To nie była typowa ceremonia zaprzysiężenia. Z uwagi na panujący w Waszyngtonie mróz, po raz pierwszy od 40 lat nowy przywódca USA objął urząd w Rotundzie Kapitolu, a nie tradycyjnie na zewnątrz gmachu.
Bezpośrednimi świadkami inauguracji rządów Trumpa była więc grupa tylko ok. 750 wybrańców: jego rodzina, nominaci do jego gabinetu, byli prezydenci USA, kongresmeni, sędziowie Sądu Najwyższego oraz szefowie big techów, w tym trzej najbogatsi – Elon Musk, Mark Zuckerberg i Jeff Bezos.
Na liście VIP-ów znaleźli się również przywódcy zagraniczni, których Trump zaprosił, zrywając z obowiązującą tradycją. Oprócz wiceprezydenta Chin Hana Zhenga, w Rotundzie Kapitolu brylowali prawicowi politycy wszelkiej maści – od prezydenta Argentyny Javiera Milei po premierkę Włoch Giorgię Meloni.
Co było, a czego nie było w przemówieniu Donalda Trumpa
Dokładnie w południe czasu amerykańskiego, gdy formalnie rozpoczyna się kadencja nowego prezydenta, Trump wygłosił przemowę, która momentami przypominała typową dla jego wieców tyradę.
Ogłosił więc, że wraz z jego powrotem do władzy kończy się „upadek Ameryki” – kraju, w którym jego zdaniem rząd Bidena nie był w stanie rozwiązać problemów wewnętrznych, tylko wikłał się – jak to ujął Trump – w „katastrofalne wydarzenia za granicą”.
„Od dzisiejszego dnia nasz kraj odzyska szacunek na świecie. Absolutnie w każdym momencie moich rządów będę stawiał Amerykę na pierwszym miejscu” – podkreślał Trump, który w swoim 29-minutowym przemówieniu stwierdził, że chce zapisać się na kartach historii jako „rozjemca działający na rzecz pokoju”.
Przy okazji przypisał sobie zasługę doprowadzenia do zawieszenia broni w wojnie Izraela z Hamasem i uwolnienia pierwszych izraelskich zakładników. Po czym odgrażał się, że odzyska kontrolę nad Kanałem Panamskim – strategicznie ważnym połączeniem morskim między Atlantykiem i Pacyfikiem.
O wojnie w Ukrainie, którą, jak wcześniej zapowiadał, chciałby zakończyć już nie w ciągu 24 godzin, ale w pół roku – nie wspomniał ani słowa. Nie było też w ogóle mowy o roli USA w świecie Zachodu, nie padło też ani jedno słowo o sojusznikach Ameryki ani o jej międzynarodowych aliansach, zwłaszcza o NATO.
Fala dekretów: klimat, imigracja, fedrowanie
Już pierwszego dnia Trump zaczął swoje rządy także od podpisania aż 78 rozporządzeń, odkręcających politykę Bidena dotyczącą m.in. polityki zatrudniania w administracji federalnej, ochrony klimatu i imigracji.
W tej ostatniej kwestii przywrócił swój sztandarowy program Remain in Mexico, w myśl którego cudzoziemcy mają czekać na rozpatrzenie wniosków o azyl po meksykańskiej stronie granicy. Wprowadził także stan wyjątkowy na granicy z Meksykiem, co pozwoli na wysłanie tam wojska i Gwardii Narodowej, wstrzymał program przesiedleń uchodźców do USA i wziął się za rozmontowywanie przepisów gwarantujących obywatelstwo wszystkim osobom, które urodziły się w Ameryce, w tym również dzieciom nielegalnych imigrantów. Za ten ostatni ruch Trumpa natychmiast pozwały organizacje praw człowieka.
Półtora tysiąca ułaskawionych puczystów
W tej istnej lawinie dekretów nowy prezydent wprowadził stan wyjątkowy w energetyce, co ułatwi mu zniesienie ograniczeń na wydobycie ropy i gazu. Dodatkowo zdecydował o wycofaniu USA z paryskiego porozumienia klimatycznego (zrobił to także podczas pierwszej kadencji), zawieszenie na 75 dni zakazu działania TikToka na terenie Stanów Zjednoczonych oraz wprowadzenie polityki, według której rząd federalny będzie uznawał jedynie dwie płcie: żeńską i męską (to ukłon w stronę toczącej wojny kulturowe prawicy).
Wbrew wcześniejszym groźbom o narzuceniu ceł na Meksyk i Kanadę, Trump nie zrobił tego pierwszego dnia prezydentury, zarządzając jedynie, by agencje federalne przyjrzały się dokładnie amerykańskiej polityce handlowej.
Świeżo zaprzysiężony prezydent ułaskawił za to ponad półtora tysiąca osób, które były oskarżone lub zostały już skazane za udział w ataku na Kapitol 6 stycznia 2021 r. Przypomnijmy, że była to de facto próba puczu – uniemożliwienia parlamentowi federalnemu zatwierdzenia wyborów, które wygrał Joe Biden.
Wielki powrót Trumpa – mimo serii poważnych zarzutów
Donald Trump powrócił do Białego Domu, choć jeszcze dwa lata temu uchodził za liżącego rany pariasa, od którego dystansowała się jego własna Partia Republikańska. Odkuł się jednak politycznie m.in. dzięki zarzutom karnym postawionym mu przez nowojorską prokuraturę wiosną 2023 r. Oskarżony o fałszowanie dokumentacji biznesowej, a niedawno skazany (choć bez zasądzenia kary), zrobił z siebie męczennika, co pomogło mu podgrzać swoją kampanię prezydencką.
I tak, mimo szeregu z pozoru ciągnących go w dół wydarzeń na przestrzeni ostatnich ośmiu lat – kolejnych procesów karnych i cywilnych oraz zarzutów w ramach dwóch procedur impeachmentu (w tym o podżeganie do szturmu na Kapitol) – Trump znów może urządzać politykę wewnętrzną i zagraniczną Stanów według własnej wizji.
I zaczął to robić w innej atmosferze niż w 2017 r., gdy po raz pierwszy obejmował władzę. Komentatorzy zwracają uwagę, że w weekend poprzedzający inaugurację anytrumpowskie demonstracje były znacznie mniejsze niż osiem lat temu. Politycy Partii Demokratycznej, jeśli zdecydowali się na bojkot ceremonii inauguracji, nie obnosili się z tym, tłumacząc, iż tego dnia mają inne obowiązki.
Można się domyślać, że nie chcą zadrzeć z człowiekiem, który w czasie kampanii prezydenckiej wielokrotnie odgrażał się, że w przypadku zwycięstwa rozprawi się ze swoimi wrogami, wszczynając wobec nich śledztwa.
„Każdy chce być moim przyjacielem” – mówi Trump. I ma rację
Inauguracja Trumpa 2.0 przebiegła pod znakiem rekordowego poparcia ze strony amerykańskiego biznesu. Na organizację uroczystości związanych z zaprzysiężeniem prezydent-elekt zebrał co najmniej 170 mln dolarów. Jego fundusz wsparły kluczowe firmy technologiczne – m.in. Meta, Google i Amazon, które wydały na ten cel po milionie dolarów.
Żeby była jasność: fundowanie prezydenckiej inauguracji przez amerykański biznes nie jest niczym nowym. Od lat korporacje w ten sposób próbują wkupić się w łaski nowego przywódcy USA. Jednak tym razem kolejka chętnych była wyjątkowo długa. Znalazły się w niej także firmy motoryzacyjne – General Motors oraz Ford, które obawiają się zapowiadanych przez Trumpa ceł na towary z Meksyku, bo właśnie tam dla oszczędności kosztów przeniosły część swojej produkcji.
„Każdy chce być moim przyjacielem” – napisał Trump na swojej platformie Truth Social jeszcze na miesiąc przed objęciem urzędu. I tu akurat się nie pomylił. Bez względu na to, jak kontrowersyjne będą jego posunięcia w USA i na arenie międzynarodowej, układać z nim będzie musiał się cały świat. Tym razem Trump wie lepiej, jak działają mechanizmy władzy, i otacza się głównie swoimi lojalistami. Tak zaczyna się era Trumpa 2.0.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















