Najwybitniejszy francuski wódz od czasów Napoleona, marszałek Ferdinand Foch, w decydującym momencie zwycięskiej bitwy nad Marną (1914) złożył historyczny meldunek: „Moje centrum ustępuje, moja prawa flanka idzie w rozsypkę, nie ma żadnego pola manewru. Sytuacja idealna. Atakuję”.
Wydaje się, że w podobnym stanie ducha znajduje się dziś francuska elita przywódcza. Prezydent bez społecznego poparcia i kolejni powoływani przezeń premierzy bez parlamentarnej większości bardziej administrują niż rządzą. Relacja długu do PKB wynosi dwukrotność limitu ustanowionego w Maastricht, a deficyt sięga 5,5 procent PKB, co jest jednym z najgorszych wyników w strefie euro. Wzrost gospodarczy? Poniżej 1 procenta. Bezrobocie? Urosło do niemal 8 procent.
Francuski model społeczny też przechodzi kryzys: coraz szersze połacie kraju pokrywają „pustynie medyczne”, gdzie ciężko uzyskać pomoc specjalisty, młodym trudno o pierwsze mieszkanie. Wybuchające co jakiś czas zamieszki pokazują, że nie osłabły ani problemy z integracją imigrantów, ani uzasadnione frustracje prowincjonalnej „dolnej Francji”.
Francja wraca do globalnej gry: militarna i dyplomatyczna ofensywa Macrona
Wbrew tym trudnościom, a może właśnie z ich powodu, w swojej drugiej kadencji Emmanuel Macron skupił się na kwestiach zagranicznych i obronnych. W obszarze, który składa się na „domenę zastrzeżoną” prezydenta, bilans ostatnich miesięcy wygląda już znacznie korzystniej.
Francja z powodzeniem prowadzi nową Ostpolitik, zwiększając wpływy na dawnym rosyjskim podwórku: od Armenii przez Kazachstan po Mongolię. Podpisuje kontrakty na wspólne wydobycie uranu czy metali ziem rzadkich, wygrywa przetargi przy projektach infrastrukturalnych, sprzedaje broń i satelity, bierze udział w ćwiczeniach wojskowych, a nawet buduje uniwersytet francusko-uzbecki w Taszkencie.
Otwiera się na Afrykę inną niż frankofońska, przeprowadza „reset” z Czadem, pomaga udaremnić prorosyjski zamach stanu w Beninie. Istnieją poszlaki, że weszła w szkodę Rosjanom w Mali, koordynując antywagnerowskie operacje z obecnymi tam służbami… ukraińskimi.
Sukcesy odnotowała też na morzach, zajmując dwa rosyjskie tankowce, w tym jeden przewożący 600 tys. baryłek ropy. Na obszarze Indopacyfiku udało się przekroczyć historyczne podziały z dawną kolonią, Wietnamem, ustanawiając strategiczne partnerstwo w obszarach AI, przemysłu lotniczego i kosmonautycznego. Francuskie jednostki chronią wolność żeglugi na Morzu Czerwonym oraz podmorskie kable i rurociągi na północ od Norwegii.
Francja podtrzymuje również status drugiego największego eksportera broni na świecie, pozyskując kontrakty w Indiach i Indonezji, w Holandii i Maroku. Znaczenie prestiżowe ma sprzedaż systemów obrony przeciwlotniczej SAMP/T Danii, która wybrała je zamiast amerykańskich Patriotów.
Dalej: Paryż przewodził koalicji państw, które uznały Palestynę. Kiedy trzeba było, poderwał samoloty, by osłaniać niebo nad Jordanią przed irańskimi atakami w 2024 r., a dziś jest gotów zaoferować podobne wsparcie innym krajom regionu. Wojskowo pozostaje obecny w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Libanie, Iraku, Dżibuti.
Reaktor jak katedra: dlaczego Francuzi kuszą Europę atomem
Cała ta aktywność jest jednak drugorzędna wobec zasadniczej ambicji Macrona: sprawić, by Europa była czymś więcej niż pojęciem geograficznym.
Nie jest to przejaw idealizmu czy bezinteresownej wielkoduszności. Obecny szef państwa na swój sposób próbuje realizować testament de Gaulle’a, który powiedział: „odwróciliśmy skutki roku 1940, teraz musimy odwrócić skutki roku 1815”. Innymi słowy: zadaniem pozostaje przywrócenie Francji pozycji dominującego mocarstwa na kontynencie i supermocarstwa w skali globalnej.
Ta ambicja przekracza możliwości średniego państwa o średnim potencjale. Dla jej urzeczywistnienia potrzeba demograficznego, gospodarczego i militarnego potencjału całej Unii. Tylko wtedy Paryż mógłby rozmawiać na równych prawach z Amerykanami czy Chińczykami. Francja chce stać się Piemontem dla naszych Włoch, Prusami dla naszych Niemiec.
Reszta państw Wspólnoty musiałaby jednak chcieć uznać jej przywództwo. Jak ich przekonać?
Za czasów prezydentury Georges’a Pompidou można było jeszcze wierzyć, że Heksagon, jak zwie się czasem kraj nad Sekwaną, zdominuje kontynent gospodarczo; dziś to mrzonki. Nie udało się dogonić Niemiec na tym obszarze. Niedawne głosowanie w sprawie Mercosur pokazało, że Berlin zachowuje lepszą zdolność koalicyjną od Paryża. RFN ma też zdolność lewarowania swojej pozycji poprzez bliskie relacje z USA; ta ścieżka dla programowo suwerenistycznej Francji jest zamknięta.
Chroniczna niestabilność polityczna i kryzys zadłużenia sprawiają, że Republikę trudno stawiać za wzór prowadzenia spraw państwowych. Nawet w domenie soft power bilans jest niejednoznaczny, o czym świadczy wciąż słabnąca pozycja języka francuskiego.

Co pozostaje? Jak powiedziała Gabrielle Hecht, dla dzisiejszej Francji reaktor atomowy jest tym, czym dla średniowiecznej była katedra. Tak cywilne, jak i wojskowe zastosowania potencjału jądrowego pozostają unikalnym atutem Paryża. O ile więc na spokojne czasy niemiecka oferta wydaje się lepsza, to w czasie przedwojnia francuska „autonomia strategiczna”, „samowystarczalność energetyczna”, „suwerenność obronna” brzmią przekonująco.
W ostatnich dniach zwyczajowo antyfrancuski „The Economist” pisze o „tym nieznośnym uczuciu, że Francuzi mieli rację”, a torys i brexitowiec Michael Gove wyznaje, że marzy mu się „angielski gaullizm”, czyli wojskowa, technologiczna i nuklearna niezależność. Sam kanclerz Merz nie kryje zainteresowania zbliżeniem z Heksagonem na niwie obrony, szczególnie w domenie odstraszania atomowego.
Po 1945 r. Francja wzięła udział w ponad stu konfliktach zbrojnych. Jej wojska zdobywając Bizertę, Kolwezi czy Timbuktu pokazały, że nie zapomniały, jak się walczy. Asertywna obecność Republiki na wschodniej flance NATO – w Estonii i Rumunii – kontrastuje z nieporadnymi próbami uformowania niemieckiej brygady na Litwie. W ostatnich dniach, znów, to Paryż posłał marynarkę wojenną na pomoc Cyprowi.
Kiedyś jeden z naszych dyplomatów powiedział mi, że Francja to „państwo w starym stylu, takie, które wciąż egzystuje w historii: jego armia się bije, jego wywiad zabija i kradnie tajemnice handlowe, jego przemysł pracuje na rzecz wojny”. Mówiąc krótko: dożyliśmy czasów, kiedy Niemcy są z Wenus, a Francuzi z Marsa.
Wniosek? Republika może przewodzić Europie tylko jeśli państwa kontynentu uwierzą, że francuskie zapewnienia podniosą poziom ich bezpieczeństwa. A nic tak silnie nie kojarzy się z bezpieczeństwem, jak posiadanie bomby atomowej.
Pasywne partnerstwo: kto może użyć broni atomowej
Zgodnie z republikańską tradycją prezydent powinien w ciągu każdej kadencji wyłożyć aktualną doktrynę odstraszania atomowego. Emmanuel Macron zrobił to zgodnie z duchem czasów: dbając o zasięgi w mediach społecznościowych.
Wybór miejsca był oczywiście nieprzypadkowy: bazę marynarki wojennej Île Longue sam de Gaulle wskazał na siedzibę morskiego komponentu sił odstraszania nuklearnego. Prezydencki samolot przybył na miejsce eskortowany przez Rafale B, należące do strategicznych sił powietrznych: tych zdolnych przenosić broń masowego rażenia. Mowę, która wzbudziła takie zainteresowanie, Macron wygłosił mając za plecami okręt podwodny klasy Triomphant, uzbrojony w zmodernizowane pociski balistyczne z ładunkiem termojądrowym M51.3.
W tych warunkach odśpiewana przez dostojników „Marsylianka” wybrzmiała szczególnie przekonująco. Swoją drogą, za pierwszej kadencji obecnego prezydenta aranżacja hymnu była szybsza i bardziej marszowa; miała się kojarzyć ze śmiałością i werwą. W Île Longue wrażenie było inne: dostojeństwa i powagi.
Macron musiał przekonać Europejczyków, że jest gotów „podzielić się” swoim arsenałem nuklearnym, ale też uspokoić Francuzów, że zachowa kontrolę nad jego użyciem. Dalej: musiał powiedzieć na tyle dużo, by nowa doktryna przemówiła do partnerów, ale nie nazbyt wiele, by nie dostarczać nadmiaru informacji nieprzyjaciołom.
Próbą pogodzenia tych zamierzeń jest doktryna „wysuniętego odstraszania”. W praktyce sprowadza się do ustanowienia obecności francuskich powietrznych sił strategicznych na terytoriach wybranych europejskich sojuszników i „europeizacji” ćwiczeń atomowych „Poker”. Francja zwiększy liczbę głowic nuklearnych, zastrzegając, że od tej pory nie będzie komunikować otwarcie, ile ich posiada.
W tym scenariuszu nieprzyjaciel (czytaj: Rosja) nie wie, ani na ile bomb ma być gotowy, ani z jakiego kierunku będą nadlatywać.
Macron podkreśla, że decyzja o użyciu broni jądrowej pozostanie w rękach prezydenta Republiki i nikogo więcej. Nie będzie „czerwonych linii”, po przekroczeniu których byłby zobowiązany odpowiedzieć przy użyciu bomby atomowej. Nie będzie, jak w NATO, Grupy Planowania Nuklearnego, w ramach której sojusznicy omawiają doktrynę, cele, możliwe scenariusze. Nie będzie możliwości, aby bomby zrzucali inni piloci aniżeli francuscy.
Oznacza to, że Paryż proponuje nie aktywne, ale pasywne partnerstwo w zakresie odstraszania atomowego. Sojusznicy mogą udostępnić terytorium, mogą brać udział w ćwiczeniach, mogą zapewnić wsparcie, ale nie mogą uczestniczyć w procesie decyzyjnym. Czy to z polskiego punktu widzenia gorsze warunki niż amerykańskie? Sęk w tym, że Francja sformułowała wobec nas jakąkolwiek ofertę – USA nadal nie przemówiły językiem konkretu.
Czy sojusznicy będą zależni od Paryża?
Z tej wielkiej chmury atomowej może być jednak bardzo mały deszcz: rzecz może się skończyć na rotacyjnym stacjonowaniu w kilku bazach francuskich samolotów zdolnych przenosić ładunki atomowe, ale nieuzbrojonych. Przelatywanie nad terytorium sojuszników z bombami atomowymi nie było dotąd praktykowane tak ze względów dyplomatycznych, jak i bezpieczeństwa.
Wprowadzony zostanie więc, tylko i aż, element niepewności: w chwili kryzysu można byłoby przenieść głowice do Polski, Grecji czy Szwecji, ale nie byłyby tam składowane w sposób ciągły. Alianci mogliby brać udział w ćwiczeniach „Poker”, dostarczając ich komponent konwencjonalny.
Mówiąc prościej: przypadłaby nam rola tych, którzy zapewnią razem z Francuzami obstawę dla Rafali uzbrojonych w broń atomową czy oczyszczą im drogę z systemów obrony przeciwlotniczej. Oczywiście, chcielibyśmy większego zaangażowania i bliższej współpracy, ale przemówienie Macrona o tym nie przesądza.
Nie traćmy z oczu aspektów czysto operacyjnych, bo wpływają na wymiar polityczny. Francja nie wraca do pełnej triady nuklearnej, czyli do zdolności przeprowadzenia ataku z lądu, wody i powietrza. Silosy, jak te, które do 1996 r. znajdowały się na płaskowyżu Albion, to nazbyt łatwe cele w czasach naddźwiękowych, hiperprecyzyjnych rakiet. Republika stawia na elastyczność i dynamikę, które ma zapewniać zmodernizowana „diada”, czyli pociski przenoszone przez samoloty i okręty podwodne.
Nie ma mowy o odtworzeniu potencjału taktycznego, czyli słabszych głowic nuklearnych, użytecznych na niższych szczeblach drabiny eskalacyjnej.
Francuzi wychodzą z modelu „wszystko albo nic”, jeśli mowa o użyciu broni masowego rażenia. Właśnie w tym celu rozważają rozlokowanie w wybranych państwach samolotów zdolnych przenosić ładunki o mniejszej sile. Również w tym celu, jak się zdaje, rozwijają produkcję rakiet o zasięgu 2000 km, dając sobie możliwość odpowiedzi stanowczej, ale nadal „przednuklearnej”.
Oznacza to, że kraj posiadający na swoim terytorium francuską broń atomową będzie w praktyce na łasce Paryża. W razie pogorszenia relacji wzajemnych można sobie wyobrazić wycofanie tego potencjału. Samo zagrożenie takim posunięciem będzie miało moc sprawczą. A Republika korzysta tak czy inaczej, bo zyskuje kartę przetargową w rozmowach i z europejskimi sojusznikami, i z Rosją.
Stworzenie „atomowego archipelagu” od Szwecji po Grecję dałoby przecież Paryżowi bezcenną głębię strategiczną. Wróg musiałby się liczyć z atakami z wielu stron; na unieszkodliwienie naddźwiękowego pocisku odpalonego z terytorium pobliskiej Polski miałby znacznie mniej czasu.
Dla Francji ta taktyczna mobilność jest atrakcyjna, ale jej alianci woleliby strategiczną pewność. Na „francuskie silosy” nie ma jednak co liczyć. Trzeba szukać innych sposobów, by ich siły odstraszania mocniej zakotwiczyć, a relacje ułożyć bardziej po partnersku. Inaczej ryzykujemy wymianę Trumpa na mini-Trumpa, czyli lidera równie transakcyjnego, ale niemającego amerykańskiego potencjału.
Francja i Rosja: czy możliwe jest nowe porozumienie Paryża z Moskwą?
Problemów jest więcej. Wcześniej przekaz był prosty: inwazja na Francję skończy się nuklearną zagładą agresora; jak powiedział sam Macron: „po naszym ataku nikt się już nie podniesie”. W istocie: najsilniejsza bomba zdetonowana przez Francuzów, „Canopus”, była 170 razy potężniejsza od tej, która spadła na Hiroszimę.
Rozszerzone odstraszanie komplikuje ten przekaz. Do tej pory, na bazie deklaracji z Chequers i Lancaster House, można było sądzić, że Paryż i Londyn użyją broni atomowej w obronie tego drugiego, szczególnie bliskiego sojusznika. Wiarygodne byłoby rozszerzenie tej gwarancji na Niemcy; lepiej bronić się na terenie sąsiada niż w Alzacji.
Teraz Francja utrzymuje jednak, że chciałaby chronić rozległe obszary UE. Kreml może założyć, że kto chce osłaniać wszystkich, w praktyce nie będzie osłaniać nikogo.
Trzeba przyznać: ze wszystkich państw Zachodu najprędzej broni atomowej użyłaby Francja, właśnie dlatego, że jest słabsza niż USA i bardziej zagrożona niż Wielka Brytania. Czy jednak będzie zdolna do tego w obronie Białegostoku? Wątpliwe. Rosjanie testować więc będą wartość francuskich zapewnień.
Należy się spodziewać prowokacji, które będą miały wywołać wrażenie, że alians z Francją przyciąga agresję, ale przed nią nie chroni. Paryż musiałby więc połączyć ofertę atomową ze znacznym wzrostem zaangażowania konwencjonalnego. Czy, mając w pamięci jej liczne zobowiązania pozaeuropejskie, uznamy, że jest to realne?
Inna trudność to ryzyko wycofania sił strategicznych z naszego regionu w zamian za rosyjskie ustępstwa w innych częściach świata, np. w Afryce. Znawczyni relacji Paryż–Moskwa Elsa Vidal pisała o „przeklętym cyklu”: détente (odprężenie), entente (porozumienie), coopération (współpraca).
Tak było nawet po tym, jak oba te państwa toczyły ze sobą wojny. Czy możemy mieć pewność, że reprezentujący nacjonalistów prezydent Bardella, który z pewnością mógłby liczyć na gesty przyjaźni ze strony Rosjan, nie zdecyduje się ich odwzajemnić? Czy nie uzna, że lepsza jest droga układów, koncert mocarstw, podział stref wpływów? Czy kontrakty energetyczne, partnerstwo wywiadowcze w zakresie walki z islamizmem albo transfer technologii kosmicznej nie będą warte zniesienia sankcji?
Czy Europa zapłaci za francuski parasol nuklearny?
I jeszcze coś. Dostarczyciel bezpieczeństwa zawsze oczekuje rekompensaty. Biorca bezpieczeństwa musi mu płacić za same zapewnienia, bez gwarancji ich wypłacalności.
Marine Le Pen już powiedziała wprost to, co zręczniejszy polityk wyraziłby subtelniej: w zamian za „parasol nuklearny” Francja powinna oczekiwać zakupów jej broni. Myślę, że obecna ministra sił zbrojnych Catherine Vautrin ma to na myśli, kiedy mówi o potrzebie zapewnienia „interoperacyjności” i wkładu Europejczyków w „komponent konwencjonalny odstraszania”.
Transakcyjnie nastawieni Francuzi nie zaakceptują sytuacji, w której „łożą” na nasze bezpieczeństwo, a my broń kupujemy w Ameryce czy Korei.
Francuscy eksperci, z którymi rozmawiałem, zapytani o możliwość połączenia ich nuclear sharing z amerykańskim, odpowiadali, że w praktyce trudno to sobie wyobrazić. Jak wiadomo, brak konkurenta sprzyja wyciśnięciu z partnerów korzystniejszych warunków. Przy kolejnych głosowaniach w UE presja Paryża stanie się bardziej odczuwalna; przypomnijmy: szantaż atomowy jest przywilejem nie tylko wrogów, ale też przyjaciół.
Musimy zatem wycenić realną, a nie symboliczną wartość francuskiej polisy i bezceremonialnie się przy określeniu jej warunków targować. Również wykorzystując ją jako środek nacisku na Amerykanów, by przedstawili własną ofertę. O ile zacząłem górnolotnie, od bohatera obu naszych narodów, marszałka Focha, to nie skończę na Rolandzie. Na koniec dnia bowiem polityka międzynarodowa to nie epos rycerski, ale kwota zapisana na kartce papieru.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















