Europa ugięła się pod naciskiem imigracji. Czy znajdzie jakieś wyjście?

Elity polityczne nie lubią mówić o negatywnych skutkach masowej migracji do Europy: jej przeciwnicy są etykietowani jako rasiści. Plony zakazanej dyskusji zbierają skrajne partie nacjonalistyczne.
Czyta się kilka minut
Miasteczko namiotowe emigrantów przed budynkiem Rady Państwa w Paryżu. Francja, 3 grudnia 2022 r. // Fot. Sevgi / Sipa / East News
Miasteczko namiotowe emigrantów przed budynkiem Rady Państwa w Paryżu. Francja, 3 grudnia 2022 r. // Fot. Sevgi / Sipa / East News

Francuski turysta idzie do polskiego aqua parku i nie może się nadziwić, jak tu kulturalnie i spokojnie. Po czym dołącza do relacji filmik spod Paryża, gdzie inny park wodny ginie w hałasie generowanym przez tłum afrykańskich imigrantów. Niemiecki turysta pokazuje odnowiony dworzec w Katowicach, po czym dołącza obrazy okolic jednego z berlińskich dworców, tonących w śmieciach i przypominających koczowisko. Po chwili wsiada do pociągu i prezentuje tablicę z przedmiotami, których nie wolno wnosić: to nóż, kastet oraz pistolet. Na kolejnej rolce Anglik skleja obrazek sielankowego spaceru po warszawskim Nowym Świecie w sobotni wieczór z londyńską ulicą pełną modlących się, ubranych na czarno muzułmanów oraz rozruchami imigrantów w Leeds.

Algorytm decydujący, co zobaczę na portalach społecznościowych, po reakcji na kilka podobnych filmików hurtem podsuwa kolejne: porównania spokojnych parków w Polsce i tych w Niemczech, gdzie pełno biwakujących imigrantów oraz pozostawianych przez nich odpadów. Widzę porównania czystej plaży nad Bałtykiem oraz śmietnika w podobnym miejscu w Belgii, a potem hit ostatnich tygodni, czyli piosenkę z londyńskiej ulicy, cover przeboju Lewisa Capaldiego, tyle że ze zmienionym tekstem: „Chyba lepiej spakuję swoje torby, by spier... do Polski, gdzie ulice są bezpieczne. Nikt mnie nie wpakuje do więzienia za komentarz na Facebooku”.

Nie wiem, ile z dostarczonych mi nagrań zostało zmanipulowanych, ile pochodzi z innego miejsca i czasu niż ten deklarowany albo porównuje rzeczy nieporównywalne, jak letni wieczór w polskim mieście i zaśmiecone dzielnice Birmingham. Na pewno mniej tu chodzi o fakty, a bardziej o emocje. Z drugiej strony, trudno byłoby dziś w Polsce znaleźć dzielnice grozy, gdzie policja w zasadzie się nie pojawia, by nie prowokować mieszkańców, albo centralne ulice zamienione w koczowiska, jak w Paryżu (ostatecznie „oczyszczone” w większości przed otwarciem igrzysk olimpijskich).

Faktem jest, że staliśmy się jednym z najbezpieczniejszych państw w Europie. Wojny polskich gangów skończyły się 20 lat temu, nie notujemy zamachów terrorystycznych, apogeum terroru piłkarskich chuliganów również mamy za sobą. Patrząc na tzw. Zachód, zaczynamy to doceniać bardziej niż kiedykolwiek.

Imigracja: o czym nie wolno mówić

Tradycyjne media, głównie prasa i telewizja z ich internetowymi emanacjami, są w większości zbyt poprawne, by zniżać się do poziomu ludzi karmiących się strachem przed imigrantami z Bliskiego Wschodu i Afryki (Ukraińców dotyczy to znacznie rzadziej). Tracą jednak przez to jakikolwiek wpływ na odbiorcę szukającego potwierdzenia swych obaw na TikToku, Telegramie i platformie X.

Ten rozdźwięk medialny karmi skrajne partie. Abdykacja szanowanych tytułów skazuje miliony zalęknionych Europejczyków na eksplorację terenów mniej wiarygodnych, ale spójnych w przekazie i dalekich od mainstreamu, z jego nieznoszącą sprzeciwu tezą: „Jeśli nie chcesz u siebie imigrantów, to znaczy, że jesteś nietolerancyjny i pozbawiony empatii. Nie wysłuchamy uważnie twych obaw, ale powiemy ci po raz kolejny, jak bardzo się mylisz i pod jak dużym wpływem nacjonalistów się znajdujesz”.

Jako autorowi dwóch książek o krajach islamu, który poznał wielu wspaniałych Irańczyków, Afgańczyków i Pakistańczyków, nie jest mi łatwo mierzyć się z tym tematem. Tym bardziej nie jest mi łatwo wchodzić w konflikty ze znajomymi aktywistami, wspierającymi na co dzień uchodźców (w tym środowisku rzadko używa się terminu „imigrant”). Widzę – niestety – w ich postawie paradoks. Kierując się szlachetnymi pobudkami, zarazem pomagają w przejściu przez granicę i uporaniu się z procedurami azylowymi młodym mężczyznom, pochodzącym często z krajów, w których prawa kobiet w zasadzie nie istnieją, a osoby nieheteronormatywne zmuszone są do ukrywania swej orientacji w trosce o życie. Aktywiści wierzą, że edukacja i praca pozwalająca na godne utrzymanie pociągną za sobą zmiany w mentalności, nawet jeśli oznaczałoby to odejście od wielu zasad wiary (co zresztą jest szczególnie trudne w społecznościach wyznających islam).

Kłopot w tym, że system pomocy uchodźcom i imigrantom stał się w Europie dysfunkcyjny. Nie integruje tysięcy przybyszów, ale umieszcza ich w swoistym limbo, gdzie wegetują w zatłoczonych ośrodkach przejściowych, bez perspektyw na legalną pracę. Działania zaradcze są nieudolne, a polityka komunikacyjna pełna tematów tabu – w efekcie rośnie popularność skrajnych partii, jak AfD w Niemczech, Zjednoczenie Narodowe we Francji czy Partia Wolności w Holandii.

Deportacje nie działają

26-letni Syryjczyk, który pod koniec sierpnia zasztyletował trzy osoby oraz osiem innych ciężko ranił podczas Festiwalu Różnorodności w niemieckim Solingen, był prawdopodobnie jednym z tysięcy frustratów. Do zaplanowania jego ataku na „zgromadzenie chrześcijan” przyznało się co prawda Państwo Islamskie, ale równie wiarygodna pozostaje teza, że był samotnym desperatem, albo zradykalizował się dopiero ostatnio, gdy okazało się, że ten mlekiem i miodem płynący kraj nie chce się z nim dzielić bogactwem. Jego wniosek o azyl został odrzucony, a on sam miał zostać już rok temu deportowany do Bułgarii jako państwa, w którym przekroczył granicę Unii. Kiedy w ośrodku dla uchodźców w Paderborn pojawili się urzędnicy, Syryjczyka już tam nie było. Pojawił się znowu w kolejnym ośrodku w Solingen kilka dni po upłynięciu półrocznego terminu, jaki dają niemieckie przepisy na przeprowadzenie wydalenia z kraju. Mieszkał 300 metrów od miejsca, w którym dokonał zamachu.

Jak przyznała rzeczniczka MSW, w Niemczech udaje się skutecznie przeprowadzić tylko jedną na siedem deportacji, a służby państwowe, choć mają możliwość przedłużania poszukiwań osób bez prawa pobytu, z reguły z tego nie korzystają. Na koniec 2023 r. osób z nakazem wyjazdu było w Niemczech 280 tys. – z kraju wyrzucono 16 tys. z nich.

Strzały w Szwecji

W 2020 r. znany szwedzki socjolog Göran Adamson opublikował wyniki długotrwałych analiz z lat 2002-2017, z których wynika, że w przypadku 58 proc. wszystkich przestępstw w jego kraju podejrzanymi byli imigranci. W przypadku zabójstw lub prób ich dokonania odsetek ten wyniósł 73, a napadów rabunkowych – 70 proc. Co ciekawe, zasada ta dotyczyła szczególnie ludzi z Bliskiego Wschodu i Afryki, jeśli zaś chodzi o Wietnamczyków – łamali prawo rzadziej niż autochtoni. Szerokie badania Adamsona były odpowiedzią na atmosferę panującą w Szwecji po ogłoszeniu w 2002 r. raportu Agencji Przeciwdziałania Przestępczości, którego nie chciano rozpowszechniać, gdyż – jak napisał dziennik „Aftonbladet” – może „dawać paliwo rasistowskim uprzedzeniom”.

Dziś Szwecja przeżywa gwałtowne przebudzenie: unikanie dyskusji nie rozwiązało problemu. Choć wokół sytuacji w tym kraju narosło wiele mitów, jak ten, że Malmö jest „europejską stolicą gwałtów” (statystyki są rzeczywiście niepokojące, ale liczba takich czynów spada w mieście od 2010 r.), to jednak jeśli chodzi o przestępstwa z użyciem broni palnej, tylko Albania i Czarnogóra są bardziej niebezpiecznymi krajami na kontynencie.

Symbolem obecnej sytuacji jest Rinkeby, dzielnica na północy Sztokholmu, opanowana przez gangi młodych ludzi, których rodzice przyjechali z Somalii. W porachunkach, często z użyciem przemyconej broni maszynowej, zginęły już setki osób, a liczba ataków z użyciem ładunków wybuchowych sięgnęła w ubiegłym roku 133. Sprawcy są coraz młodsi, a wychowuje ich ulica, na której zarabiają, handlując narkotykami. Wielu szybko przestaje się uczyć i ma problem z porozumiewaniem się po szwedzku, także dlatego, że szkoły na przedmieściach są fatalne, a nauczyciele nie chcą w nich pracować. Jak wyliczył liberalny dziennik „Dagens Nyheter”, osoby aresztowane w latach 2017-2021 za udział w strzelaninach w 97 proc. miały imigranckie korzenie, a 56 proc. nie skończyło podstawówki.

Zaostrzanie polityki azylowej

Problem dotyczy nie tylko Somalijczyków. W Szwecji walczą między sobą Kurdowie, a rok temu na festiwalu mniejszości erytrejskiej w Sztokholmie doszło do krwawego starcia zwolenników i przeciwników tamtejszego rządu. 52 osoby zostały ranne, zatrzymano 180 uczestników zajść (do podobnych scen doszło też podczas niemieckiej edycji festiwalu). To paradoks – ludzie uciekający przed biedą i prześladowaniami w północnej Afryce de facto przenoszą swe konflikty na północ Europy.

Centroprawicowy rząd Szwecji zaczął ostatnio zaostrzać politykę azylową – w efekcie po raz pierwszy od 50 lat kraj ten notuje mniej wjazdów niż wyjazdów na stałe. Imigranci są zniechęcani długotrwałymi procedurami, nie mogą też, nawet po uzyskaniu stałego pobytu, sprowadzać rodzin, jeśli nie mają odpowiednich warunków mieszkaniowych i dobrze płatnej pracy.

Ostatni pomysł przyszedł z Danii, która od lat prowadzi surową politykę. Jeśli wniosek przybysza zostanie tam odrzucony, trafia on do ośrodka deportacyjnego, gdzie warunki są kiepskie, a procedurę wydalenia z kraju można przeprowadzać nawet nocą. Ponadto Dania wypowiedziała wojnę tzw. społeczeństwom równoległym i nie pozwala na tworzenie gett. Co ciekawe, zasady te wprowadził rząd socjaldemokratyczny, dzięki czemu skutecznie wytrącił oręż z rąk populistów.

Niemcy i imigranci

W efekcie o azyl w Danii wystąpiło w ubiegłym roku niecałe 2,5 tys. osób, w Szwecji ponad 12,5 tys., podczas gdy w przyjaźniejszych dla imigrantów Niemczech 352 tys. (w rekordowym roku 2016 było to 745 tys.). Dziś ok. 18 proc. (15 mln) społeczeństwa niemieckiego to ludzie, którzy przybyli tam z innych krajów i uzyskali prawo pobytu. 6 mln trafiło tam w latach 2013-2022, z czego ponad milion to Ukraińcy, a pozostali w zdecydowanej większości pochodzą z Azji (głównie z Bliskiego Wschodu) i Afryki.

Jednak Niemcy też zaczęli zmieniać mocno swoją strategię. Na granicach tego państwa pojawiają się właśnie punkty kontrolne, które mają wyrywkowo sprawdzać przejeżdżające samochody i zawracać imigrantów. Działania Berlina, bardzo radykalne i „rozpaczliwe” (tak je ocenił Jan Grabiec, szef Kancelarii Premiera RP), mogą zaważyć na stosunkach z sąsiadami. Władze Polski i Austrii już uznały je za złamanie zasad wspólnotowych oraz praktyczną likwidację strefy Schengen na skutek wieloletniej, błędnej polityki „otwartych drzwi”.

Działania Niemców to skutek presji – 77 proc. społeczeństwa uważa, że konieczna jest szybka zmiana polityki migracyjnej, która wymknęła się spod kontroli w czasach Angeli Merkel, gdy niemal każdy, kto chciał, dostawał azyl, a potem była kontynuowana przez Olafa Scholza (cieszącego się dziś poparciem ledwie 18 proc. społeczeństwa).

W skrócie wyglądało to tak, że przybysze opowiadali historie o czekających ich w ojczyźnie prześladowaniach, ale nikt tych twierdzeń nie weryfikował, choć wiele z nich było bliźniaczo podobnych i skonstruowanych według scenariuszy z internetu. Nie przypadkiem to w Niemczech biura podróży zarabiają fortuny na organizowaniu turystycznych wyjazdów do Afganistanu. Korzystają z nich imigranci – choć we wnioskach azylowych twierdzili, że grozi im śmierć z rąk talibów. Ze zdjęć zamieszczanych w mediach społecznościowych wynika, że odwiedzają krewnych i dobrze się bawią. Kiedy sprawę ujawniła telewizja RTL, niemieckie MSW zaczęło się przerzucać oskarżeniami z władzami lokalnymi. Okazało się, że nikt nie czuje się do końca odpowiedzialny za tych „uchodźców”.

W niemieckim społeczeństwie panuje coraz większa zgoda, by przyjmowanie imigrantów ograniczyć do wyjątkowych przypadków i zająć się patologiami systemu oraz integracją już przybyłych. Takie nastroje bez wątpienia podsycają publikowane w mediach społecznościowych filmy kręcone przez młode Niemki, wysłuchujące na ulicach negatywnych komentarzy na temat swojego ubioru, kierowanych przez imigrantów z krajów arabskich i twierdzących, że mówią w imieniu Allaha. To mogą być oczywiście mocno nagłaśniane jednostkowe zdarzenia, trudniej jednak przejść do porządku dziennego nad podawanym przez niemieckie MSW faktem, że 41 proc. osób podejrzanych o przestępstwa to cudzoziemcy bez niemieckiego paszportu. To wzrost o 18 proc. w stosunku do 2022 r.

Imigracja z Afryki

Stojąca na czele włoskiego rządu Giorgia Meloni gościła pod koniec stycznia delegacje 46 państw afrykańskich. Usłyszeli oni założenia planu, który ma być alternatywą dla masowej migracji – to szkolenia zawodowe, tworzenie miejsc pracy w Afryce (głównie w rolnictwie) oraz zwiększenie nakładów na system weryfikujący prawo do ubiegania się o status uchodźcy. W skrócie chodzi o to, by młodzi Afrykańczycy znaleźli godne życie u siebie. Pod tymi założeniami prawicowej premier z Rzymu mogliby się dziś podpisać niemal wszyscy przywódcy europejscy.

Włochy są jednym z najbardziej dotkniętych nielegalną imigracją krajów Europy. Co prawda apogeum miało miejsce w 2016 r., kiedy to tylko łodziami przybyło do tego kraju (poprzez Lampedusę) 181 tys. ludzi, ale dziś sytuacja znowu się pogarsza. W 2019 r. u brzegów tego kraju pojawiło się 11,5 tys. imigrantów, ale przed rokiem było ich już prawie 158 tys. – najwięcej z Gwinei, Tunezji, Wybrzeża Kości Słoniowej, Bangladeszu, Egiptu, Syrii i Burkina Faso. Większość skorzystała z portów w Libii, gdzie wciąż nie istnieje silny rząd centralny, oraz Tunezji. Co prawda UE podpisała z tym ostatnim krajem umowę o ograniczeniu migracji (wcześniej podobne porozumienia zawarto z Turcją, Marokiem i Libią) oraz zgodziła się przekazać na ten cel miliard euro, jednak wielu ekspertów uważa, że Tunezyjczycy wzięli pieniądze, ale niewiele zrobią.

Czas goni, bo o ile prognozy demograficzne dla świata zakładają znaczący spadek liczby ludności, to nie dotyczy on Afryki Subsaharyjskiej, gdzie do 2100 r. ma się rodzić co drugie dziecko na naszej planecie. Według ONZ do 2050 r. ludność Ziemi zbliży się do 10 mld, a jedna czwarta z tej sumy przypadnie na Afrykę. Biorąc pod uwagę, że kraje te są w większości bardzo biedne, a najbliższe bogate społeczeństwa żyją w Europie, ten kierunek migracji wydaje się najprostszy. Np. 200-milionowa Nigeria w 2100 r. będzie liczyć już niemal 800 mln mieszkańców, co oznacza, że obywateli tego państwa będzie o wiele więcej niż wszystkich Europejczyków.

Tylko Indie będą wówczas ludniejszym krajem na świecie (Chiny mają liczyć ok. 730 mln). W pierwszej dziesiątce oprócz Nigerii znajdą się też trzy inne państwa afrykańskie: Kongo, Etiopia i Tanzania. Oczywiście bieda, brak wody oraz idące za tym choroby mogą wiele zmienić w prognozach, ale bardzo znaczący wzrost ludności jest i tak niemal pewny. Duża liczba dzieci to w krajach Afryki wciąż najlepsze zabezpieczenie rodzin na starość, przy braku powszechnych systemów emerytalnych. To zaś oznacza ogromną siłę roboczą, która będzie musiała jakoś przetrwać. Wielu z tych ludzi ruszy w stronę Europy – i raczej nie będą wykształceni tak dobrze, jak np. Irańczycy zmagający się od lat ze zjawiskiem brain drain (drenażu mózgów), czyli emigracją elit. Według danych nigeryjskich władz dziewczynki urodzone w najbiedniejszych rodzinach, stanowiących 20 proc. społeczeństwa, spędzają w szkole średnio jeden rok, a 7,6 mln nigdy w niej nie było.

Wielka Brytania: zamieszki

Tylko 18 czerwca do wybrzeży Wysp Brytyjskich dobiło 882 imigrantów na 15 małych łodziach. Krzywa obrazująca to zjawisko skłania do wniosku, że pod koniec roku ogólna liczba może przewyższyć o ok. 15 proc. rekordowy rok 2022, kiedy to przez kanał La Manche na Wyspy dotarło 46 tys. uchodźców (85 proc. wszystkich tam przybywających), głównie z Afryki i Bliskiego Wschodu, ale też z Albanii.

Brytyjczycy są tą sytuacją przytłoczeni, mimo że proces zmian etnicznych trwa tam od dziesięcioleci. Ostatnio wszystko dzieje się jednak zbyt szybko, co widać na przykładzie Londynu. Jeszcze w 1961 r. mieszkało tam 97,7 proc. białych, tymczasem w 2021 r. było ich już tylko 53,8 proc., z czego brytyjskie korzenie miało ledwie 36,8 proc. To fundamentalna zmiana społeczna, do której doszło w sześć dekad. Zmieniła się też cała Wielka Brytania, w której w 1961 r. biali stanowili 98,2 proc., a w 2021 r. – 76,8 proc. Jeśli aktualne procesy się utrzymają, przed 2070 r. etniczni Brytyjczycy staną się mniejszością. Czy musi się to wszystkim podobać? Czy lęk przed nagłą zmianą reguł kulturowych w kraju o tak długiej historii jest irracjonalny?

W kwietniu brytyjski parlament przegłosował ustawę, na mocy której miało wejść w życie porozumienie z rządem Rwandy, dokąd mieli być kierowani imigranci, którzy nielegalnie dostali się do Wielkiej Brytanii. Rząd w Londynie twierdził, że zdecydowana większość (70 do 90 proc.) to młodzi mężczyźni, i nie są oni uchodźcami, ale migrantami ekonomicznymi. W rwandyjskich ośrodkach miały być rozpatrywane ich wnioski o azyl – tyle że w razie jego udzielenia imigrant dostawałby godziwy „socjal”, ale miałby prawo pobytu nie na Wyspach, lecz w Rwandzie, co miało zniechęcać ryzykantów. Mimo że władze tego kraju już otrzymały 220 mln funtów na organizację systemu, a do Rwandy posłano pierwszych imigrantów, to nowy lewicowy premier Keir Starmer już na pierwszej konferencji prasowej zapowiedział, że jego rząd wycofa się z porozumienia.

Na tym tle w sierpniu w kilku angielskich miastach wybuchły gwałtowne zamieszki, podczas których zaatakowano meczety oraz ośrodek dla uchodźców. Choć na ich czele znaleźli się znani policji chuligani (i tak sprawę rozruchów komentowały władze oraz główne media), problemu nie da się sprowadzić do wybuchu gniewu garstki frustratów, którzy wedle zapowiedzi zostaną surowo ukarani. 

Coraz częściej w społeczeństwie i niektórych gazetach podnosi się problem standardów walki z antyimigrancko nastawionymi Anglikami, odmiennych wobec tych stosowanych wobec muzułmańskich mniejszości. Policja działa w ich dzielnicach wedle dyrektyw mających unikać nadmiernego zaogniania konfliktów, w efekcie zamieszki nie tyle są pacyfikowane (policja nie chce zarzutów o rasizm), co „negocjowane” ze starszyzną, którą funkcjonariusze proszą o zaprowadzenie porządku i nadzór nad radykalizującą się młodzieżą. Nie zawsze się to udaje. Podczas rozruchów 18 lipca w Leeds (służby cywilne odebrały tam dzieci jednej z rodzin pod zarzutem domowej przemocy) radiowozy policji zostały wręcz przegnane z całej dzielnicy, gdzie doszło do wielogodzinnego niszczenia mienia publicznego i budowania barykad.

Islam we Francji

Wśród państw Unii o największym odsetku osób urodzonych poza granicami oraz takich, których choć jeden rodzic jest imigrantem, są – według OECD – Szwecja (31 proc.), Austria (30 proc.), Francja (27 proc.) Belgia (25 proc.), Niemcy (24 proc.) oraz Wielka Brytania (23 proc.). Dawne imperium na Wyspach nie jest więc jedynym krajem zmagającym się z integracyjnymi problemami, a Londyn nie jest jedyną postkolonialną stolicą, w której przybysze stanowią znaczący odsetek ludności. Dane na temat całej Francji mówią co innego, ale co piąty mieszkaniec Paryża urodził się poza granicami Francji lub przynajmniej jeden z jego rodziców był obcokrajowcem, a w całym regionie otaczającym stolicę – co drugi.

Niemal co piąte dziecko poniżej czwartego roku życia we Francji pochodzi z rodzin przybyłych z północnej Afryki, czyli z krajów Maghrebu (Algieria, Tunezja i Maroko, rzadziej Libia). Według rządowej agencji INSEE ludzie o korzeniach marokańskich wyznają w 65 proc. islam (jedna czwarta to ateiści), jednak już wśród członków tej samej społeczności osoby urodzone bezpośrednio we Francji identyfikują się z islamem w aż 89 proc. Można więc powiedzieć, że w najstarszym świeckim państwie na świecie dzieci imigrantów raczej wracają do islamu, niż od niego odchodzą.  

Marokańczycy są najliczniej reprezentowanym narodem w UE, jeśli chodzi o miejsce urodzenia inne niż unijne – jest ich 2,3 mln. Jakie wartości tak naprawdę uznają za „swoje”, których zasad gotowi byliby bronić? Te pytania stawiane są najczęściej poza głównym nurtem polityki europejskiej.

***

Frontex, unijna agencja straży granicznej i przybrzeżnej, zanotowała w ubiegłym roku niemal 400 tys. nielegalnych przekroczeń granicy. To najwyższa liczba od 2016 r. Ten rok ma być jeszcze trudniejszy. Europę czeka więc gruntowne przemyślenie polityki migracyjnej. Obecna nie działa i napędza popularność ruchom, dla których wartości europejskie sprowadzają się do kwestii bezpieczeństwa i zamiany naszego kontynentu w niezdobytą, ale wyludniają się i starzejącą w tempie ekspresowym twierdzę.

Wiec prawicowej partii Alternatywa dla Niemiec przed wyborami europejskimi. Mannheim, 07 czerwca 2024 r. // Fot. Thomas Lohnes / Getty Images


Czas migracji: internetowe manipulacje

Michaił Kolesow, autor projektu Kajlo, w korespondencji z innymi oficerami odpowiedzialnymi za wojnę informacyjną z Zachodem napisał, że zależy mu na wzbudzeniu „najsilniejszej emocji, strachu”. Kolesow podkreślał, że „strach o przyszłość, niepewność jutra, niemożność tworzenia długoterminowych planów, niejasny los dzieci i przyszłych pokoleń (...) zalewa podświadomość jednostki paniką i przerażeniem”.

Jedną ze strategii było podszywanie się pod grupy proukraińskie i wysuwanie wygórowanych żądań, tak by europejskie społeczeństwa uznały je za postawę roszczeniową.

Władze niemieckie zidentyfikowały kilkadziesiąt witryn i setki tysięcy kont w mediach społecznościowych związanych z Kajlo, z alarmującymi wpisami: „Niemcy pogrążają się w bezdomności”, „Nawet chleb jest luksusem”. Za każdym razem winny wskazany jest ten sam: uchodźcy.

W 2023 r. pojawiło się nagranie, na którym tłum imigrantów z Bliskiego Wschodu w Grecji ma krzyczeć: „zgwałcimy wszystkie europejskie kobiety, a mężczyznom obetniemy głowy”. W rzeczywistości było to nagranie z 2019 r. pokazujące francuskich Algierczyków świętujących zwycięstwo ich drużyny nad Nigerią, treść zaśpiewów też była inna.

Latem w polskich mediach społecznościowych krążyło nagranie, rzekomo z Ukraińcem, który miał zaatakować przechodniów nożem. Policja potwierdziła, że do ataku doszło, ale sprawcą był Polak. Niemal identyczna seria fake newsów o atakach dokonanych przez uchodźców w Działdowie, Rawie Mazowieckiej, Rudzie Śląskiej i Tucholi pojawiła się pod koniec 2022 r. Za każdym razem zamieszczano link do „strony informacyjnej” zawierającej rzekome nagranie incydentu. W rzeczywistości zostało ono wykonane w 2017 r. w Santa Ana w USA.

Z badań przeprowadzonych przez Migration Policy Institute wynika, że w negatywnych narracjach najczęściej pojawiają się trzy wątki: tożsamości (imigranci stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa i tradycji europejskich lub chrześcijańskich), zamożności (wyłudzają świadczenia, zabierają pracę) oraz zdrowia (roznoszą choroby, wydłużają kolejki).

Agata Kaźmierska, Wojciech Brzeziński


 

Zamieszki wywołane przez emigrantów po próbie likwidacji nielegalnego koczowiska. Paryż, 17 listopada 2020 r. // Fot. Julien Mattia / Anadolu Agency / East News


Migranci: kazus Francji

We Francji żyje dziś 7,3 mln imigrantów, czyli 10,7 proc. wszystkich mieszkańców (największy odsetek w historii). Patrząc na ostatnią dekadę, trudno mówić o szczególnym „zalewie imigrantów”. Liczba kart pobytu wydawanych nowym przybyszom jest raczej stabilna – dostaje je rocznie około 300 tys. osób, w tym aż jedna trzecia to studenci.

Zmieniła się natomiast struktura imigracji: jeszcze pod koniec XX wieku przeważali nad Sekwaną przybysze z Europy. Dzisiaj (według danych instytutu INSEE) 48 proc. imigrantów żyjących we Francji urodziło się w Afryce (najwięcej, prawie 30 proc. – w Algierii, Maroku i Tunezji), 32 proc. pochodzi z Europy, 14 proc. z Azji, a ponad 6 proc. – z obu Ameryk i Oceanii. Do tego dodać należy imigrację nielegalną, szacowaną na co najmniej 300 tys. ludzi. I związany z tym problem: tylko co dziesiąta osoba, która dostała nakaz wyjazdu z kraju, faktycznie go opuszcza.

Według oficjalnych statystyk Ministerstwa Sprawiedliwości obcokrajowcy stanowią prawie jedną czwartą wszystkich więźniów we Francji. Można więc mówić o „nadreprezentacji” tej grupy. Jednak francuscy socjolodzy podkreślają, że te liczby można interpretować w rozmaity sposób. Osoby o innym kolorze skóry są pod większym nadzorem policji, pochodzą z ubogich krajów i trafiają na ubogie przedmieścia.

Cykliczne walki band młodych ludzi z policją na osiedlach (ostatnie – bardzo gwałtowne – latem ubiegłego roku) nazywa się u nas „zamieszkami imigrantów”. To jednak mit – w zdecydowanej większości są to osoby urodzone we Francji, często dzieci imigrantów z Maghrebu i Afryki Subsaharyjskiej. Socjologiczne badania wskazują, że źródłem ich przemocy jest nie tyle nienawiść do Francji, co poczucie braku perspektyw i upokorzenia ze strony policji.

Szymon Łucyk

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Ciężkie przebudzenie