Kreml ogrywa Trumpa i niezmiennie próbuje narzucić Ukrainie i Zachodowi swoje warunki. Władimir Putin miał iście carskie powitanie. Na lotniku wojskowym w Anchorage na Alasce rozłożono przed nim czerwony dywan, na którym czekał Donald Trump. Następnie naczelny dowódca rosyjskiej armii, która zamordowała już kilkadziesiąt tysięcy ukraińskich cywilów i co najmniej drugie tyle ukraińskich żołnierzy, został zaproszony do limuzyny prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Po dwustronnych rozmowach, po których Trump podkreślał, jak świetne ma relacje z Putinem, ten wsiadł do samolotu i – co jest wyjątkowym honorem – w eskorcie amerykańskich myśliwców F-35 opuścił przestrzeń powietrzną najsilniejszego mocarstwa świata.
Uroczyste przyjęcie polityka odpowiedzialnego za rozpętanie i trwanie wojny, która dewastuje Ukrainę, wzbudziło dyplomatycznie skrywane obawy w Europie i oburzenie w społeczeństwie ukraińskim. W tamtejszych mediach społecznościowych popularny stał się kolaż dwóch zdjęć – ulicy w Buczy po wyzwoleniu, na którym widać wiele leżących ciał ofiar rosyjskiej okupacji, na którą nałożono czerwony dywan, po którym kroczą Putin z Trumpem.
Rosyjskie warunki pokoju
Przyjrzyjmy się zatem spotkaniu na Alasce, które od kilku dni skupiało uwagę dużej części świata. Bezpośrednie spotkanie Trumpa z Putinem trwało niemal trzy godziny i zakończyło się bez przyjęcia jakiegokolwiek dokumentu. Obaj liderzy wygłosili natomiast kilkuminutowe wystąpienia dla prasy, ale nie przewidziano możliwości zadawania pytań.
Wyraźnie zadowolony Putin podkreślił, że spotkanie przebiegało konstruktywnie i w atmosferze wzajemnego szacunku. Nie zapomniał jednak przypomnieć Amerykanom, że Alaska to niegdysiejsza ziemia Imperium Rosyjskiego, a Ukraińcy to „nasz braterski naród”, dodając „jakkolwiek by to nie brzmiało dziwnie w obecnych warunkach”.
Najważniejsze słowa jego wypowiedzi dotyczyły potrzeby
„usunięcia wszystkich pierwotnych przyczyn kryzysu”, „zapewnienia, aby uzasadnione obawy Rosji zostały uwzględnione” i „przywrócenia sprawiedliwej równowagi w sferze bezpieczeństwa w Europie i na świecie jako całości”.
Co oznacza ten specyficzny język?
Otóż Rosja po raz kolejny podkreśla, że pokój w Europie może zapewnić wyłącznie uwzględnienie rosyjskich interesów – przy tym nie tylko na Ukrainie, ale również w Europie Środkowej. Szczegółowe żądania rosyjskie zostały zapisane jeszcze w grudniu 2021 r. w dwóch dokumentach wysłanych przez Moskwę do państw NATO.
Od tego czasu w postawie rosyjskiej nic się nie zmieniło. Kreml rozpoczął i prowadzi wojnę na Ukrainie, jednak nie tylko przeciwko niej, ale także przeciw Zachodowi. Czas to wreszcie ostatecznie zrozumieć. Rosja gra nie tylko o legitymizację swoich nowych nabytków terytorialnych, ale przede wszystkim o stworzenie warunków do zwasalizowania państwa ukraińskiego oraz zmiany architektury bezpieczeństwa w Europie, jaka ukształtowała się po rozszerzeniu NATO na Wschód.
„Fantastyczne relacje Donalda z Władimirem”
Putin, który najwyraźniej znalazł sposób dotarcia do Trumpa, mówił to, co ten chciał usłyszeć. O tym, że wojna by nie wybuchła, gdyby rządził Trump, a nie Biden. O ogromnym potencjale dla rozwoju dwustronnej współpracy w sferze ekonomicznej, energetycznej, w Arktyce itd.
Z kolei Trump w swoim wystąpieniu nie wyglądał na zbyt zadowolonego, choć próbował zaklinać rzeczywistość, oceniając spotkanie jako „nadzwyczaj udane” i „wielki postęp”. Zabrakło jednak jakichkolwiek konkretów, poza tym, że amerykański prezydent powiedział, że uzgodniono „kilka dużych punktów”, pozostało do załatwienia „kilka mniejszych i jeden duży”. Nie zapomniał przy tym podkreślić, jakie ma „fantastyczne relacje z Władimirem”.
Mimo słów Trumpa najwyraźniej nie wszystko przebiegło zgodnie z planem. Zrezygnowano ze wspólnego lunchu, a rozmowy były dwukrotnie krótsze od zaplanowanych. Strony umówiły się jednak na dalsze kontakty.
Rosnąca skala ustępstw Trumpa
Najciekawsza rzecz padła już po zakończeniu wystąpienia dla prasy. Otóż Trump napisał w mediach społecznościowych, że najlepszym sposobem na zakończenie wojny jest „przejście bezpośrednio do porozumienia pokojowego, które zakończy wojnę, a nie tylko wstrzymanie ognia”.
Wydawałoby się, że to bardzo słuszna deklaracja. A jednak padła ona w konkretnym kontekście i współbrzmi ze wspomnianymi wyżej słowami Putina o konieczności uwzględnienia „uzasadnionych obaw Rosji”. Można z tego wywnioskować, że Waszyngton godzi się rozmawiać z Moskwą o czymś więcej niż tylko o Ukrainie.
Jest to kolejne ważne ustępstwo Trumpa wobec Kremla. Przypomnijmy, że początkowym warunkiem amerykańskim dla podjęcia rozmów z Rosją, wspartym przez Kijów i Europę, było tymczasowe zawieszenie ognia. Rosja to zignorowała i nikt już w Białym Domu o tym nie pamięta. Podobnie z agendy zeszła groźba nowych sankcji. A Rosjanie nadal strzelają do Ukraińców i trudno im ukryć satysfakcję z wyniku szczytu na Alasce.
Im dłużej trwają negocjacje, tym bardziej Trump idzie na ustępstwa, nie zapominając przy tym wspomnieć o „wielkości Rosji”. Najwidoczniej imponuje mu Putin i styl jego działań. Kreml to, rzecz jasna, bezwzględnie wykorzystuje, wiedząc, że to prezydentowi USA zależy na sukcesie. W końcu ma nadzieję, że na końcu czeka go Nagroda Nobla… Grzechem byłoby tego nie wykorzystać.
A przy tym Rosjanie pozwalają sobie na coraz więcej, m.in. – jak donoszą media amerykańskie – „poprosili”, aby gen. Keith Kellog, przedstawiciel ds. Ukrainy, nie wziął udziału w spotkaniu na Alasce. Dość powiedzieć, że Kellog to być może jedyna osoba w administracji USA, która rozumie, o co w tym wszystkim Rosji chodzi. Zamiast niego, pierwsze skrzypce w otoczeniu Trumpa gra Steve Witkoff, miliarder z branży nieruchomości bez jakiegokolwiek doświadczenia dyplomatycznego.
Europa o wymianie terytoriów
Po spotkaniu na Alasce Trump lojalnie zadzwonił do prezydenta Zełenskiego i zaprosił go do Białego Domu na najbliższy poniedziałek. Następnie dołączyli do nich w formie telekonferencji przywódcy Finlandii, Francji, Niemiec, Polski, Wielkiej Brytanii, Włoch oraz kierownictwo Komisji Europejskiej.
Europejscy przywódcy wystosowali następnie wspólne oświadczenie, w którym z jednej strony wsparli wysiłek Trumpa na rzecz zakończenia wojny, z drugiej zaś podkreślili, że tylko Ukraina może podjąć decyzje dotyczące swojego bezpieczeństwa oraz musi uzyskać „żelazne gwarancje bezpieczeństwa”. Zapewnili też, że utrzymają pomoc dla Kijowa w celu doprowadzenia do sprawiedliwego i trwałego pokoju.
Nie ma wątpliwości, że celem spotkania Trumpa z Zełenskim będzie „przekonanie” go do zaakceptowania „wymiany terytoriów”, o czym wspomniał sam amerykański prezydent, dodając, że „Ukraina powinna się na to zgodzić”. Stwierdził, co prawda, że miałyby temu towarzyszyć jakieś gwarancje bezpieczeństwa, ale bez żadnych konkretów. W poniedziałek zaś wzmocnił przekaz pisząc, że to Zełenski może niemal natychmiast zakończyć wojnę.
Wygląda na to, że na Alasce Putin skutecznie przekonał Trumpa, że odpowiedzialność za zakończenie wojny spoczywa teraz na Kijowie i to strona ukraińska powinna się zgodzić na rosyjskie warunki. Nic jednak nie wskazuje na to, aby Zełenski miał na to ochotę.
Pozytywne jest to, że w części spotkania Trump-Zełenski (w roboczym obiedzie) przewidziano udział przywódców Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Włoch oraz NATO i KE.
Choć nie znamy szczegółów warunków rosyjskich, to „wymiana terytoriów” oznacza zapewne, że Ukraina wycofuje się – w wersji minimum – z Donbasu, a w wersji maksimum także z całości obwodów zaporoskiego i chersońskiego, które Rosja bezprawnie anektowała. Na podobne rozwiązanie nie zgodzi się żadna ukraińska władza, bo nie zaakceptuje tego społeczeństwo.
Nie wiemy przy tym dokładnie, jakie inne postulaty wysuwa Kreml, ale złudzeniem byłoby oczekiwanie, że strona rosyjska byłaby skłonna do realnego kompromisu.
Rosyjska droga do Kijowa
Nietrudno zgadnąć, że Putin wrócił do Rosji z przekonaniem, że umiejętnie ogrywa Trumpa. Nawet jeśli wymarzony przez Rosję finał nie musi się ziścić, to zyskuje ona na czasie, odsuwa potencjalne amerykańskie sankcje, na które Biały Dom najwyraźniej nie ma ochoty, zaś rosyjskie wojska robią postępy na froncie. Nie bez znaczenia jest również dalsza legitymizacja Putina w oczach rosyjskiej nomenklatury i społeczeństwa, ale również dużej części świata.
Jeśli amerykański prezydent będzie próbował zmusić Ukrainę do niekorzystnych ustępstw, będzie to oznaczało kolejny wyłom w relacjach transatlantyckich. Polska i Europa mają zbyt dużo do stracenia, aby pozwolić, by ta wojna skończyła się na warunkach Kremla.
Nie przypadkiem zresztą Putin wspomniał na Alasce, że ma nadzieję, iż Kijów i stolice europejskie „nie zaczną czynić przeszkód, aby za pomocą prowokacji lub zakulisowych intryg zerwać rysujące się porozumienie”.
„Język doprowadzi do Kijowa” – mówi stare rosyjskie przysłowie, oznaczające, że konsekwencja i zręczna mowa prowadzą do osiągnięcia celu. Taka właśnie jest strategia Kremla wobec Trumpa – stać przy swoim nieustępliwie i wytrwale, grać o pełną stawkę. To przeciwnik musi ustąpić. Rosja nie zna bowiem kompromisu, chyba że zostanie do niego przymuszona. Na razie jednak nic na to nie wskazuje.
Niezależnie od tego, co się w najbliższych dniach i tygodniach wydarzy, do końca wojny jeszcze daleko.
Tekst ukończono w sobotę 16 sierpnia o godz. 15.00 i zaktualizowano 18 sierpnia o godz. 10.00
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















