia. Idea, że ktoś robi coś tylko na potrzeby swojej cyfrowej osobowości, szukania prestiżu w świecie online albo dla niepoliczalnej waluty lajków, nie istniała. Cyfrowe możliwości i koneksje były zaś warte tyle, na ile mogły przydać się w świecie offline – a nie odwrotnie. Wybór wirtualnej gratyfikacji ponad rzeczywistą byłby uznany za dziwactwo.
Później zaś, w czasach studenckich, kiedy platformy cyfrowe cementowały już swoją dominację, a coraz większa część życia przenosiła się do sieci, nie były one na tyle silne i atrakcyjne, by unieważnić lata socjalizacji w świecie epoki przedsmartfonowej. A na tyle atrakcyjne, by – przy całej zasłużonej krytyce, jaka je spotyka – uczynić życie atrakcyjniejszym. I uchylić szeroko drzwi do światowej kultury i wszech-archiwum, którego nie miał młody Coates oraz o dekadę młodszy ja.
Z dzisiejszej perspektywy to zresztą były i tak czasy ich – to znaczy mediów cyfrowych i platform – niewinności. Bez panik fejk newsów i dezinformacji, uzależniających nas od ekranów pętli dopaminowych oraz zalewu algorytmicznie generowanego ścieku treści, o które nikt nie prosił.
Jeśli więc jest coś, co mnie cieszy w dobie samotności z wyboru i zamknięcia w cyfrowych twierdzach własnych czterech ścian, to fakt, że doświadczyłem życia – i on-, i offline – gdy mieliśmy lepsze opcje.
Jakub Dymek jest kulturoznawcą i publicystą, współtwórcą podkastu „Dwie lewe ręce”. Z „Tygodnikiem” współpracuje od 2017 r.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















