Zaczniemy w stylu Wołoszańskiego, będzie tu bowiem mowa wydarzeniu, które dla wielu – w tym niżej podpisanego – było sensacją dwudziestego wieku.
Otóż w sobotę 19 września 1998 r. w warszawskim klubie Stodoła odbyła się impreza pod wieloma względami wyjątkowa. W telewizji od dwóch lat popularnością cieszyła się japońska seria animowana (tzw. anime) pt. „Czarodziejka z Księżyca” (znana też jako „Sailor Moon”).
Chcąc wyjść naprzeciw trendowi, firma Planet Manga, dystrybuująca w Polsce anime, postanowiła zorganizować konwent, czyli zlot fanów Czarodziejki. Z początku wynajem tak dużego budynku wydawał się pomysłem brawurowym, jednak postanowiono zaryzykować, licząc na pojawienie się kilkuset uczestników. Przyszło kilka tysięcy.
Ogromna grupa fanów, przebrana za ulubione postaci z serii, kłębiła się przed wejściem. Niektórzy dostali się do wnętrza, inni tyle szczęścia nie mieli. Stodoła pękała w szwach, a wszyscy mieli świadomość, że uczestniczą w czymś wyjątkowym.
Daleki byłbym od stwierdzenia, że było to wydarzenie definiujące obecność japońskiej popkultury we współczesnej Polsce – choć sentyment i fakt osobistego udziału w imprezie podpowiadają inaczej. Nie da się jednak ukryć, że do wielu osób związanych z raczkującym rynkiem dystrybucji mangi i filmów animowanych w naszym kraju dotarło wówczas, z jak wielką skalą popularności mają do czynienia.
Być może niektórzy zrozumieli także, że tej kuli śniegowej zatrzymać się nie da, a obdarzeni zdolnościami profetycznymi ujrzeli rzeczywistość, w której, niemal trzy dekady później, będziemy mogli oglądać anime w kinach, a mangi znaleźć w każdej księgarni.
W tym miejscu należałoby wcisnąć wirtualną pauzę i zadać sobie trudne, acz potrzebne pytanie: manga – czyli właściwie co?
Co to jest manga
Ponieważ mam przyjemność prowadzić działalność akademicką, rozważania na temat definicji są zwykle wodą na mój młyn, jednak w tym przypadku mąki z tego nie będzie. Nad zdefiniowaniem mangi, a także nad tym, czy w ogóle istnieje takie zjawisko, eksperci głowią się bowiem od lat, bez spektakularnych efektów.

Spróbujmy: manga to komiks japoński. Co kryje się za tym stwierdzeniem? Czy jest to każdy komiks stworzony przez Japończyka? Każdy stworzony w Japonii? Co jeśli japoński artysta stworzy komiks poza ojczyzną? A jeśli obcokrajowiec stworzy w Japonii komiks, który nie będzie odbiegał od typowych mang?
Właśnie. Typowych – czyli jakich? Czy jesteśmy w stanie wskazać zestaw cech, które czynią z komiksu mangę? Uprzedzając konkluzję: nie. Można spróbować – jednak, siłą rzeczy, operować będziemy takimi sformułowaniami jak „zwykle”, „najczęściej” czy „często”.
Otóż: mangi zwykle są czarno-białe, czy raczej: utrzymane w skali szarości. Owszem, pojawiają się w nich kolorowe strony, bywa, że wręcz całe rozdziały, jednak co do zasady – komiks japoński to komiks niekolorowy. To, co w innych przypadkach osiąga się za pomocą barw, w mangach zazwyczaj przedstawia się przez tak zwane rastry, czyli drobne wzorki, nanoszone na odpowiednie powierzchnie. W ten sposób otrzymuje się ilustracje, które, pomimo braku kolorów, potrafią zaskoczyć głębią czy zastosowaniem oświetlenia.
Jak czytać mangi
Mangi czyta się zwykle od prawej do lewej, czyli odwrotnie niż komiksy zachodnie – tak jak znaczną większość wydawanych w Japonii książek. Pierwsze mangi w Polsce bywały wydawane w kolejności „naszej”, jednak taki zabieg wymaga lustrzanego odwrócenia ilustracji, co może powodować znaczące różnice w odbiorze.
Standardem dziś są zatem mangi wydawane na modłę japońską, co oznacza, że rozpoczęcie przygody z tą gałęzią kultury wymaga pewnego przyzwyczajenia i zmiany nawyków. Specyfika japońskiego rynku komiksów przejawia się między innymi w tym, że większość serii ukazuje się tam najpierw w odcinkach, w specjalistycznych, wysokonakładowych czasopismach.

Gdy rozdziałów uzbiera się wystarczająco dużo, są one wydawane w postaci tomików, których objętość wynosi zwykle ok. 180-200 stron (acz zdarzają się sporo grubsze, jak i zauważalnie cieńsze). To, ile tomów liczy sobie seria, zależy w dużej mierze od jej popularności czy specyfiki grupy odbiorców (o tym niżej). Wiele fabuł zawiera się w pojedynczych tomach, z drugiej strony mamy serie takie, jak choćby uwielbiany na świecie (a ostatnio zekranizowany) „One Piece”, który na chwilę obecną (początek kwietnia 2026 roku) obejmuje 114 tomów (i nadal nie jest ukończony).
Manga to nie tylko wielkie oczy bohaterów
Z czego jeszcze słyną mangi? Gdyby przeprowadzić ankietę wśród osób niekoniecznie czytających je na co dzień, zapewne dowiedzielibyśmy się, że powszechnie kojarzone są z wielkimi oczami. Nie sposób zaprzeczyć temu, że jest coś charakterystycznego w sposobie rysowania oczu przez japońskich artystów, jeśli jednak zgłębić tę kwestię, okazuje się, że i tu trudno jest doszukać się jednoznacznie wspólnych mianowników. Niektóre postaci mają oczy niemal na pół twarzy, u innych proporcje te są o wiele bardziej realistyczne – i nie ma tu ściśle określonej reguły. Podobnie zresztą rzecz się ma z szeroko pojętym stylem rysowania w ogóle.
Podejmowane są próby ujęcia go w schematy, które pozwalałyby zdefiniować mangę na poziomie wizualnym, jednak mamy tu do czynienia z tak zróżnicowanym materiałem, że być może nigdy nie zdołamy zamknąć go w sztywnych ramach. I dobrze – bo mangi mogą zaskoczyć również pod względem formy.
Po bestsellerze, jakim jest seria „Atak tytanów” (2009-2021), można byłoby spodziewać się pięknej, dopracowanej kreski, tymczasem jest ona mocno szkicowa, miejscami koślawa, sprawiająca wręcz wrażenie niedopracowania. Jeśli jednak pochylimy się nad fabułą ilustrowanej w ten sposób historii o ludzkości toczącej rozpaczliwą walkę z krwiożerczymi tytanami, zrozumiemy, że kreska ta wyjątkowo dobrze pasuje do klimatu opowieści. Ta zaś wciąga jak ruchome piaski, nie dając chwili na oddech.
„Dragon Ball” i inne shōnen, czyli mangi dla nastolatków
Przyjrzyjmy się zatem temu, dla kogo właściwie mangi są tworzone, choćby dlatego, że gatunki mang przyjęło się określać właśnie ze względu na domniemane grupy docelowe odbiorców. Mamy więc mangi z gatunku shōnen (czyt. „sioonen”), skierowane do nastoletnich odbiorców, zazwyczaj płci męskiej – czyli klasyczne serie przygodowe, traktujące o bohaterach, ratowaniu świata czy przyjaźni, obfitujące w spektakularne starcia prowadzone z wykorzystaniem najwymyślniejszych specjalnych technik.

Tego typu mangi są zwykle dość długie, często wręcz przedłużane ze względu na utrzymującą się popularność. Do tego gatunku należy uwielbiana na świecie seria „Dragon Ball”, wspomniany już „One Piece” czy „Miecz nieśmiertelnego”. To mangi, które bodaj najlepiej się sprzedają, choć konkurencja na tym polu jest wyjątkowo silna.
„Czarodziejka z Księżyca” i inne shōjo, czyli mangi dla dziewcząt
Do zgoła innej grupy docelowej skierowane są mangi z gatunku shōjo (czyt. „sioodzio”), których odbiorczyniami są w zamyśle dziewczęta. Stereotypowo patrząc, mamy tu więc opowieści romantyczne, czasem nieco komediowe, których akcja często rozgrywa się w środowisku szkolnym. Główną tematykę stanowią perypetie uczuciowe bohaterek, rozterki miłosne tudzież trudne wybory z nimi związane.
Podgatunkiem shōjo są mangi zaliczane do grupy magical girls, których bohaterki, posiadłszy magiczne moce, potrafią zmieniać się w walczące ze złem wojowniczki. Klasycznym przykładem tego typu historii jest oczywiście „Czarodziejka z Księżyca”, ale jeśli ktoś woli bardziej przyziemne i lekkie opowieści, może sięgnąć choćby po serię „Ouran High School Host Club”. Mangi z tego gatunku zwykle nie są tak długie jak shōneny (choć potrafią liczyć i po kilkadziesiąt tomów), perypetie bohaterek zaś zwykle kończą się szczęśliwie.
Mangi dla dzieci i starszych czytelników
Dla starszych czytelników rynek mangowy oferuje gatunki seinen (czyt. „sejnen”) i josei (czyt. „dziosej”) – odpowiednio dla dorosłych panów i pań. Są to grupy o tyle niejednorodne, że wymóg dojrzałości może być spowodowany różnymi czynnikami – od treści brutalnych i nieobyczajnych po tematykę najzwyczajniej w świecie trudną.
Mangi josei to zwykle historie obyczajowe, czasem z domieszką dramatu i z silnie zarysowanymi wątkami psychologicznymi. Jedną z najbardziej rozpoznawalnych na świecie serii seinen jest mroczne fantasy „Berserk”, z mang josei zaś wielu czytelników ceni sobie mangę „Nana”.
Oprócz tego można wyróżnić mangi kodomo, czyli skierowane typowo do dzieci; yaoi oraz yuri – o relacjach osób tej samej płci; tudzież tak zwane „sportówki”, jak popularna również w Polsce seria perypetii młodych piłkarzy pt. „Kapitan Tsubasa”.
O czym właściwie są mangi
I tu płynnie przechodzimy do kolejnego pytania, mianowicie: o czym właściwie są mangi? Chociaż nie, nie przechodzimy, bowiem jest ono w gruncie rzeczy bezzasadne. Równie dobrze można zapytać: o czym są filmy.
Toż wiadomo, że o wszystkim – do wyboru, do koloru. Wiemy już, że w mangach znaleźć można przygody, romanse, sport, fantastyczne światy... To jednak bynajmniej nie wyczerpuje tematu. Opowieść o jazzie osadzona w Japonii lat 60. ubiegłego stulecia? Proszę bardzo, polecam „Wzgórze Apolla”. Postapokaliptyczna wizja ludzkości otrząsającej się z chaosu po wojnie nuklearnej? Oto „Akira”.
Fenomenalnie dobrze napisana historia o braciach-alchemikach z zaskakująco autentycznymi postaciami? „Fullmetal Alchemist” to seria, która zostaje z człowiekiem na długie, długie lata. Jeśli ktoś woli opowieści parodiujące istniejące klisze i bawiące się schematami, powinien koniecznie sięgnąć po serię „One-Punch Man”, natomiast fani opowieści trudnych i alternatywnych po twórczość Tsutomu Niheia (który z wykształcenia jest architektem, co przejawia się w zamiłowaniu do rysowania ogromnych struktur budowlanych). Czytelnicy ceniący sobie horror zainteresują się niewątpliwie mangami Junjiego Itō (z zawodu technika dentystycznego) z bardzo, bardzo niepokojącą historią „Uzumaki” na czele.
Jak manga weszła do mainstreamu
Jak zatem wygląda dostępność tych serii na rynku polskim? Rzecz jasna nie wszystko, co wychodzi w Japonii, trafia do naszego kraju, jednak rzućmy okiem na twarde dane. Pierwsza manga w Polsce, „Aż do nieba”, została wydana w roku 1996 przez istniejące do dziś wydawnictwo J.P.F.
Było to wydarzenie o niezwykle istotnym znaczeniu, poniekąd formacyjne, dające początek procesowi, którego rozkwit obserwujemy w dalszym ciągu. W końcówce lat 90., gdy wychodziły pierwsze tomiki mang, mało kto się spodziewał, że trzy dekady później nad Wisłą będzie ukazywało się ponad siedemdziesiąt tomów... miesięcznie.
Rynek mangowy rozrósł się, rozlał i połączył z nurtem tak zwanego mainstreamu. Oferta wydawnicza jest naprawdę bogata, każdy znajdzie coś dla siebie, a nadążenie za choćby najważniejszymi tytułami staje się coraz większym wyzwaniem – również dla portfela, gdyż niektóre serie publikowane są u nas w wydaniach ekskluzywnych i limitowanych, nierzadko lepszej jakości niż w samej Japonii.
Przebieranki i cosplay, czyli kreatywność w świecie mangi
W sukurs przychodzą tu biblioteki, które coraz częściej zaopatrują się w całkiem pokaźne zbiory mang, bywa też, że organizują spotkania z tłumaczami czy wydawcami. Osoby związane z rynkiem mangowym można spotkać również na konwentach – tak niszowych, lokalnych, organizowanych w szkołach (co niegdyś było standardem), jak i dużych, profesjonalnie przygotowanych imprezach, jak choćby krakowskie Ryucon w Tauron Arenie czy Magnificon w Expo.
Jeden z największych w Europie festiwali fantastyki, poznański Pyrkon, co roku gromadzi dziesiątki tysięcy fanów, z których ogrom w jakimś stopniu zainteresowany jest japońską popkulturą. Od lat 90. i wczesnych dwutysięcznych konwenty przeszły zaskakująco długą drogę – od zlotów fanów czegoś, co powszechnie uznawano za ekscentryczne i egzotyczne, po wielkie, dotowane przez lokalne władze imprezy o charakterze komercyjnym.
Jeszcze dwadzieścia kilka lat temu tłoczyliśmy się z przyjaciółmi przed telewizorem podłączonym do czytnika płyt i wymienialiśmy się kiepskimi kopiami filmów na kasetach wideo – dziś wraz z potomstwem przebieramy się za postaci z ulubionych serii i spędzamy weekend na niesamowitej zabawie jako część mainstreamu.
Właśnie, przebieranki – czy, jak kto woli, cosplay. Tradycja ta przywędrowała do nas niejako z dobrem inwentarza, razem z mangami i anime, jednak trzeba przyznać, że trafiła na bardzo podatny grunt. I tu widać pewną przemianę – kiedyś osoby rozmiłowane w przebieraniu się za ulubione postaci musiały polegać głównie na własnej kreatywności. Pistolety robiło się z kartonów po pizzy, strój wojownika z płaszcza zakupionego za grosze w sklepie z odzieżą na wagę, całości obrazu dopełniał stary kapelusz babci, odpowiednio przemalowany i własnoręcznie ozdobiony farbkami. Miało to swój chałupniczy urok, dziś jednak cosplay to przede wszystkim dobry biznes.
Nadal, rzecz jasna, całkiem sporo osób przygotowuje stroje przynajmniej w jakiejś części samodzielnie, istnieje jednak pokaźna oferta sklepów sprzedających czy to gotowe przebrania, czy akcesoria takie jak peruki. Profesjonalni cosplayerzy mogą sprawdzić się w konwentowych konkursach z bardzo atrakcyjnymi nagrodami, a ci najlepsi z najlepszych biorą udział w zmaganiach międzynarodowych.
Mangi i anime w Polsce: skąd ta moda
Kiedy niemal trzy dekady temu stałem w ścisku przed wejściem do klubu Stodoła, marzyłem tylko o tym, by wejść do środka i poczuć magię wspólnoty z ludźmi, którzy fascynują się tym, co ja. Udało się, miałem szczęście – choć może nieco mu
pomogłem.
W tamtych czasach, w ramach działalności fanowskiej, wydawałem powielany po znajomości na ksero fanowski magazyn dla miłośników „Czarodziejki z Księżyca”, w związku z czym uznałem, że metodą chałupniczą zrobię sobie identyfikator prasowy, a nuż zadziała. Zadziałał. Do dziś pamiętam, jak nie dowierzając własnemu szczęściu, chodziłem po konwencie w towarzystwie znajomych, którym również udało się przecisnąć przez falującą przy wejściu ciżbę.
Na jednym ze stoisk dostałem autograf od pani Danuty Stachyry, lektorki czytającej „Czarodziejkę...”, na innym uścisnąłem dłoń redaktorowi naczelnemu kultowego magazynu „Kawaii”. Na własne oczy zobaczyłem wydawców, dystrybutorów japońskiej popkultury, a przede wszystkim: ludzi, którzy byli jej spragnieni i z jakiegoś powodu czuli to, co ja.
Być może właśnie to poczucie wspólnoty popchnęło mnie potem na japonistykę, na studia do Japonii, wreszcie podszepnęło losowi, by umożliwił mi podjęcie pracy marzeń i zostanie tłumaczem mang. Całkiem możliwe, że przebogata oferta mang i anime na naszym współczesnym rynku wykiełkowała właśnie z tamtych wspólnot, z nieposkromionej radości ludzi, którzy nawzajem się rozumieli i chcieli dawać sobie jak najwięcej.
Jeżeli ktoś nadal się zastanawia, czy nie jest, dajmy na to, za stary na japońską popkulturę, być może przekona go ostatnia już anegdota. Mój świętej pamięci dziadek, jako osoba zawsze obecna w domu, był przeze mnie regularnie proszony o nagrywanie na kasety odcinków moich ulubionych anime, wtedy gdy akurat musiałem spędzać czas w szkole. Osobliwie często domagałem się nagrywania kolejnych odcinków „Dragon Balla”, co poskutkowało rozwinięciem się w moim protoplaście autentycznego zainteresowania tematem.
Wracałem więc ze szkoły – i już widziałem, jak dziadek, przestępując nerwowo z nogi na nogę, obwieszcza mi: „Nie uwierzysz, co się stało! No więc walczyli, a potem...”, na co reagowałem rozpaczliwym „Cicho, nie mów...!”, świadom, że muszę obejrzeć odcinek jak najszybciej, gdyż inaczej będę miał dziadka na sumieniu. Fanowaliśmy więc razem.
Chciałoby się powiedzieć: „dziś sam jestem dziadkiem...”. Na razie jednak razem z nastoletnimi dziećmi wymieniamy się opiniami o ulubionych mangach i anime. Zwykle wieczorami, gdy wrócę z uczelni, na której opowiadam studentom o japońskiej popkulturze. Ot tak, jakby to było coś najzwyklejszego na świecie. Bo chyba już właśnie jest.
Korzystałem z książki „Narodziny i rozkwit Polskiej Rzeczypospolitej Mangowej” autorstwa Łukasza Reczulskiego (wyd. Instytut Archeologii Uniwersytetu Łódzkiego; Stowarzyszenie Naukowe Archeologów Polskich, Oddział w Łodzi, 2023).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














