Polscy nacjonaliści na manowcach. Diagnoza Machcewicza

Ten sam język, co w latach 60., odnajduję we współczesnej narracji o „pedagogice hańby” czy „pedagogice wstydu”, uprawianej rzekomo przez część polskich elit i historyków – mówi historyk prof. Paweł Machcewicz.
Czyta się kilka minut
Marsz Niepodległości. Warszawa, 11.11.2025 r. // Fot. Adam Chełstowski / Forum
Marsz Niepodległości. Warszawa, 11.11.2025 r. // Fot. Adam Chełstowski / Forum

JACEK STAWISKI: Pańska najnowsza książka nosi tytuł „Narodowy komunizm po polsku”. Czy nie lepiej było napisać „nacjonalistyczny komunizm”?

Paweł Machcewicz: Nacjonalizm ma w języku polskim negatywne zabarwienie, sugeruje konflikt i wrogość wobec innych narodów. Tymczasem „partyzanci” Moczara, oprócz wykorzystywania antysemityzmu, odwoływali się do tych wątków narodowej, niekomunistycznej tradycji, które zdecydowana większość Polaków postrzega pozytywnie: Armii Krajowej, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, obrony Polski we wrześniu 1939 roku, walki o niepodległość w XIX wieku. To nie musi być tożsame z nacjonalizmem.

„Model polskości i patriotyzmu, a także sposoby uprawiania polityki i mobilizowania poparcia społecznego w wydaniu »partyzantów« okazały się zadziwiająco trwałe i odnajdowałem je wokół siebie w rzeczywistości Polski drugiej i trzeciej dekady obecnego stulecia”. O jakim modelu Pan myśli? Jakie zjawiska przypominają Panu lata 60.?

Chodzi o model polskości i patriotyzmu, w którym na plan pierwszy wysuwa się zagrożenia dla narodowej wspólnoty, przedstawia się ją jako oblężoną twierdzę, zagrożoną przez zewnętrznych wrogów, wspieranych przez wewnętrznych zdrajców, pozornie Polaków, ale w istocie służących obcym interesom.

Obcy versus Polacy. Kiedyś syjoniści (Żydzi), a dzisiaj kto? Imigranci? Bruksela? A może wszystkiemu winni są Niemcy?

Antyniemieckość w latach 60. i antyniemieckość dzisiaj – to są oczywiście punkty wspólne. Wtedy oprócz Niemców wrogami byli syjoniści, a z czasem wręcz wszyscy Żydzi. W dyskursie „partyzanckim” występował zresztą spisek syjonistyczno-izraelsko-zachodnioniemiecki, którego celem miało być zdjęcie odpowiedzialności za Holokaust z Niemców i przerzucenie jej na Polaków.

Dzisiaj mamy do czynienia ze zmodyfikowaną wersją tej teorii, ale o rzekomych próbach uchylenia się przez współczesnych Niemców od historycznych win też przecież słyszymy. Antysemityzm jest już w tej chwili otwarcie używany przez Konfederację Brauna, syjonistów i Żydów zastąpili zaś imigranci. Wrogiem stała się Unia Europejska, która w latach 60. po pierwsze nie istniała, a po drugie: Polacy nie mogli w ogóle wtedy marzyć, by być częścią integrującej się Europy.

Czy i dzisiaj polski nacjonalizm może liczyć na to, że kostium antyniemieckości będzie dla niego solidnym oparciem?

W latach 60. antyniemieckość miała realne podstawy polityczne i społeczne. Niemcy Zachodnie nie uznawały granicy na Odrze i Nysie, wielu byłych nazistów zajmowało wysokie stanowiska w aparacie państwowym, sądownictwie i mediach – pod tym względem peerelowska propaganda nie kłamała. Wojna była dla Polaków wciąż świeżym doświadczeniem – skończyła się raptem dwie dekady wcześniej, pamięć o niemieckich zbrodniach była żywa niemal w każdej polskiej rodzinie, w wielu miastach były jeszcze widoczne ślady zniszczeń.

Dzisiaj jesteśmy 80 lat po wojnie, a demokratyczne Niemcy są naszym sojusznikiem w NATO i Unii. Fundamentem współczesnej niemieckiej kultury politycznej i obywatelskiej jest odpowiedzialność za zbrodnie narodowego socjalizmu, choć głównie te popełnione na Żydach. Dla innych kategorii ofiar, w tym Polaków, jest rzeczywiście mniej miejsca.

Z tego konsensusu wyłamuje się właściwie tylko AfD. Dlatego współczesny prawicowy dyskurs antyniemiecki w Polsce jest oderwany od rzeczywistości, kreuje kraj, którego nie ma, ale jest to potrzebne do wytwarzania poczucia zagrożenia, zarządzania lękami i fobiami, opartymi na historycznym doświadczeniu – stosunkowo już odległym, ale przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Okazuje się to skuteczne w prawicowym elektoracie, jak pokazują badania opinii, choćby Barometr Polsko-Niemiecki.

Wspomnijmy o liście biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku – furia władz PRL w reakcji, ale i poczucie satysfakcji, że kościelna hierarchia poszła za daleko, a społeczeństwo widzi ten błąd i bardziej będzie skłonne do wspierania władz.

Gdy analizujemy partyjne czy esbeckie raporty o nastrojach, ale także dzienniki z tamtego czasu, wśród ludzi dominuje dystans, a nawet negatywne nastawienie do tego, co zrobił episkopat.

Jerzy Zawieyski, działacz Klubów Inteligencji Katolickiej i człowiek bliski kardynałowi Wyszyńskiemu, uważał, że biskupi popełnili błąd polityczny i moralny – nie mieli prawa wybaczać w imieniu narodu, ani tym bardziej prosić o wybaczenie. Zawieyski notuje w dzienniku, że wierni wychodzili z kościoła w czasie odczytywania listu biskupów.

Antysemityzm – wtedy jedna z esencji moczaryzmu – dzisiaj jest esencją ruchu Brauna. Jednak prawica polska jest silnie proamerykańska, więc przejawy antysemityzmu byłyby pokazem antyamerykańskości. Czy choćby z uwagi na przywiązanie do USA jako przeciwwagi dla UE, Brukseli i Niemiec – duża część prawicy postanowi nie odwoływać się do antysemityzmu?

Politycy prawicy w większości zdają sobie sprawę, że używanie haseł antysemickich jest dzisiaj kompromitujące w oczach opinii światowej; odcinałoby od wsparcia Stanów Zjednoczonych, i to niezależnie od tego, kto jest tam prezydentem. Istnieje jednak napięcie i sprzeczność w podejściu prawicy. 

PiS w imię obrony dobrego wizerunku Polski zaangażował się w walkę z historykami ujawniającymi udział niektórych Polaków w prześladowanie Żydów w czasie wojny – doprowadziło to do nowelizacji ustawy o IPN, do której wprowadzono zapis o możliwości sankcji karnych dla badaczy. 

To zaś spowodowało kryzys w stosunkach z USA i Izraelem. Sukces Brauna pokazuje, że wciąż można zyskiwać szerokie poparcie sięgając otwarcie po antysemityzm.

W książce niewiele Pan pisze o kwestiach ukraińskich. Czy było to mało istotne, czy też powodem stały się uwarunkowania, jak to się modnie mówi, geopolityczne? Związek Radziecki był nie tylko sąsiadem. Jego interesy były nadrzędne i dlatego o problemach relacji z narodami ZSRR nie wolno było dyskutować. Moczarowcy przywołując polską tradycję nacjonalistyczną musieli mieć świadomość, że należy do niej też antyukraińskość.

Ci, którzy pochodzili z Wołynia czy Galicji Wschodniej, pamiętali o dokonanych tam masowych zbrodniach na Polakach, ale to były tematy przez władzę tabuizowane. Po pierwsze, obowiązywała przyjaźń ze Związkiem Radzieckim, a jego częścią była Ukraina. Po drugie, tabuizowano to, że Polska rozciągała się tak daleko na wschód.

Antyukraińskość sprowadzała się w gruncie rzeczy w PRL-u do przypominania zbrodni popełnionych przez UPA już w granicach powojennej Polski. W 1959 r. wydano książkę Jana Gerharda „Łuny w Bieszczadach”, a dwa lata później na jej motywach powstał film „Ogniomistrz Kaleń”. Jednak to był absolutny margines oficjalnej narracji. „Partyzanci” też tego nie podejmowali.

Tak samo tabuizowano wszelkie zbrodnie rosyjskie, co nie znaczy, że ta część polskiego społeczeństwa, która ich doświadczyła, o nich nie pamiętała. Tak na marginesie, Mieczysław Moczar tak naprawdę nazywał się Nikołaj Demko. Był synem prawosławnego chłopa spod Grodna. Nie wiadomo, o jakiej tożsamości, czy ukraińskiej, czy białoruskiej, być może nie była ona określona, ale jest pewnym paradoksem, że twórca narodowej ideologii w wydaniu komunistycznym miał korzenie częściowo niepolskie.

Pisze Pan w książce, że gdzieś podskórnie „moczarowcy” byli świadomi, iż nie można przekraczać pewnej granicy antyradzieckości – ale gdzieś chyba też odczuwali tęsknotę Polaków za antyrosyjskością. W pewnym uproszczeniu, byli za wspominaniem pewnych wydarzeń, choćby powstań przeciwko Rosji. Co stanowiło granicę? Wspomnienie Katynia?

Katyń oczywiście przedstawiano w oficjalnym dyskursie jako zbrodnię niemiecką, antyradzieckość zaś była pocałunkiem śmierci w komunistycznej elicie władzy. Istniała jednak cała gama możliwych aluzji. „Partyzanci” wzięli np. na sztandary książkę Zbigniewa Załuskiego „Siedem polskich grzechów głównych” z 1962 roku. 

Moim zdaniem żadna inna książka historyczna w PRL-u nie wywołała tak ogromnej dyskusji. Książka jest apologią XIX-wiecznych powstań, czy w ogóle mówiąc szerzej – zbrojnej walki o niepodległość, głównie wymierzonej w imperium carskie, czyli w Rosję. Więc to po pierwsze było pewną antyrosyjskością, tylko ubraną w kostium historyczny i przedstawianą jako nie tyle antyrosyjskość, co antycarskość. 

Natomiast w dyskursie moczarowskim bardzo silne było przypominanie tego, co się działo w latach 50. Na ogół bez używania słowa „stalinizm”, bo ono już wówczas przez cenzurę było eliminowane. Pisano o okresie błędów i wypaczeń czy o okresie kultu jednostki. I wspominano, że zwalczano wtedy tradycję i kulturę narodową; wielu widziało, że chodzi tu o rusyfikację i sowietyzację.

I wreszcie, pojawiały się też pewne aluzje w wystąpieniach Moczara – najbardziej znana pochodzi z jego wywiadu dla PAP z kwietnia 1968 r. Moczar zaatakował stalinistów i powiedział, że z tradycją narodową walczyli ci, którzy przyszli ze wschodu, przybrani w oficerskie szynele.

Mieczysław Moczar (z lewej) na spotkaniu z kombatantami. Warszawa, 1966 r. // Fot. Zbyszko Siemaszko / Narodowe Archiwum Cyfrowe

To była często mowa ezopowa, ale ci, którzy uważnie słuchali i czytali, wiedzieli, że chodziło o komunistów polskich, często żydowskiego pochodzenia, co Moczar też podkreślał na każdym kroku. Tych, którzy przyszli do Polski wraz z Armią Czerwoną. Na więcej nie mógł sobie pozwolić, zresztą to i tak była ryzykowna gra. 

Myślę, że Kreml nie udzielił Moczarowi poparcia w momencie rozgrywki o sukcesję po Gomułce w grudniu 1970 r. właśnie ze względu na jego nacjonalizm. Są przekazy, że w Moskwie mówiono, iż nie chcemy w Polsce drugiego Ceauşeascu, kolejnego przywódcy komunistycznego, który prezentowałby linię nacjonalistyczną, w domyśle przynajmniej częściowo antyrosyjską.

Wspomniał Pan o książce „Siedem polskich grzechów głównych”. Pamiętam ją w księgarniach, bo w latach 80. miała wznowienia. Szeroko Pan opisuje, jak żywą dyskusję o polskiej kulturze, o sposobie prezentowania przeszłości, choćby poprzez filmy fabularne, ta książka wywołała. Jakie wnioski na dzisiaj Pan wynosi z tej dyskusji sprzed ponad sześciu dekad? Czy kultura dla polityków była ważniejsza niż dzisiaj?

W pewnym sensie tak, ale chodziło o kulturę w specyficznym rozumieniu, postrzeganą w kontekście politycznym. Dyskusja wokół książki Załuskiego zaangażowała samego Władysława Gomułkę. W pewnym momencie polecił ją przerwać, ponieważ uważał, że prowadzi do zbyt daleko idącej rehabilitacji niekomunistycznych nurtów polskiej historii, w tym powstań antyrosyjskich. 

Gomułka nakazał Arturowi Starewiczowi, to był jeden z jego najbliższych współpracowników w aparacie KC, napisanie artykułu do „Trybuny Ludu”, w którym ta dyskusja zostanie podsumowana i zakończona. Starewicz w trakcie pisania konsultował się z Gomułką, co pokazuje, że wówczas autorytarny przywódca partii i państwa znajdował czas na to, by ingerować w dyskusję o konkretnej książce.

Tak samo filmy historyczne były traktowane niezwykle poważnie. Najważniejszą debatą na ten temat w PRL-u, a myślę, że w całym okresie Polski powojennej, włącznie z III RP, była dyskusja wokół ekranizacji „Popiołów” Stefana Żeromskiego, dokonanej przez Andrzeja Wajdę

Film wszedł na ekrany w 1965 r. i Wajda został poddany frontalnym atakom ze strony obozu „partyzanckiego”. Był oskarżany o to, że wypacza dzieło Żeromskiego, kwestionuje sens walki o niepodległość u boku Napoleona oraz pokazuje zbrodnie dokonywane przez polskich żołnierzy w trakcie tłumienia powstania w Hiszpanii, a wcześniej na San Domingo.

Dzisiaj jednym z głównych sporów społeczno-politycznych jest to, jak pokazywać przeszłość poprzez kulturę. Czy to ma być jednoznaczna jej afirmacja, czy też próba namysłu nad przeszłością? Myśli Pan, że są tutaj jakieś analogie? Obserwując to, o czym się dziś w Polsce debatuje, jakie mamy dyskusje o kulturze, historii, pamięci, czy gdzieś te echa lat 60. pobrzmiewają?

Echa lat 60. widzę zwłaszcza we współczesnym nastawieniu do historii i pamięci. W dużej mierze w trakcie dyskusji o książce Załuskiego i ekranizacji „Popiołów” stworzono wzór piętnowania tych, którzy nie wpisują się jednoznacznie w gloryfikację tradycji zbrojnej walki o niepodległość. 

Pojawiły się wówczas głosy dziennikarzy i intelektualistów, że – owszem – należy czcić tradycję insurekcyjną, ale jednocześnie warto pytać o sensowność poszczególnych powstań, o ich skutki, często tragiczne. Były też głosy, że Polska i Polacy potrzebują innego modelu patriotyzmu, nie tylko zwróconego w przeszłość, ale też otwartego na współczesność. W tym ujęciu ważniejsze jest, żeby dobrze pracować na rzecz Polski dzisiaj, a nie rozpamiętywać przegrane powstania. 

Jednak ci ludzie, którzy mieli jakieś wątpliwości co do gloryfikacji tradycji powstańczo-niepodległościowej w wydaniu Załuskiego, byli piętnowani jako odszczepieńcy, „szydercy”, jako ci, którzy są kosmopolitami, nie-Polakami, niepatriotami.

Ten sam język odnajduję we współczesnej narracji o „pedagogice hańby” czy „pedagogice wstydu”, uprawianej rzekomo przez część polskich elit i przez polskich historyków. To jest moim zdaniem niemal kalka. Można by obok siebie położyć na dwóch kartkach cytaty z lat 60. i nie tak dawnych czasów, i pokazać je osobom niezorientowanym. Jestem przekonany, że duża część nie wiedziałaby, które pochodzą sprzed ponad sześciu dekad, a które są współczesne.

Musimy jeszcze omówić gorącą kwestię stosunku Polaków do Żydów.

Zwłaszcza postawy wobec Żydów w czasie wojny budziły żywe emocje. W latach 60. całkowicie marginalizuje się wiedzę, która istniała w polskim społeczeństwie, a znajdowała wyraz na obrzeżach dyskursu publicznego jeszcze w pierwszych latach powojennych, czy po październiku 1956 r. 

To była wiedza o tym, że część Polaków wydawała Żydów Niemcom, szantażowała ich czy wręcz zabijała. To zostało całkowicie stabuizowane w latach 60. „Partyzanci” zapoczątkowali kult Sprawiedliwych, czyli Polaków ratujących Żydów. Wyolbrzymiano ich liczbę, tak zresztą jak i dzisiaj, co miało przesłonić właśnie te negatywne postawy Polaków. 

Gdy popatrzymy na dyskusje, które się w Polsce toczyły w ciągu ostatnich dwudziestu paru lat, i ataki, najpierw na Jana Tomasza Grossa, potem na historyków z Centrum Badań nad Zagładą, oraz kolejne próby instrumentalnego wykorzystywania Polaków ratujących Żydów przez dzisiejszą prawicę – to ja w tym widzę kontynuację wątków z lat 60. Często niemal dosłowną, choć metody mogą się oczywiście różnić. 

Służba Bezpieczeństwa w 1968 r. poszukiwała w całym kraju Żydów uratowanych przez Polaków i usiłowała ich nakłonić do deklarowania wdzięczności. Gromadzono materiały na temat pomocy dla Żydów i nakazywano prasie, by je nagłaśniała. Sprawiedliwi byli wtedy, i są dzisiaj, traktowani jako oręż polityczny i ideologiczny, sposób na poprawienie narodowego samopoczucia.

Znowu odwołam się do współczesności. Czy Pana zdaniem nacjonalizm będzie dominującą ideologią w Polsce? A może temperament historyka, ale też temperament w jakiejś mierze publicystyczny podpowiada Panu, że nie ma takiego niebezpieczeństwa? Czy jesteśmy w momencie, w którym sentyment nacjonalistyczny może okazać się najsilniejszym sentymentem w Polsce?

Moim zdaniem doświadczamy, i to już od wielu lat, wzrostu nastrojów nacjonalistycznych czy wręcz ksenofobicznych. Wybory prezydenckie wygrał kandydat, który wprost sięgał po hasła antyukraińskie, a w drugiej turze zwyciężył dzięki przejęciu głosów oddanych na dwóch innych nacjonalistycznie i antyukraińsko nastawionych kandydatów, w tym jednego otwarcie głoszącego kiedyś hasła antysemickie.

Gdy patrzy się na sondaże, to około 50 proc. Polaków, a niekiedy nawet więcej, popiera partie nacjonalistyczne, które łączy antyunijność, antyniemieckość i w dużej mierze antyukraińskość. Wzrost takich nastrojów, a także wrogiego nastawienia do imigrantów, to fenomen, który występuje nie tylko w Polsce, ale w większości krajów europejskich, nie mówiąc o Ameryce Trumpa.  

U nas widać to jednak szczególnie silnie. Na AfD w Niemczech chce głosować w końcu „tylko” jedna czwarta wyborców, jest to partia wciąż izolowana przez wszystkie inne siły polityczne. Paliwem są nastroje antyimigranckie. 

W Europie Zachodniej obecność imigrantów z innych kręgów kulturowych jest rzeczywiście bardzo duża, ale u nas wciąż – ograniczona. Mamy przede wszystkim Ukraińców i dlatego nastroje antyukraińskie są w ciągu ostatnich dwóch lat paliwem dla jednej i drugiej partii z Konfederacją w nazwie, ale coraz częściej także dla PiS. 

Jaki będzie dalszy ciąg? Nacjonalizm ma wielką siłę mobilizującą, odwołuje się do pierwotnych instynktów, np. do poczucia przynależności do wspólnoty etnicznej. To jest identyfikacja dostępna dla każdego, najbardziej elementarna, a żyjemy w czasach zagrożeń, kiedy ludzie potrzebują wspólnotowości.

Gdzieś umknęła nam w tej rozmowie Rosja.

Paradoksem jest, że największe zagrożenie płynie z Moskwy, natomiast nasi nacjonaliści jako wroga przedstawiają bynajmniej nie Rosję, tylko Niemcy i Unię Europejską, często także Ukrainę, a w przypadku Brauna również Żydów. To podważa zakorzenienie Polski w zachodnim sojuszu. A sojusz ten jest moim zdaniem najważniejszym fundamentem i gwarancją przetrwania Polski jako kraju niepodległego i demokratycznego. 

Problem w tym, czy siły – nazwijmy to – lewicowe z jednej strony, a liberalne z drugiej będą w stanie przeciwstawić się fali nacjonalistycznej. Opowieść lewicy zawsze koncentrowała się na zupełnie innych wartościach niż nacjonalizm, na sprawiedliwości i równości. 

Liberałowie mówili o wolności, rozwoju, modernizacji, wzroście dobrobytu. Wydaje się, że te hasła mają dzisiaj mniejszą siłę mobilizacji. Pytanie brzmi, czy lewica i liberalne centrum potrafią swoją opowieść przedstawić w równie atrakcyjny sposób, co nacjonalistyczna prawica, czy potrafią zaprezentować własne wizje wspólnoty i patriotyzmu.

Od odpowiedzi na to pytanie zależy przyszłość Polski i nasza przynależność do świata demokratycznego Zachodu. To zdawało się bezsporne jeszcze 15 lat temu, ale dzisiaj wcale nie wydaje się już pewne.

Paweł Machcewicz // Fot. Jakub Szafrański / Krytyka Polityczna

Prof. Paweł Machcewicz (ur. 1966), historyk dziejów najnowszych, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN, w latach 2008-2017 twórca i pierwszy dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, autor wielu książek na temat historii XX wieku. Ostatnio opublikował „Narodowy komunizm po polsku. »Partyzanci« Moczara” (wydawnictwo Krytyki Politycznej).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Nacjonalizm na wznoszącej fali