Trump i jego armia. W co wierzą Amerykanie z MAGA

Zwolennicy Trumpa wierzą, że nawet jeśli jego działania mogą być początkowo dotkliwe dla Amerykanów, to długofalowo przysłużą się Stanom Zjednoczonym. Niektórzy sądzą, że rozwiąże on wszelkie problemy gnębiące USA – mówi Alexander Hinton, antropolog badający ruch MAGA.
Czyta się kilka minut
Zwolennicy Donalda Trumpa po ogłoszeniu jego zwycięstwa w wyborach prezydenckich. Palm Beach, 6 listopada 2024 r. // Fot. Chip Somodevilla / Getty Images
Zwolennicy Donalda Trumpa po ogłoszeniu jego zwycięstwa w wyborach prezydenckich. Palm Beach, 6 listopada 2024 r. // Fot. Chip Somodevilla / Getty Images

MARTA ZDZIEBORSKA: Niedawno zapytałam Jerry’ego, znajomego wyborcę z Michigan, który głosował na Trumpa, jak ocenia jego rządy. Odparł, że bardziej liczy się dla niego to, że Trump „walczy z rządem federalnym”, niż fakt, że przez jego politykę celną i zawirowania na rynku stracił część oszczędności emerytalnych. Dziwi Pana taka optyka?

Alexander Hinton Absolutnie nie. Jeszcze przed wyborami prezydenckimi Trump przygotowywał swoich zwolenników na to, co planuje. Oczywiście wielu zaskoczył chaos związany z nałożeniem ceł na niemal wszystkie towary importowane do USA. Jednak ludzie z ruchu MAGA [Trumpowski slogan: Make America Great Again, Uczyńmy Amerykę na powrót wielką – red.] od dawna mieli wbijane do głowy, że działania Trumpa mogą być początkowo dotkliwe dla Amerykanów, jednak w długofalowym okresie przysłużą się krajowi.

Niektórzy wierzą wręcz, że rozwiąże on wszelkie problemy gnębiące Stany: od spraw światopoglądowych po kwestie gospodarcze. Na jednym z przedwyborczych wieców w Wisconsin widziałem wszędzie transparenty z napisem: „On to naprawi”.

Trump rozsadza od środka demokrację w USA i światowy porządek. Mimo to, jak pokazuje marcowy sondaż NBC News, z ruchem MAGA utożsamia się dziś ponad jedna trzecia wyborców, w tym 71 proc. zwolenników Republikanów. W przypadku tych drugich to o 16 pkt. proc. więcej niż jesienią 2024 r. Jak to możliwe?

To może być po części zjawisko zrodzone ze strachu.

Proszę wytłumaczyć.

Umiarkowani Republikanie być może wolą deklarować, że utożsamiają się z ruchem MAGA, aby uniknąć wytykania palcami, a nawet ataków ze strony protrumpowców. Boją się, że mogą być wyzywani od RINO [Republican in name only – red.], że są Republikanami tylko na papierze i nie są ślepo posłuszni ultrakonserwatywnej agendzie Trumpa. Trudno dyskutować z armią zagorzałych zwolenników prezydenta, przekonanych, że jest on wybawcą, który przywraca porządek po łamiących prawo Demokratach.

Ma Pan na myśli sprawy karne wobec Trumpa z czasu, gdy rządził Joe Biden?

W głównej mierze. Nie zapomnę, jak po tym, gdy w lutym 2024 r. Aleksiej Nawalny zmarł w więzieniu, Trump stwierdził, że jest prześladowany politycznie tak samo jak ten rosyjski dysydent. Według zwolenników ruchu MAGA naruszeniem prawa było też to, że FBI prowadziło śledztwa w sprawach dotyczących szturmu na Kapitol 6 stycznia 2021 r. Niektórzy twierdzą wręcz, że w związku z tymi działaniami administracja Bidena była na dobrej drodze do autorytaryzmu.

Trudno się tego słucha, patrząc na ostatnie ataki Trumpa na amerykańskie uczelnie, media i sędziów kwestionujących jego decyzje.

Jest w tym niezwykły paradoks. Podczas gdy amerykańscy liberałowie wszczynają alarm, że Ameryce grozi kryzys konstytucyjny, zwolennicy Trumpa są przekonani, że to Biden szkodził krajowi. Jako kolejny przykład podają poparcie Bidena dla programów DEI, które mają na celu wyrównywanie szans mniejszości etnicznych i seksualnych np. przy zatrudnianiu w administracji federalnej. Według retoryki ruchu MAGA takie programy służą indoktrynacji pod dyktando lewicowych radykałów.

Po powrocie do Białego Domu Trump zarządził zakończenie programów DEI w agencjach federalnych.

Ruchowi MAGA podoba się, że nowy prezydent odkręca liberalne reformy i – przynajmniej w ich oczach – dąży do ograniczenia wpływu rządu federalnego na życie jednostki. Trump świetnie wyczuł te nastroje. Swój pierwszy wiec podczas ostatniej kampanii prezydenckiej zorganizował w miejscowości Waco w Teksasie.

Jak to się łączy?

To miejsce symboliczne. W 1993 r. doszło tam do starć między agentami federalnymi a członkami sekty Gałąź Dawidowa. Agenci zjawili się w siedzibie sekty, bo podejrzewali, że jej członkowie składują nielegalnie broń. Do dziś dla skrajnej prawicy tamte wydarzenia są symbolem naruszeń ze strony władzy federalnej, która – ich zdaniem – nie powinna była mieszać się w sprawy lokalnej sekty. Na wiecu w Waco Trump użył podwójnej symboliki: zebranym puścił piosenkę w wykonaniu więźniów, którzy trafili za kraty w związku z udziałem w szturmie na Kapitol.

I już w pierwszych godzinach urzędowania Trump ułaskawił półtora tysiąca osób oskarżonych lub już skazanych za udział w tym ataku.

Można się było spodziewać, że zacznie od ułaskawienia ludzi postrzeganych przez ruch MAGA jako męczennicy. Trump wziął się też od razu za inne kwestie, jak wspomniane programy DEI i polityka migracyjna. Proszę spojrzeć, jak niezwykle nośne i pojemne jest jego hasło Make America Great Again. Trump i jego ludzie co jakiś czas je modyfikują. Mamy więc Make America Healthy Again [Uczyńmy Amerykę znów zdrową – red.] czy Make America Safe Again [Uczyńmy Amerykę znów bezpieczną – red.]. Demokraci nie mają takiego swojego sloganu.

Mówi Pan o geniuszu politycznym Trumpa, ale tak naprawdę on skopiował to hasło od Ronalda Reagana, który podczas kampanii w 1980 r. obiecywał, że uczyni Amerykę znów wielką.

To prawda, ale zdecydowana większość Amerykanów nie ma o tym pojęcia. Dla nich twarzą hasła Make America Great Again jest Trump: charyzmatyczny lider, który potrafi porwać tłumy, co miałem okazję wielokrotnie obserwować podczas jego wieców. Tak na marginesie, uważam, że gdy Trump wreszcie zniknie z polityki, mocno osłabi to ruch MAGA. Nie sądzę, by ktoś inny spośród Republikanów był w stanie mu dorównać.

A wiceprezydent J.D. Vance? Dla kariery zapomniał, że w 2016 r. nazwał Trumpa „idiotą”, a w prywatnej korespondencji miał porównać go do Hitlera.

Kilka razy widziałem Vance’a przemawiającego na żywo i mówiąc szczerze, mnie nie porwał. To nie jest charyzmatyczny polityk i mówca. Może z czasem się wyrobi, jednak moim zdaniem większą karierę zrobiłby jako gospodarz jakiegoś programu w telewizji. Vance nie dorasta Trumpowi do pięt. Tak długo, jak Trump będzie pociągał za sznurki w polityce, tak długo jego ruch MAGA będzie silny.

Co takiego jest w zwolennikach Trumpa, że nie przeszkadzają im nawet jego imperialistyczne groźby aneksji Grenlandii czy Kanału Panamskiego?

Po pierwsze, nie sądzę, aby przeciętny wyborca Trumpa w ogóle wiedział, gdzie Grenlandia leży na mapie. Po drugie, pamiętajmy, że Trump już za pierwszej kadencji urabiał elektorat, powtarzając, że Stany Zjednoczone powinny kierować się własnym interesem i należy skończyć z dotychczasowym globalnym zaangażowaniem USA.

Takiej wizji świata uległ Jerry z Michigan. Przed wyborami w 2024 r. narzekał, że Ameryka wydaje miliardy dolarów na pomoc wojskową dla Ukrainy, a rzekomo nie potrafi pomóc ofiarom huraganów we własnym kraju.

Taka retoryka, że innym dają, a swoim nie, świetnie trafia do ludzi, którym wiedzie się gorzej ekonomicznie. A wracając do gróźb aneksji Grenlandii: tutaj odzywa się duch prowadzonej kiedyś przez Stany polityki ekspansjonistycznej. Pamiętajmy, że jako państwo stopniowo rozszerzaliśmy nasze granice w kierunku zachodniego wybrzeża, m.in. kupując Luizjanę od Francji i Alaskę od Rosji.

Tamta polityka ekspansjonistyczna to jedno, ale czy grożenie Grenlandii nie wynika też z przekonania, że Stanom jako supermocarstwu wolno więcej?

Przekonanie o szczególnym statusie USA to ważny czynnik. A kolejny, mający wpływ na politykę zagraniczną Trumpa, to promowana przez amerykańską prawicę niechęć do „globalizacji”. Widać to było na zeszłorocznej konferencji konserwatystów CPAC. Jej hasło brzmiało „Where globalism goes to die” (Gdzie umiera globalizacja). 

W ruchu MAGA dominuje pogląd, że ci straszni „globaliści” nie powinni mówić Ameryce, co ma robić. Dlatego zwolennikom Trumpa spodobała się jego decyzja o wycofaniu USA ze Światowej Organizacji Zdrowia czy z Rady Praw Człowieka ONZ. Nie zdziwiłbym się, gdyby następne na celowniku znalazło się UNESCO.

Trump wycofał Stany z UNESCO już za pierwszej kadencji, ale wróciły do tego gremium w 2023 r. decyzją Bidena.

Podobnie jak wtedy, członkowie ruchu MAGA powtarzają, że UNESCO to organizacja zarządzana przez komunistów i socjalistów.

Jak to sobie tłumaczą?

Na przykład wskazują, że w latach 2009-17 dyrektorką generalną UNESCO była Irina Bokowa, która w swojej rodzimej Bułgarii należała do partii socjalistycznej. To w ogóle wpisuje się w szerszą dyskusję o amerykańskim systemie edukacji, który według Republikanów zdominowany jest przez lewicowych radykałów fundujących dzieciom pranie mózgów. Kilka lat temu konserwatywny kanał Fox Nation, powiązany ze stacją Fox News, poświęcił temu serię dokumentalną, którą prowadził Pete Hegseth, dziś sekretarz obrony. Choć taka retoryka nie trzyma się kupy, działa na wyobraźnię zwolenników ruchu MAGA. Wszystko dzięki umiejętnemu podsycaniu wojen kulturowych.

A te widać także na przykładzie wojny Trumpa z Uniwersytetem Harvarda, kuźnią liberalnych elit. Był Pan obecny na tegorocznej konferencji konserwatystów CPAC, która miała miejsce miesiąc po objęciu urzędu przez Trumpa. Jakie były tam nastroje?

Ludzie nie posiadali się ze szczęścia. Byli tak podekscytowani, jakby dzięki Trumpowi USA uniknęły apokalipsy, której nadejściem straszył on podczas kampanii. Na konferencji wielokrotnie słyszałem, że nadszedł złoty czas dla Ameryki. Świętowali przeciwnicy aborcji i ci, którzy uważają, że przyznawanie praw osobom transpłciowym burzy boski porządek i podział na dwie płcie, żeńską i męską. Na konferencję zjechali się zarówno uczestnicy szturmu na Kapitol, jak i członkowie skrajnie prawicowej grupy Proud Boys. Był też Steve Bannon, który nadawał na żywo swój podkast.

Bannon, były doradca Trumpa, podczas swojego przemówienia zrobił gest przypominający tzw. salut rzymski, na co zareagowano aplauzem. Był Pan wtedy na sali?

Tak, choć z mojej perspektywy to wyglądało inaczej, niż przedstawiają to media. Bannon wykonał ten gest bardzo szybko, pod koniec swojej długiej i populistycznej przemowy. Nie odebrałem tego w ten sposób, że ludzie oklaskiwali Bannona wyciągającego do przodu prawe ramię. To była bardziej reakcja na całe wystąpienie, zakończone słowami „Fight, fight, fight!” [Walczmy, walczmy, walczmy! – red.].

To z kolei nawiązanie do słów Trumpa tuż po próbie zamachu na jego życie, podczas wiecu w Pensylwanii latem 2024 r.

Myślę, że Bannon wykonał ten gest po części po to, by przyciągnąć uwagę mediów. Wiedział, że to zadziała, bo wcześniej, w styczniu, taki sam ruch wykonał Elon Musk. Nie chcę, żeby mnie źle zrozumiano. Nie tłumaczę Bannona, tylko po prostu uważam, że inaczej interpretuje się kadr, na którym widać go z wyciągniętym prawym ramieniem, a inaczej, gdy słuchało się jego wystąpienia i zna się cały kontekst.

W swojej książce „It Can Happen Here” („To może się wydarzyć również tutaj”) przekonuje Pan, że pierwsza kadencja Trumpa i szturm na Kapitol na jej finiszu nie były czymś wyjątkowym. Że to kolejny rozdział w mrocznej historii USA, w której dochodziło do przypadków masowej przemocy. Jaką masową przemoc miał Pan na myśli?

Chodziło mi zarówno o przemoc wobec rdzennych Indian, by przejąć ich ziemie, jak też o niewolnictwo czy ataki na imigrantów. W tym ostatnim przypadku zwolennicy natywizmu, czyli teorii zakładającej wyższość miejscowych nad ludnością napływową, piętnowali przykładowo w XIX w. imigrantów z Irlandii. Trump czerpał zresztą z retoryki natywistów, powtarzając podczas ostatniej kampanii, że nielegalni imigranci zatruwają krew Ameryki.

Trump przez lata do perfekcji opanował polaryzowanie społeczeństwa amerykańskiego.

I po mistrzowsku w zeszłorocznej kampanii wykorzystał sprzyjające mu okoliczności, czyli wysokie ceny w sklepach i duży napływ imigrantów do USA za rządów Bidena. W świetle tego, co Trump zdążył już zgotować Stanom, boję się wyborów prezydenckich w 2028 r. Choć według prawa nie może on kandydować po raz kolejny, martwi mnie, jaki może szykować scenariusz. 

Czy, przykładowo, wystartuje w tych wyborach jako kandydat na wiceprezydenta u boku J.D. Vance’a, który będzie kandydować na prezydenta? Czy może wystawi kogoś ze swojej rodziny, np. swoją synową Larę Trump? Gdyby wybrał taką opcję, mógłby wówczas dalej pociągać za sznurki w amerykańskiej polityce.

Trumpowi zdarzało się już żartować, że rozważa start w 2028 r., choć ostatnio przekonywał w wywiadzie dla NBC News, że to wykluczone. Testuje nastroje?

To od lat jego strategia. Najpierw zarzuca haczyk i sprawdza, czy ludzie dadzą się na niego złapać. Ostatnio wątek potencjalnego startu Trumpa w 2028 r. mocno podgrzewa Steve Bannon. Wciąż będę jednak powtarzać: gdy Trump zniknie wreszcie z amerykańskiej polityki, trudno będzie podtrzymać dotychczasowy entuzjazm ruchu MAGA. Taki lider nie zdarza się często.

Ale skłonność Amerykanów do teorii spiskowych nie zniknie.

Ulega im nie tylko ruch MAGA. Wśród zwolenników Partii Demokratycznej krążyła teoria, że zamach na Trumpa w Pensylwanii był wyreżyserowaną przez niego ustawką. Wszystko po to, by mógł zrobić z siebie męczennika i zwiększyć poparcie wśród wyborców. Od teorii spiskowych roi się także wśród zwolenników skrajnej prawicy. Trzeba przyznać, że Trump nauczył się świetnie wykorzystywać lęki drzemiące w Amerykanach.

Marta Zdzieborska jest dziennikarką „Press” i byłą korespondentką w USA. Stale współpracuje z „Tygodnikiem”.


Alexander Hinton // archiwum prywatne

ALEXANDER HINTON jest profesorem antropologii, dyrektorem Centrum Badań nad Ludobójstwem i Prawami Człowieka na Uniwersytecie Rutgersa w stanie New Jersey. Obok badań nad ludobójstwem, głównie za czasów reżimu Czerwonych Khmerów w Kambodży, bada zjawisko skupionego wokół Trumpa ruchu MAGA.

Hinton wielokrotnie jeździł na wiece Trumpa i konferencję CPAC (Conservative Political Action Conference), ważną w kręgach konserwatywnych. Nazywana „Woodstockiem dla konserwatystów”, od dekad skupia ona polityków i aktywistów. To miejsce, gdzie swoją popularność w Partii Republikańskiej sprawdzić mogą kandydaci w wyborach prezydenckich.

Amerykański antropolog jest autorem i redaktorem kilkunastu książek. W pracy „It Can Happen Here: White Power and the Rising Threat of Genocide in the US” analizuje zjawisko białego suprematyzmu w USA.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Trump, ich wybawca