Populizm zamiast strategii. Jak Trump rozwalił politykę zagraniczną USA

Amerykanie do osuszenia bagna wybrali potwora z bagien. Korupcja, niekompetencja i populizm wżarły się głęboko w waszyngtońskie instytucje, np. w Departament Stanu. Skutki są groźne nie tylko dla USA.
Czyta się kilka minut
Figura Donalda Trumpa z kukiełką prezydenta Francji Emmanuela Macrona podczas parady karnawałowej w Nicei. Francja, 16 lutego 2019 r. // Fot. Patrick Aventurier / Getty Images
Figura Donalda Trumpa z kukiełką prezydenta Francji Emmanuela Macrona podczas parady karnawałowej w Nicei. Francja, 16 lutego 2019 r. // Fot. Patrick Aventurier / Getty Images

Powiedzieć, że Donald Trump jest demagogiem, to jak powiedzieć, że Mozart był pianistą. Ilekroć amerykański prezydent zabiera głos, na salonach czy na wiecu, obserwujemy przy pracy mistrza. Gdy przemawia na wypełnionym do ostatniego miejsca stadionie, gestykuluje w charakterystyczny sposób, jak gdyby między palcem wskazującym a kciukiem trzymał niewidoczną batutę i za jej pomocą dyrygował emocjami tłumu. Gdy siada do stołu ze światowymi przywódcami, zachowuje się tak, jak gdyby nie wyszedł z roli gwiazdy teleturnieju „The Apprentice”; szelmowsko się uśmiecha, sypie żartami, prowadzi personalne gierki.

Komik odstawia farsę na oczach widowni zbyt przerażonej, aby się śmiać? Inaczej to jednak widzą jego zwolennicy: oni bawią się świetnie, obserwując, jak Trump z polityki robi przedłużenie show-biznesu, jak ani przez chwilę nie zapomina, że jest tu, gdzie jest, bo potrafi dać ludziom rozrywkę i ustrzec ich przed nudą.

Dziś w polityce lepiej oburzać, niż nudzić. Przywódca ruchu MAGA pozostaje prowadzącym teleturniej, Zełenski, Macron, Starmer, Merz to ledwie uczestnicy, którzy muszą się mocno napracować, aby zostać w grze. Im bardziej ich ta konwencja uwiera, im częściej wywracają oczami eksperci, tym bardziej trumpowska publika jest zachwycona.

Szturm na amerykańskie instytucje

Trump z powodzeniem przekonał większość swoich rodaków, że są tylko dwa obozy, dwa sztandary, dwie wizje: elity ze swoją ideologią panującą oraz lud ze swoimi zdrowymi odruchami. 

Elity są silne dzięki instytucjom, które zagarnęły: uczelniom, redakcjom, sądom i urzędom. Ich władza jest w gruncie rzeczy uzurpatorska, zatem wolno z nią walczyć wszelkimi dostępnymi środkami – legalnymi i nielegalnymi. O ile bowiem lud MAGA może marzyć o kolejnym „szturmie na Kapitol”, o tyle jego przywódcy są bardziej metodyczni; oni woleliby „prawicowy rok 1968”, swój własny Marsz przez Instytucje, czyli wrogie, ale pokojowe i zgodne z prawem ich przejęcie.

Jedną z najważniejszych instytucji, które należałoby w ten sposób zdobyć, jest Departament Stanu. Trumpowska rewolucja nie może się bowiem wyrzec kluczowego obszaru działalności państwa, jakim jest dyplomacja, jeśli chce zmieniać świat w zgodzie ze swoimi założeniami. Nie może też się pozbawić ważnej techniki zdobywania serc i umysłów własnych obywateli, jakim jest populizm dyplomatyczny.

Populizm dyplomatyczny

Wprowadzam tu pojęcie nowe, muszę je zatem zdefiniować. Populizmem dyplomatycznym nazywam dążność do tego, aby politykę zagraniczną w całości podporządkować krajowej rywalizacji partyjnej. Każda inicjatywa na arenie międzynarodowej zostaje w takiej sytuacji sprowadzona do pretekstu, aby nagrać rolkę czy napisać krótki tekst na platformie społecznościowej i uderzyć w rodzimą konkurencję. Celem przestaje być osiągnięcie czegoś w relacjach z innymi państwami, a staje się nim wywołanie pożądanej reakcji własnego elektoratu.

Nie ma tu miejsca na rację stanu czy interes narodowy, jest tylko nasza racja i nasze interesy. Nie ma gry i kalkulacji, są emocje i fantazje. Nie ma żmudnych negocjacji i targów, są wielkie gesty i mocne słowa.

Dyplomata to człowiek, który trzy razy się zastanowi, zanim nic nie powie; populista trzy razy coś powie, zanim się zastanowi. To już nie wiek XIX, kiedy mawiano, że nawet wypowiedzenie wojny musi być sformułowane zgodnie z zasadami wyszukanej kurtuazji; teraz trzeba „mówić jak jest”, „walić prosto z mostu” i ani przez chwilę nie zapominać, że odbiorcą nie jest obcy rząd czy ambasada, ale wyborcy we własnym kraju.

Dlaczego Trump nie zakończył wojny w Ukrainie

Populizm dyplomatyczny działa podobnie jak sądowy czy społeczny. Demagog beztrosko obiecuje proste, wręcz prostackie rozwiązania skomplikowanych problemów. Donald Trump zapewniał więc, że wojnę rozpoczętą agresją Rosji na Ukrainę zakończy w 24 godziny po swojej inauguracji.

Demagog odpowiedzialność za całe zło i wszelkie niepowodzenia zrzuca na niedookreślone elity i ściśle określonych polityków. Donald Trump prawdziwe lub zmyślone porażki amerykańskiej polityki zagranicznej przypisywał raz to „głębokiemu państwu”, raz to osobiście Joemu Bidenowi. Demagog nie uznaje takich pojęć jak obiektywne przeszkody albo systemowe wyzwania; dla niego każdy problem jest personalny.

Wystarczy przecież odsunąć od kierowania dyplomacją skorumpowane elity i oddać sprawy w ręce ludowego czempiona, który o wszystko się zatroszczy, umieszczając właściwych ludzi na właściwym miejscu. Można przykładowo na miejsce przemądrzałych urzędników sprowadzić swojego kompana od golfa i partnera w interesach Stevena Witkoffa, którego pierwszymi w życiu zadaniami na odcinku spraw międzynarodowych były od razu negocjacje w sprawie zawieszenia broni Izraela z Hamasem i rozmowy z Siergiejem Ławrowem na temat Ukrainy

Można to porównać do sytuacji, w której szeregowemu żołnierzowi tuż po przysiędze oddano by dowodzenie zgrupowaniem armii na kluczowym odcinku frontu.

A izolacjonizm nie lubi dyplomatów. Jeśli prowadzi się wojnę z elitami, to oczywiście trudno sobie wyobrazić bardziej wdzięczny obiekt ataków niż ci wszyscy ambasadorowie, konsulowie i sekretarze, tak dobrze wyćwiczeni w sztuce władania widelcem i nożem, tak sprawnie wypowiadający się w obcych językach, tak chętnie dający się obwozić po hotelach, konferencjach i przyjęciach na koszt podatnika.

Już u zarania amerykańskiej republiki jeden z senatorów bez ironii zaproponował, aby dyplomatów wracających z zagranicy umieszczać w kwarantannie; „Tak jak słusznie obawiamy się, że ktoś przywlecze do nas zarazę – argumentował – tak powinniśmy bać się, że przywlecze tu obce obyczaje, nawyki, idee”.

Zarówno wtedy, jak i dzisiaj, liczni są ci, którzy uważają, że Ameryka nie ma się czego uczyć od przegniłej dekadencją Europy. Myślę, że J.D. Vance czy Tucker Carlson nie byliby zupełnie wrodzy pomysłowi dyplomatycznej kwarantanny.

Wszyscy ludzie prezydenta

Mało tego, to przecież urzędnicy Departamentu Stanu chwalili się na łamach znienawidzonego „New York Timesa”, że cierpliwie sabotowali politykę Trumpa przez biurokratyczną obstrukcję, podczas gdy pomysły Bidena realizowali posłusznie i żarliwie.

Trudno też zapomnieć o tych wszystkich przedstawicielach establishmentu od spraw zagranicznych, którzy nigdy nie zmarnowali żadnej okazji, by skrytykować prezydenta i jego zamierzenia. Nawet ci, którym Trump chciał dać szansę dołączenia do jego obozu, jak John Bolton, na koniec go zdradzili. Słowem: dyplomacja to elita, to deep state, to wróg. Trzeba jej populistycznej korekty poprzez wymianę kadr.

Nie mylmy tutaj „populistycznej” polityki personalnej z „demokratyczną”; nie idzie o to, że na wysokie stanowiska mianowano ludzi z ludu, z awansu, którzy wszystko zawdzięczają ciężkiej pracy i patriotycznej postawie. Tutaj decyduje bliskość wobec szefa ruchu MAGA, który w ramach dyplomatycznej „rodziny na swoim” ambasadorem w Paryżu uczynił swojego powinowatego Charlesa Kushnera; tego samego, którego wcześniej ułaskawił po tym, jak został skazany m.in. za przestępstwa podatkowe. 

Inny członek rodziny, Massad Boulos, został wysokiej rangi doradcą prezydenta, a także – mimo braku doświadczenia w sprawach międzynarodowych – jego specjalnym wysłannikiem na niełatwych odcinkach, takich jak Liban czy Kongo.

Nie mniej kontrowersji wywołały nominacje na stanowiska ambasadorskie osobistych znajomych lub partnerów biznesowych, którzy obsiedli placówki od Reykjavíku po New Delhi, choć ich wyobrażenie o krajach, w którym przyszło im pracować, jak i o zadaniach, które przed nimi stoją, było w najlepszym razie mgliste.

Jednocześnie wyrzuca się z pracy przedstawicieli pokolenia, które dołączyło do służby zagranicznej po zamachach 11 września 2001 r., autentycznych patriotów i państwowców. Jeden z nich powiedział, że na spakowanie się dano mu sześć godzin. „Kiedy wydalono mnie z Rosji – mówił gorzko – nawet Putin dał mi sześć dni”.

Oczywiście, że w Departamencie Stanu były przerosty zatrudnienia, biurokratyczne absurdy, urzędnicza inercja. Odpowiedzią na te problemy powinna jednak być ostrożna reforma, a nie bezmyślna rozwałka.

Polityka prywatnych celów Trumpa

Nigdy nie wolno zapominać, że wypłata elitaryzmu następuje w monecie populizmu. Największym sukcesem współczesnej demagogii było przekonanie ludzi, że o zaszeregowaniu klasowym człowieka rozstrzyga nie jego majątek czy urodzenie, ale wykształcenie i poglądy. Trump może więc zbudować administrację – i służbę dyplomatyczną – złożoną z miliarderów, a nawet synów miliarderów, ale nadal będą to swojaki z ludu, bo „mówią, jak jest” i oglądają Fox News; co innego pracujący za 90 tys. dolarów rocznie dyplomata, który używa terminów w rodzaju chargé d'affaires i czytuje pisma takie jak „Foreign Affairs”.

Codzienność obecnej administracji to jawne skoki na kasę. Przywołajmy przykład Wietnamu, któremu amerykański prezydent groził horrendalnym, 46-procentowym cłem aż do momentu, kiedy w ekspresowym tempie i z naruszeniem miejscowych regulacji wyrażono zgodę na budowę przez organizację Trumpa kompleksu hotelowego w Ho Chi Minh, czyli w dawnym Sajgonie – i szybko okazało się wtedy, że narzuty spadły do 10 proc. 

Trudno podejrzewać, że był to zbieg okoliczności, można za to sądzić, że niechęć amerykańskiego przywódcy do Kanady wynika z faktu, że tam z kolei dwa jego hotele, jeden w Toronto, drugi w Montrealu, zbankrutowały po części z uwagi na konsumencki bojkot. Wydaje się, że nowe reguły „dyplomacji” w lot pojęli szejkowie z Abu Zabi, inwestujący w kryptowalutę Trumpa, oraz Katarczycy, którzy podarowali mu samolot.

Trump tak długo odgrywał rolę miliardera, aż dzięki polityce został nim naprawdę. Teraz wydaje się, że chce czegoś więcej: zamierza wprowadzić swoją rodzinę do „amerykańskiej arystokracji” dziedzicznych biznesowych potentatów i państwowych dostojników, w rodzaju Rooseveltów, Mellonów, Vanderbiltów czy Kennedych.

Fortuna zbita na prezydenturze, siatka krajowych i międzynarodowych koneksji oraz magia nazwiska mają sprawić, że zobaczymy jeszcze kiedyś kolejnego Trumpa w Białym Domu. Pytanie brzmi, jaką Amerykę Don Junior albo Barron Trump odziedziczą wtedy po ojcu?

Jak Ameryka stała się wielka

Stany Zjednoczone pojawiły się na arenie dziejowej, bo ich wybitni dyplomaci zręcznie pozyskali francuską armię, flotę i pieniądze, bez których rewolta trzynastu brytyjskich kolonii musiałaby upaść. Młody naród z czasem stał się globalnym hegemonem, bo inaczej niż dawniejsi kandydaci do tej roli, umiał uczynić swoją dominację nie tylko znośną, ale wręcz korzystną dla innych państw. NATO, Plan Marshalla czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy to pomnikowe osiągnięcia z epoki walki o prymat. 

Podczas gdy inni mieli satelitów i wasali, Ameryka miała i nadal jeszcze ma prawdziwych sojuszników. W kategoriach „wielkiej strategii” oznacza to, że nawet gdyby Chiny miały większą gospodarkę czy silniejszą armię, to Waszyngton wciąż byłby silniejszy siłą swoich aliantów: bogatej Europy z jej dwoma mocarstwami atomowymi albo potencjalnego antyhegemonicznego paktu na Indopacyfiku, z Japonią, Koreą, Tajwanem, Filipinami, Indiami i Australią.

W kategoriach taktycznych oznacza to, że USA, owszem, mogły użyć swojej potęgi militarnej, by rozbić wojska irackie czy afgańskie, ale trzeba było rozlicznych porozumień, od Berlina po Islamabad, aby zapewnić sobie korzystanie z pakistańskiej przestrzeni powietrznej albo niemieckich lotnisk czy szpitala w Landstuhl, o informacjach wywiadowczych nie wspominając. W czasie ewakuacji z Afganistanu istotna była pomoc Francji czy Kataru. Pot dyplomatów pozwala oszczędzać krew żołnierzy.

Trump w butach Clintona i Busha

W okresie zimnowojennym amerykańską dyplomacją kierowało pokolenie „mędrców”, takich jak Dean Acheson, George Kennan czy Charles Bohlen. Gdy mur runął, wydaje się, że Stany Zjednoczone pokonały ich własne zwycięstwa.

Najpierw Bill Clinton dokonał „ekonomizacji” polityki zagranicznej, narzucając ogromne oszczędności Departamentowi Stanu i błędnie zakładając, że przyszła rywalizacja będzie już tylko współzawodnictwem pracy, innowacyjności i handlu. Później George Bush zabrnął w „militaryzację”, uważając, że jako szef hipermocarstwa może zwyczajnie dyktować innym warunki i wymuszać posłuch dzięki potędze swoich wojsk. Obama i Biden nie potrafili albo nie chcieli odwrócić polityk swoich poprzedników.

Trump wziął zaś to, co najgorsze ze zwrotu clintonowskiego (postrzeganie polityki zagranicznej przez bilans handlowy, Elon Musk dokonujący demontażu zasobu dyplomatycznego, jakim był USAID), a także bushowskiego (chętne i impulsywne sięganie po instrument wojskowy, logika „kto nie z nami, ten przeciwko nam”). Do ich błędów i wypaczeń dorzucił jednak własne: osobistą korupcję i wrogość względem ekspertyzy. 

W czasach, gdy do komentowania wojen w Ukrainie i w Gazie zaprasza się komików, którzy nie wiedzą, że brzmią jak aktywiści, i aktywistów, którzy nie wiedzą, że brzmią jak komicy, „mędrcy” byliby równie irytujący dla swoich politycznych zwierzchników, jak i dla wyborców. Nawet solidni, dyplomatyczni rzemieślnicy wydają się zbędni w epoce, w której przywódcy mogą w dowolnym momencie do siebie zadzwonić. Istotnie, technologia zmieniła wiele, ale nie wszystko.

Alaska i Waszyngton: dyplomatyczne klęski Ameryki

Po pierwsze, swobodnie dzwonić do przywódców mocarstw mogą inni przywódcy mocarstw, ale już polski prezydent czy premier musiałby się o taką rozmowę wystarać, korzystając z aktywności własnych dyplomatów. Po drugie, nawet jeśli ma się łatwość zorganizowania połączenia czy wręcz międzynarodowego szczytu, trzeba jeszcze wiedzieć, o czym rozmawiać. Tutaj znowu nieocenieni są zawodowi dyplomaci, którzy wyłożą politykom istotne fakty, zwrócą uwagę na sztuczki negocjacyjne, po które może sięgnąć druga strona, opracują scenariusze dalszego rozwoju wypadków.

Fachowcy nie dopuściliby nigdy do wielkiej improwizacji, jaką oglądaliśmy podczas szczytów w Anchorage i Waszyngtonie. Zadbaliby o to, aby spotkania miały określoną agendę, porządek, cel. Upewniliby się, że po szczycie zostanie przedstawiona odpowiadająca przebiegowi rozmów oraz interesowi ich kraju i państw sojuszniczych deklaracja końcowa.

Nie pozwoliliby, aby Putin odnosił łatwe sukcesy wizerunkowe, wynikające z nieprzygotowania lub naiwności strony amerykańskiej. Tym bardziej nie pozwoliliby, aby Kreml miał wpływ na skład amerykańskiej delegacji ani nie poddaliby kluczowych punktów negocjacyjnych bez symetrycznych ustępstw z drugiej strony, nim rozmowy się zaczęły (kwestia zawieszania broni jako warunku kontynuacji rozmów, członkostwa Ukrainy w NATO oraz jej powojennych granic).

Trump chce Nobla

Trudno też sobie wyobrazić zawodowców z Departamentu Stanu doradzających politykę, w konsekwencji której Europa albo faktycznie wybije się na strategiczną suwerenność, albo ugnie się pod presją Rosji i ciężarem własnych sprzeczności; dwa scenariusze bardzo niekorzystne z punktu widzenia Amerykanów.

Analogicznie: nikt, kto myśli perspektywicznie, nie chciałby, aby USA osłabiły rodzącą się koalicję antychińską, bijąc w starych i potencjalnych sojuszników wysokimi cłami, brutalnie deportując ich obywateli, zniechęcając na wszelkie dostępne sposoby własny biznes do inwestycji w tamtych krajach. Skutki tej polityki już widać na przykładzie ochłodzenia relacji z Indiami, kluczowym partnerem na odcinku powstrzymywania Pekinu.

Jak jednak planować jakąkolwiek dalekosiężną politykę, jeśli przywódca Wolnego Świata chce jak najszybciej zakończyć „wojnę Bidena”, bo liczy, że dostanie wtedy Pokojową Nagrodę Nobla, której pozazdrościł Obamie? Oczywiście, nie każde posunięcie nowej administracji da się wytłumaczyć niekompetencją, ale niczego nie da się wytłumaczyć, jeśli będzie się na jej niekompetencję ślepym.

Rosyjscy dyplomaci wiedzą, co robią

Na nasze nieszczęście jest państwo, którego postawa stanowi antytezę dla trumpowskiej antydyplomacji. Jakkolwiek nie szanuje się tam ani prawa międzynarodowego, ani praw człowieka, ma się tam nadal respekt dla starych prawideł polityki międzynarodowej. Tamtejsze elity umieją negocjować i manipulować, przełamywać izolację i obchodzić sankcje.

Są, rzecz jasna, skorumpowane, ale kradną w granicach wyznaczonych przez interes państwowy. Ich dyplomaci – zawsze przygotowani, cierpliwi, cyniczni i bezwzględni – potrafią wygrać przy stole to, co ich dowódcy przegrali w polu. Dla nich historia nie skończyła się wraz z zimną wojną, bo według nich zimna wojna trwa nadal, a jej reguły cały czas obowiązują. Nikt tam też nie będzie zabiegał o Pokojową Nagrodę Nobla.

Państwem tym jest Rosja.

Marcin Giełzak jest publicystą i podkasterem. Wydał m.in. „Wieczną lewicę”, z Jakubem Dymkiem współprowadzi podkast „Dwie lewe ręce” .

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 36/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Koniec świata dyplomatów