W powracającej jak bumerang pieśni o niedoli polskiego kina historycznego zmieniają się zwrotki, lecz refren pozostaje ten sam: już nigdy nie będzie takiego lata. Zamknięci w prywatnych światach, skupieni na intymnych doświadczeniach, jesteśmy odwróceni od teraźniejszości. Nic dziwnego, że nie potrafimy opowiadać o przeszłości.
Jest w filmie „Nikt nie woła” (1960) Kazimierza Kutza przepiękna scena rozkwitu miłości i zarazem jej gwałtownej erozji. Najpierw widzimy ściekające z dachu jęzory stopionej papy. To elegancka metafora zmiany „stanu skupienia” w momencie, gdy przestajemy żyć dla siebie, a zaczynamy dla kogoś innego. Chwilę później główny bohater, dezerter z AK, który uciekł na Ziemie Odzyskane i wbrew zdrowemu rozsądkowi wpadł w sidła miłości, stoi na tyłach odjeżdżającego pociągu. Zostawia za sobą azyl – dziewczynę, brukowane uliczki, winiarnię.
Proszę Państwa, oto kino, czyli same paradoksy: epicka skala i kameralna perspektywa, wielka historia oraz intymne uczucie, melodramatyczna struktura i awangardowa forma.
Nasze kino historyczne: lep na wycieczki szkolne
Wspominam tę scenę nie po to, by pogrzmiewać na polskich filmowców z palcem przytkniętym do czoła i kabotyńskimi bzdurami na ustach. Pomyślałem o niej, gdyż trafiłem na arcydzieło Kutza w katalogu jednego z serwisów streamingowych. Leży sobie to wspomnienie lepszych czasów tuż obok „Tajemnicy Westerplatte” albo innych „Czerwonych maków”. I mało kto wie, że mówi więcej o historii (a także o kinie) niż cały nasz dorobek z ostatnich dwóch dekad.
Podobne zestawienia są oczywiście ciosem poniżej pasa. I to nie tylko dlatego, że w powojennej rzeczywistości powstawały lepsze filmy. Kręcono je natomiast w warunkach, które wymagały pomysłowości. Tu metafora, tam zmyłka, gdzie indziej precyzyjna elipsa, to znów szczypta surrealizmu. Wszystko w myśl zasady, że nic tak nie pobudza artysty jak walka o haust powietrza pod buciorem władzy.
Gdy myślimy o „Kanale” Andrzeja Wajdy, „Eroice” Andrzeja Munka czy „Pociągu” Jerzego Kawalerowicza, też mamy do czynienia z paradoksem, tyle że systemowym. A do tego stylistycznym oraz tematycznym wielogłosem i zarazem artystycznym monolitem. Wielkim, choć nie skodyfikowanym projektem kina o teraźniejszości lat 40. i 50., które z oczywistych względów dopiero z czasem stało się żelazną klasyką narracji historycznych.

A dziś? Jako że przez ostatnie dwie-trzy dekady kino historyczne było lepem na wycieczki szkolne, polską współczesność zaś traktowaliśmy jako kłopotliwy balast w drodze do „uniwersalnych tematów”, zostaje nam wyłącznie pogoń za tą tradycją. Nic dziwnego, że co chwilę łapiemy zadyszkę.
Bryki z historii
Pamiętacie jeszcze wizję rodzimej kinematografii z okresu polityki kulturalnej prowadzonej przez PiS? Tę, w której Mel Gibson przyjeżdża do Wrocławia i za 200 milionów dolarów kręci film o żołnierzach wyklętych? W której na seansie „Historii Roja” trzeba dostawiać krzesła, a o biografię majora Łupaszki biją się telewizyjni publicyści?
Jeśli tak, to wiecie doskonale, że skończyło się na groźbach. Fabryka snów nie otworzyła oddziału w Polsce, kina świeciły pustkami, a miliony złotych wyrzucono w błoto (czego najjaskrawszym symbolem stał się film-widmo o rotmistrzu Pileckim).
Już w latach 2005-2015 Polski Instytut Sztuki Filmowej przyznał ponad 350 milionów złotych dotacji na kino historyczne. Na przestrzeni kolejnego dziesięciolecia kwota ta była o kilkanaście milionów niższa, ale wciąż imponująca. Pamiętajmy też, że przez dwa lata pandemii polskie kino wjeżdżało pod górkę na jałowym biegu.
Czy zatem w tym interesującym dla kina historycznego okresie doczekaliśmy się jakiejś alternatywy? Czegoś, co zbiłoby martyrologiczną gorączkę władzy? Nie bardzo, gdyż na jeden „Wołyń” przypadało pół tuzina „Legionów”, „Piłsudskich” i „Kurierów”. W najlepszym wypadku kręconych od linijki bryków z historii. W najgorszym – telegramów udających filmy.
Jan Nowak Jeziorański urodził się w 1914 r. w Berlinie. Stop. Do niemieckiej niewoli trafił we wrześniu 1939. Stop. Nosił się elegancko, kolekcjonował dzieła sztuki. Stop.
Wojna w polskim kinie
Opowiadaliśmy w tym czasie głównie o II wojnie światowej (ponad połowa filmów!), niekiedy o II RP, rzadziej o odwilży i PRL-u. Insurekcja kościuszkowska („Kos” Pawła Maślony), powstanie styczniowe („Powstaniec 1863” Tadeusza Syki), losy boksera Tadeusza Pietrzykowskiego w Auschwitz („Mistrz” Macieja Barczewskiego), tragiczny rejs „Orła” („Orzeł. Ostatni patrol” Jacka Bławuta), życie w okupowanej Warszawie („Czarny mercedes” Janusza Majewskiego), ułani i walka narodowo-wyzwoleńcza („Legiony” Dariusza Gajewskiego), Kaszuby („Kamerdyner” Filipa Bajona), do tego aż dwa filmy o Dywizjonie 303 („Dywizjon 303. Historia prawdziwa” Denisa Delicia i koprodukcja „303. Bitwa o Anglię” Davida Blaira).
Nazwałbym to grą na remis z historią. Jest to bowiem „jakiś” zakres tematyczny, ale czy naprawdę aż tak szeroki i ciekawy? Pomijając fakt, że tradycja militarna zawsze wypiera u nas tradycję społeczną, przydałoby się więcej filmów o dziejach mniejszości, rodzimych wynalazcach i przedsiębiorcach, doświadczeniu emigracji, emancypacji kobiet i ruchach robotniczych. I choć od każdej reguły są wyjątki, to nawet historie chłopskie są w zasadzie nieobecne.
Wszystko to przecież pomosty do współczesności. Ziarnka, z których mogłoby wykiełkować coś wartościowego kulturowo i społecznie. Czy takie filmy zarobiłyby w kinach dużo pieniędzy? Zapewne nie. Przypomnę jednak, że żyjemy w kraju, w którym nakręconą za astronomiczne 72 miliony złotych biografię Chopina obejrzało zaledwie pół miliona widzów.
Ekranowa walka o niepodległą Polskę
Nie mam pojęcia, kiedy wyryto w kamieniu, że dominującą poetyką polskiego kina historycznego powinien być realizm. Na pewno nie zrobiono tego ani w latach powojennych, ani po transformacji ustrojowej. Tradycja eksperymentowania z formą, wbrew pozorom, jest w naszej kinematografii silna. Rozciąga się od Wajdy oraz klaustrofobicznego horroru, jakim był „Kanał”, przez komediowe wycieczki Kutza w „Pułkowniku Kwiatkowskim”, aż po Jana Komasę oraz jego dubstepowy poemat „Miasto ’44”.
Pomimo tych niewątpliwych osiągnięć, ekranowa walka o niepodległą Polskę toczy się najczęściej w bezwzględnej poetyce stylu zerowego. Zupełnie jakby wdrukowany w naszą kulturę odwieczny dualizm cierpienia i heroizmu unieważniał wszelkiego rodzaju eksperymenty, zabawy, transgresje.
Sęk w tym, że aby hołubiony przez nas realizm historyczny działał, musi mieć oparcie w budżecie oraz warunkach produkcyjnych. Czy tego chcemy, czy nie, na granicy dzielącej ekscytujący patos od obezwładniającej nudy pracuje machina wielkiego spektaklu. Nie bez powodu to właśnie na fundamentach tej konwencji potęgę swojego kina wznieśli Amerykanie.
Rację miał aktor Jacek Braciak, gdy wskazywał fundamentalne różnice między polskim i hollywoodzkim kinem wojennym. I w jednym, i w drugim umęczeni faceci siedzą w okopach, wspominając ciepełko domowego ogniska. Tyle że w tym drugim ich koledzy „nieźle się dookoła napier...”.
Doczekaliśmy się w ostatnich latach zaledwie dwóch filmów, które nieźle poradziły sobie w tym realistycznym kluczu. Pierwszym z nich jest „Biała odwaga” Marcina Koszałki – trochę z racji finezji w ukrywaniu budżetowych niedostatków, a trochę z powodu zamaszystej roboty faktograficznej. Drugim – „Filip” Michała Kwiecińskiego, w którym pojemna konwencja thrillera szpiegowskiego wchłania zarówno realizm, jak i elementy impresjonizmu.
Dlaczego w polskim kinie brakuje przygody
Dałbym wiele, by zobaczyć miny jurorów konkursu na film o powstaniu wielkopolskim w momencie, gdy wyróżniona przez nich „Hiszpanka” (2014) trafiła do kin. Zapomniane dzieło Łukasza Barczyka trudno cenić – to artystyczna i finansowa klapa. Łatwo je natomiast lubić, bo opowiada o grupie młodych patriotów walczących z czarownikiem-telepatą o duszę Ignacego Jana Paderewskiego.
Zły film, dobry kierunek – stąd istotność „Hiszpanki” także we współczesnych rozmowach o polskim kinie historycznym. Na papierze wszystko się bowiem zgadza. Z jednej strony rebelia, czyli Naczelna Rada Ludowa oraz imperium zła w postaci Republiki Weimarskiej. Z drugiej – paranormalne zjawiska, krajobrazy niczym z Narnii, popkultura na szóstym biegu i odpowiedź na pytanie, jak uczynić historię atrakcyjną dla nowego pokolenia.
Oczywiście w praktyce wyszło jak wyszło i nic dziwnego, że śladami Barczyka nikt nie podążył. Przydałoby się jednak w naszym kinie nieco więcej luzu, zabawy popkulturowymi klockami, nieoczywistego zderzenia konwencji i tematu.
Można to zrobić tak sobie, jak Maciej Kawulski w „Dzikim” – wystarczy zamienić historię Janosika w dwugodzinny teledysk, wysłać do boju eskadrę dronów z kamerami, a później zmontować całość na zasadzie rzutu kostką. A można dobrze, jak Paweł Maślona w „Kosie”, gdzie opowieść łotrzykowska spotyka kino przygodowe, eastern oraz tragifarsę i żadna z tych konwencji nie unieważnia refleksji historycznej. Zwłaszcza tej na temat narodowej apatii.
Najlepiej wychodzą nam seriale
Odpowiedzi na pytanie o sukces filmów Pawła Pawlikowskiego również szukałbym w finezji, z jaką reżyser korzysta z tych uniwersalnych kodów. Zarówno „Ida”, jak i „Zimna wojna” dotykają wprawdzie lokalnych tematów, ale pracują „na silniku” rytualnego kina: melodramatu, czarnego kryminału, psychodramy, wreszcie – polskiej szkoły filmowej, tyle że zredukowanej do stylu, klimatu, pojedynczych pociągnięć pędzla.
Nie mam żadnej dobrej rady dla naszych filmowców. Mam natomiast dwie refleksje. Po pierwsze: seriale robią to dobrze. Jak pokazuje przykład „Breslau” czy „Piekła kobiet”, czasem wystarczy odpowiednio ustawiony ton, wolny od martyrologii, lekki, kojarzący się z ambitną, ale jednak rozrywką.
Po drugie – istnieje szansa, że w ramach rytualnego lamentu nad polskim kinem historycznym glanuję właśnie arcydzieła. „Nikt nie woła” też miało pod górkę i potrzeba było paru dekad, by ktoś porównał Kutza do Antonioniego. Czy będzie to casus „Piłsudskiego”, „Wyklętego” albo „Orła”? Przyjmujmy zakłady, a na razie – jeszcze więcej Dywizjonu 303, kino wytrzyma!
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















