O czym śnimy? Odpowiedzi na tak intymne pytanie nie zawsze są szczere. Autorzy badania, o którym dalej, postanowili więc sprawdzić, o znaczenie jakich snów najczęściej pytano Google w języku polskim.
Wyniki okazały się zaskakujące. Najczęstszym nadwiślańskim snem, sądząc po statystykach zapytań wyszukiwarki, była ciąża. Na drugim miejscu – śmierć. Na trzecim zęby, a potem dziecko. Uczucie spadania, niemal obowiązkowa składowa sennych koszmarów, uplasowało się dopiero na piątej pozycji. Wśród najczęstszych zapytań nie pojawiał się za to wąż, który – sądząc po wpisach w innych językach – regularnie wpełza we śnie do głów mieszkańców praktycznie całego globu.
Wedle senników ciąża we śnie oznacza podświadome pragnienie zmiany, otwarcia nowego rozdziału w życiu, ewentualnie obawy przed nowymi obowiązkami, którym przyjdzie sprostać. Niektórzy tego typu wyjaśnienia przyjmują ze śmiertelną powagą. Jeśli identycznie potraktować również wyniki wspomnianego badania, które – ewidentnie dla marketingowej zabawy – zlecił w zeszłym roku serwis wynajmu nieruchomości Rentola, to trzeba przyznać, że idealnie wpisują się one w jeszcze jedno niemal powszechne polskie pragnienie.
Chcielibyśmy się w końcu porządnie wyspać.
Na zaburzenia snu w różnej formie cierpi co drugi Polak
Scenariusz pierwszy, ten najbardziej rozpowszechniony. Koniec dnia, powieki opadają ze zmęczenia. Z uczuciem ulgi wślizgujesz się pod kołdrę i... nic. Sen nie nadchodzi, mimo że jeszcze przed chwilą wydawało się, że wystarczy przyłożyć głowę do poduszki, by od razu odpłynąć. Uciekają kolejne minuty na daremnych próbach wymoszczenia optymalnej pozycji w łóżku, kontroli oddechu, liczeniu wyimaginowanych baranów, wspominaniu najprzyjemniejszych momentów w życiu. Im głębiej zaglądasz w siebie w poszukiwaniu snu, tym bardziej go tam nie ma. Głowę zajmują za to rozmaite natręctwa i obawy.
Scenariusz drugi. Nie wybiła jeszcze dziesiąta wieczorem, ale już śpisz. W ubraniu i w nienaturalnie poskręcanej pozycji, w fotelu, na skraju sofy czy gdzie jeszcze zastał cię moment, kiedy wyczerpany organizm odmówił posłuszeństwa. Za jakąś godzinę, może dwie ockniesz się z obolałym karkiem albo zbudzi cię partnerka lub partner z czułą sugestią, że czas do łóżka. Resztę nocy spędzisz już z głową na ulubionej poduszce, ale i telefonem w dłoni, próbując zapełnić pustkę bezsennej nocy. Zaśniesz nad ranem, z wyczerpania, ale nie na dość długo, by wreszcie wypocząć. W kolejny dzień znów wejdziesz z piachem pod powiekami i dudnieniem w głowie. Aż do wieczora, gdy sen ponownie zaatakuje znienacka.

Wreszcie wersja trzecia. Słoneczne popołudnie. Przy stole w sali konferencyjnej trwa właśnie narada zespołu, ale myślami jesteś gdzie indziej. O tym, że nieoczekiwanie zasnąłeś, podpowiedzą ci dopiero współpracownicy, o ile nie ockniesz się na podłodze obok krzesła i wtedy to ty będziesz się tłumaczyć. Nie pomagają kolejne kawy, ocucające spacery wokół biura.
Sen atakuje w najbardziej nieodpowiednich chwilach. Gdy próbujesz go obłaskawić krótką drzemką w ciągu dnia, nie okazuje zrozumienia i od razu kradnie ci kilka godzin. Krzyżuje plany, pozbawia radości życia, ośmiesza. Irytuje – bo przecież w nocy też śpisz jak kłoda. Od lekarza, u którego szukasz pomocy, dostajesz najpierw skierowanie na badania, a potem diagnozę, z której dowiadujesz się, że istnieje coś takiego jak nadmierna senność.
Te trzy scenariusze to tylko część spektrum problemu, który w uproszczeniu nazywa się zaburzeniami snu. Jeśli dodać do nich płytki sen, który nie przynosi odpoczynku, czy regularne wybudzenia, czasem nawet po kilkanaście razy w trakcie nocy, otrzymamy pełniejszy obraz zjawiska, które w różnym stopniu dotyczy dziś już niemal co drugiego mieszkańca Polski. Jeszcze w 1992 r. (badanie CBOS) na okresowe lub stałe problemy ze snem uskarżało się 24 proc. ankietowanych. Trzynaście lat później, w badaniu OBOP, odsetek wzrósł do 36 proc., a w 2012 r. (badanie NATPOL) – aż do 55 proc.
Nieco wolniej, ale za to systematycznie przybywa tych, dla których bezsenna noc to już reguła. W 1996 r. na taki problem uskarżało się w badaniu CBOS około 17 proc. ankietowanych. W 2015 r. w analogicznej ankiecie TNS stałe kłopoty z zaśnięciem i przewlekłą bezsenność sygnalizowało w sumie już 20 proc. badanych. Jaki odsetek podobnych odpowiedzi padłby dzisiaj – nie wiadomo. Po pandemii polskie sondażownie, odpowiadając na rynkowe zapotrzebowanie, skoncentrowały się niemal wyłącznie na gospodarczym kontekście bezsenności. Najnowszą diagnozę problemu przynosi trzecia edycja badania „Sen Polaków. Straty dla gospodarki”, opublikowana w ub. roku. Autorzy z firmy badawczej UCE Research pozostawiają nas w nim z dwiema liczbami: 41 proc. Polaków uskarża się na niską jakość swojego snu, co naraża polską gospodarkę na straty rzędu najmniej 8 mld zł rocznie. Średnia dzienna produktywność osoby śpiącej mniej niż sześć godzin dziennie jest zdaniem autorów badania o 2,4 punktu procentowego niższa od tej, którą zapewniają pracodawcy przesypiający od siedmiu do dziewięciu godzin na dobę.
Najgorzej śpią najgorzej opłacani
Właściwie niezauważony przeszedł fragment badania, który pokazuje, że polska bezsenność nie ma bynajmniej twarzy rzutkiego przedsiębiorcy czy dobrze opłacanego wielkomiejskiego menedżera w wiecznym kieracie deadline’u. Niezadowolenie z jakości snu zgłaszały bowiem najczęściej osoby w wieku 25-34 lat (45,1 proc. badanych), z miesięcznym rodzinnym dochodem netto na osobę na poziomie 1000-2999 zł (50,7 proc.), ze średnim wykształceniem (42,3 proc.) i z miejscowości liczących od 50 tys. do 99 tys. mieszkańców (46,9 proc). Stereotypowe wyobrażenie o bezsenności jako wysokiej, ale i w gruncie rzeczy uczciwej cenie sukcesu zawodowego trzeba by więc w polskich realiach zamienić raczej na opowieść o nocach zarwanych na nerwowych kalkulacjach, za co opłacić rachunki.
Badaczy naszego rynku zatrudnienia to nie dziwi. – W Polsce mamy de facto dwa światy pracy, które są od siebie tak oddalone, że się praktycznie nie przenikają – mówi dr Jakub Sawulski, ekonomista z Polskiego Instytutu Ekonomicznego, autor książki „Pokolenie 89. Młodzi o polskiej transformacji”. – Gdy w dużych miastach trwa debata o granicach tzw. work-life-balance i procedurach antydyskryminacyjnych, w małych miejscowościach tematem numer jeden pozostaje pytanie, czy szef zapłaci w terminie.
Tych dwu rzeczywistości tylko pozornie nie widać w oficjalnych statystykach zatrudnienia, które podkreślają, że Polska ma obecnie najmniejszy w Europie odsetek mieszkańców bez źródła utrzymania. Unii Europejskiej, zaliczającej do tej grupy tylko tych, którzy pracy naprawdę szukają, wychodzi bezrobocie na poziomie 2,6 proc. GUS, który zlicza po prostu zarejestrowanych w urzędach pracy, podaje 5,4 proc.
Do jednego i drugiego nie przystają jednak dane z takich miejsc jak np. powiat szydłowiecki, w którym stopa bezrobocia utrzymuje się na poziomie powyżej 23 proc. – jak za najgorszych czasów z początków tego stulecia. Ale tu – tak jak w wielu gminach Zachodniopomorskiego czy w Podkarpackiem – domyślną formą zatrudnienia pozostaje praca na czarno. Bez podatków, ale też bez praw i osłon pracowniczych. Dziś masz pracę, jutro może jej dla ciebie zabraknąć. Czy w tej sytuacji może też dziwić, że listy najbardziej namacalnych nocnych strachów nie otwiera bynajmniej wojna tocząca się tuż za naszymi granicami, lecz obawy o najbliższą przyszłość (28,1 proc. odpowiedzi), dalej zaś problemy zdrowotne (23,4 proc.) oraz rodzinne (22,4 proc.)?
Senne koszmary o emeryturze
Trzy ostatnie dekady dla wielu z nas są źródłem satysfakcji, nawet dumy z tego, co udało się osiągnąć. Ale jest też i cena, jaką zbiorowo za ten sukces płacimy. Ze statystyk ZUS wynika, że aż 70 proc. Polaków przechodzi na emeryturę w roku kalendarzowym, w którym nabywają prawo do tego świadczenia, a kolejne 20 proc. przed upływem 12 miesięcy od tej daty. Jednocześnie – to już dane Eurostatu – statystyczny Polak pracuje średnio 34 lata przed przejściem na państwowy garnuszek, czyli średnio niemal siedem lat krócej od Norwega.

Powyższe zestawienia zwykło się w Polsce interpretować na niekorzyść samych pracowników, którym publicyści ekonomiczni często zarzucają krótkowzroczność, czasem wręcz lenistwo. Ale czy za tym pędem na emeryturę nie stoi także intensywność polskiej pracy? Czy nie jest i tak, że w trakcie kariery eksploatujemy się oraz jesteśmy eksploatowani do tego stopnia, że po przekroczeniu progu wieku emerytalnego nie mamy zwykle sił i zdrowia na choćby rok dłużej?
Analitycy Banku Światowego sygnalizowali ten problem już na początku ubiegłej dekady, kiedy poprzedni gabinet Donalda Tuska przymierzał się do wydłużenia wieku emerytalnego. Zmiany wprowadzono, kierując się trafną obserwacją, że krótki czas aktywności zawodowej skazuje miliony polskich seniorów, zwłaszcza kobiet, na życie w ubóstwie. Sugestie, by wraz z przedłużeniem wymaganej aktywności zawodowej zadbać o komfort pracy, m.in. przez wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy, trafiły do kosza. Kolejne wybory wygrał PiS, który w kampanii obiecał zarobionym wyborcom skrócenie wieku emerytalnego.
Obóz Kaczyńskiego obietnicy wprawdzie dotrzymał, ale podobnie jak poprzednicy, nie uznał za stosowne pokręcić przy rodzimym rynku pracy z użyciem innych narzędzi niż podatki czy pensja minimalna. W efekcie – jak podaje Eurostat – statystyczny Polak co tydzień przepracowuje dziś 39 godziny i 24 minuty, o prawie pięć i pół godziny dłużej od Niemca i Norwega i trzy godziny dłużej od Francuza. Wśród najbardziej przepracowanych nie ma bynajmniej informatyków, account managerów z agencji kreatywnych czy innych przedstawicieli wielkomiejskich środowisk białych kołnierzyków. Nadgodziny, często bezpłatne, nienormowany czas pracy, rozciągany nagminnie aż do nocy czy wreszcie de facto sześciodniowy tydzień pracy to specyfika przede wszystkim sektora budowlanego, transportowego i rolnictwa – z tym zastrzeżeniem, że praca na roli coraz częściej oznacza po prostu pracę za pensję w wielohektarowym gospodarstwie należącym do kogoś innego.
Tam, gdzie czasu pracy przestrzega się restrykcyjnie, sami pracownicy, w obawie przed utratą posady lub szans na podwyżkę, rozciągają dzień roboczy na swój czas wolny. Nasz biurowy esprit de corps nadal nie uwzględnia choćby prawa do lekceważenia służbowych telefonów i maili po godzinach. Według przeprowadzonego w 2020 r. badania firmy Divire aż 69 proc. Polaków na urlopie czyta służbowe maile, 63 proc. odbiera z pracy telefon. Co dziesiąty podczas wakacji wykonuje obowiązki zawodowe. O ile ma w ogóle prawo do płatnego urlopu. Jak wynika z danych samego ZUS-u, w latach 2020-2023 liczba osób zatrudnionych w Polsce na umowę o pracę wzrosła o ledwie 17,9 tysięcy. W tym samym czasie przybyło aż 194,5 tys. ludzi zatrudnionych na podstawie umowy-zlecenia i 161,9 tys. samozatrudnionych, którym pracodawca przebrany za „kontrahenta” może, ale nie musi, zapłacić za czas na urlopie, opiekę nad dzieckiem czy dłuższe chorobowe.
Przepracowanym Polakom, którym wieczorami robi się czasem niedobrze na samą myśl o czekającej nazajutrz robocie, reforma wieku emerytalnego zafundowała więc jeszcze jeden powód do nocnych koszmarów: wizję nędznej starości.
Co sprawia, że nie śpimy
Nonszalancja, z jaką elity traktują nasz sen, nie powinna jednak dziwić. To prosta funkcja stosunku współczesnego świata do nocy, jedynego wycinka doby, którego – jak pisze w swoim bestsellerze „24/7” amerykański eseista Jonathan Crary – nie udało się jeszcze w pełni zmonetyzować. Socjologowie i ekonomiści mogą sobie wylewać krokodyle łzy nad konsekwencjami niewyspania. W zgodnej ocenie prezesów dużych firm oraz ministrów finansów noc to czas absurdalnie wręcz bezproduktywny, gdy pionki na ich gospodarczych szachownicach trwają w onirycznym bezruchu. Śpisz – nie dość, że nie pracujesz, to jeszcze nie kupujesz. Czyli jakby cię nie było.

Obrót Ziemi wokół własnej osi odbywa się ze skandalicznym brakiem poszanowania dla potrzeb zglobalizowanej gospodarki, która nie po to rozciągnęła po całym globie łańcuchy dostaw, żeby co dwanaście godzin z pola widzenia znikały jej ponad dwa miliardy zamożnych konsumentów z krajów rozwiniętych. Części z nich można wprawdzie wmówić, że idea 24/7 uczyni ich życie pełniejszym i dłuższym za sprawą całodobowych sklepów, restauracji, klubów, a nawet bibliotek, ale dla olbrzymiej większości zmierzch nadal stanowi sygnał do wycofania się do swoich pieczar. Jakie to zatem szczęście, że niezdrowe tempo codzienności za dnia prowadzi do plagi bezsenności. W ten sposób rodzi się bowiem naturalna potrzeba milionów ludzi, by się wyspać. Potrzeba, którą można skomercjalizować za pomocą leków nasennych, suplementów diety wspierających zasypianie, specjalnie zaprojektowanymi poduszkami i materacami nucącymi kołysanki, kursami uważności, które przywrócą organizmowi naturalny rytm czy aplikacjami w telefonie, które zliczą każdą sekundę snu, jakby podliczały nam kalorie po treningu.
To niebezpieczny moment, gdy łatwo wpaść w pułapkę skomercjalizowania naturalnego w końcu odruchu, jakim jest zasypianie. Moment, w którym zaczniemy myśleć, że sen nie jest już naszą własnością i musimy go sobie wykupić lub zaprenumerować. Na szczęście jest to również chwila na to, by w walce o sen przejąć inicjatywę i wrócić do korzeni.
Przeciętny Polak jest dziś bogatszy od 85 proc. mieszkańców globu
Starożytni Rzymianie nazywali ten stan otium. Na współczesne języki trudno go przetłumaczyć, najbliżej mu chyba do włoskiego dolce far niente, z tą tylko różnicą, że jej antyczna wersja znaczyła coś więcej niż tylko wypoczynek i cieszenie się życiem. Starożytne nieróbstwo było przede wszystkim symbolem statusu społecznego, przywilejem elit stanu senatorskiego i ekwickiego, które mogły sobie leniuchować w odróżnieniu od reszty. Otium, często połączone z drzemką, miało też być czasem resetu dla umysłu i zmysłów, wolnym od wyrzutów sumienia, które mogłoby rodzić takie nieróbstwo. Chrześcijaństwo zacznie je wprawdzie nazywać pulvinar diaboli, poduszką diabła, ale w poszukiwaniach inspiracji dla zdrowego snu zatrzymajmy się na czasach antycznych. Właśnie tego nam bowiem trzeba: odpoczynku dla samego odpoczynku, nie regeneracji przed kolejnym dniem pracy.
Czas zatem wypowiedzieć jej klauzulę najwyższego uprzywilejowania, która pozwala stopniowo przelewać się obowiązkom zawodowym nie tylko na nasz czas wolny, ale nawet na godziny nocne, gdy myślami nie wychodzimy z roboty.
Pora też przestać torturować się wyobrażeniami, że każda godzina spędzona na odpoczynku jest czasem straconym dla kariery. Takie kalkulacje nie wytrzymują już nawet konfrontacji z badaniami ekonomistów, wśród których panuje konsensus, że wysiłek i konsekwencja nie determinują sukcesu w wymiarze ekonomicznym. Równie istotne okazują się czynniki, na które nie mamy najmniejszego wpływu. Prof. Branko Milanović, ekonomista University of New York badający nierówności dochodowe, stawia nawet tezę, że suma dochodów, które osiągamy w całym okresie aktywności zawodowej, w aż 60 proc. zależy od poziomu rozwoju kraju, w którym przychodzimy na świat. Kolejny 20 proc. to swoisty koktajl osobistych predyspozycji – takich jak talent, wrażliwość czy cechy fizyczne – oraz kapitału społecznego i rodowego, który wynosimy z domu. W bilansie Milanovicia sukces finansowy tylko w 20 proc. zależy więc od pracowitości i determinacji. Historie spod znaku „od pucybuta do milionera” są zaś skrajnie rzadkim wyjątkiem od tej reguły.
Warto wreszcie uświadomić sobie, że jako społeczeństwo jesteśmy właśnie takim wyjątkiem. 35 lat temu plasowaliśmy się pod względem rozwoju cywilizacyjnego na tym samym poziomie co Wietnam. Dziś przeciętny Polak jest bogatszy już od 85 proc. mieszkańców globu. To dobry moment, by uczcić ten sukces. Najlepiej drzemką.
Zasady zdrowego snu
Lekarze prowadzący terapie zaburzeń snu szacują, że na kliniczną ich formę cierpi około 10 proc. Polaków. Reszcie w jej problemach z zasypianiem może pomóc przestrzeganie podstawowych reguł higieny snu.
- W miarę możliwości kładziemy się spać o tej samej porze.
- Ostatni, lekki posiłek spożywamy najpóźniej dwie godziny przed snem. Alkohol – najpóźniej cztery godziny przed zaśnięciem.
- Wieczorem unikamy intensywnych aktywności fizycznych, ale dobrze zrobi krótki spacer.
- Odstawiamy ekrany. Zabójcze dla spokojnego snu jest zwłaszcza światło smartfonów. Zalecana jest za to lektura książki, także na czytniku.
- Drzemki w ciągu dnia nie powinny trwać dłużej niż 45 minut.
- Sypialnia musi być dobrze przewietrzona i niezbyt ciepła (optymalnie 18-19 stopni).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















