Ludzie wychowani w internecie dziwili się niedawno ogłoszeniom z kącików towarzyskich typu „poznajmy się”, publikowanych w prasie drukowanej, a później także w Telegazecie. Zdumienie budziła przede wszystkim nietypowa w czasach RODO niefrasobliwość w ujawnianiu pełnych adresów zamieszkania, ale także gotowość do podjęcia ryzyka, by poznać kogoś poprzez odręcznie zapisaną kartkę, na którą trzeba było się nieraz naczekać. A tak było – w moim przypadku listom towarzyszyły nawet muzyczne składanki na kasetach i inne upominki.
Stare kąciki ogłoszeniowe przypominają, że samotność ani czucie się outsiderem to nie jest żaden nowy wynalazek. Nie warto wierzyć w podmalowane różową mgiełką opowieści o tym, że każdy miał kumpli z podwórka.
Patrząc po dzisiejszych dorosłych, których znam przecież całkiem sporo – możliwość zawarcia przyjaźni np. w szkole to rzadki luksus, młodzież często łączy tam tymczasowa wspólnota niedoli, która rozwiązuje się niebawem po tym, jak sytuacja wyjściowa mija. Wielu pewnie i przed laty przechodziło przez młodość bez żadnej bratniej duszy. A przyjaźni albo chociaż sympatii pozarodzinnych potrzeba, by poznać inny rodzaj zaufania, by nie zmienić się w człowieka zastrachanego i nieufnego, a czasem by nie zapaść się w sobie.
Spotkania offline będą nowym luksusem?
Czytam prognozy przemian w kulturze i życiu społecznym przygotowywane przez tych, którzy starają się mieć oczy dookoła głowy i całą dobę spożywają cyfrową paszę. Czujni badacze powtarzają ostatnio, że nowym luksusem i przedmiotem pożądania będą spotkania offline i takież społeczności, i że ludzie będą spotykać się na żywo w klubach. No wszystko ładnie, pięknie, ale większość świata to nie jest Nowy Jork ani nawet Kraków, tylko coraz bardziej monotonne trasy: szkoła, praca, dom, sklep z owadem, sklep z płazem i cześć. I jeśli ktoś nie zdążył poznać przyjaciół do tej pory, w świecie lub np. w internecie, to na te domniemane „klubowe społeczności” może sobie popatrzeć co najwyżej z daleka przez szybkę, jak na dobra z Peweksu.
Dawniej rodzice mogli mówić samotnym dzieciom: „spróbuj wyjść do ludzi”, bo i wyjścia, i ludzie byli w zasięgu ręki, więc wydawało się to co najwyżej kwestią dobrej woli. Dziś nasze miejscowości i pojedyncze życia przypominają coraz mocniej proces dostawy paczki kurierskiej, szybko i efektywnie od punktu a do b, bez postojów po drodze i rozglądania się na boki.
Do tego postępująca „międzymieścizacja” Polski, czyli domki zadbane i przytulne, ale położone w szczerym polu, będzie miała konsekwencje, gdy dzieci osiedlonych tu milenialsów osiągną wiek ponadpodstawówkowy. Te procesy programują nas do życia maksymalnie w małej rodzinie, bez uczestnictwa osób trzecich, bez wpadania na kogoś przypadkowo.
W tak zorganizowanym świecie trudno rówieśnikom poznać się np. na kółku modelarskim (bo trzeba dotrzeć do najbliższej większej miejscowości), ale nawet poświęcać się typowo nastoletnim aktywnościom w rodzaju snucia się bez celu. Nie ma bowiem ani gdzie się snuć (pod centrum logistycznym czy wzdłuż ekranów dźwiękochłonnych?), ani z kim.
Internet przez wiele lat ratował przed samotnością, dostarczając możliwości poznania „swoich” i przejścia do znajomości offline, by snuć się razem. Teraz takich możliwości będzie mniej, bo pewna wersja internetu, ta zwana społecznościową (brzmi to coraz bardziej ironicznie), staje się nieciekawa i przede wszystkim wyludniona. Zaczyna ciążyć na niej śmiercionośne piętno żenady.
To jak ludzie będą trafiać na siebie? Bo że będą chcieli i potrzebowali, nie mam wątpliwości (nie, czatbot nie wystarczy, tak jak nie wystarczał wymyślony przyjaciel, pamiętnik, zwierzanie się idolowi lub postaci z kreskówki). Cofnięcie się o kilka pól nikomu się nie uśmiecha, niestety czasem się zdarza, o czym lubi uczyć dystopijna literatura i kino.
W powieści „Ściana” Marlen Haushofer bohaterka, która zostaje sama na Ziemi z psem, kotem i krową, ze znalezionych podręczników rolniczych uczy się od zera gospodarstwa. Może takie zapomniane źródła przydadzą się kiedyś do odbudowy „białkowej” sieci dla ludzi, w której zakłada się osobiste strony www i pisze do siebie prywatne maile.
Albo, oczywiście, listy przez kącik korespondencyjny. Tylko to wymaga jeszcze jednego „odzapomnienia”: w realiach drogich i szybko kończących się tuszów do drukarek trzeba będzie poćwiczyć na nowo umiejętność pisania ręcznie.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















