Smutny świat. Zepsuty” – konstatuje filozoficznie dwójka brodatych braci w tałesach, zagranych przez Lieva Schreibera i Vincenta D’Onofrio.
Jesteśmy w Nowym Jorku czasów Rudolfa Giulianiego, który jako burmistrz znany był z twardej ręki, jeśli chodzi o walkę z przestępczością. Ale i z tego, że „czyszcząc” miasto, przyczynił się do jego gentryfikacji. W 1998 roku dzielnica Lower East Side jest jeszcze mało prestiżowym tyglem, zamieszkałym przez mniejszości etniczne czy różnej maści życiowych rozbitków.
Kot, walizka i fatalna przysługa
Takich jak choćby „Hank” (Austin Butler), młody i już były bejsbolista po traumatycznych przejściach, pracujący w obskurnym barze. Kiedy kumpel w trybie awaryjnym wciska mu pod opiekę swojego kota, główny bohater nie ma pojęcia, jaką lawinę zdarzeń wywoła ta niewinna przysługa.
Puchaty Bud będzie świadkiem grubych porachunków gangsterskich, a nas czeka filmowa jazda, która nie rości sobie pretensji do niczego więcej. No, może prócz oczywistych nawiązań do paranoicznego kina osadzonego w nowojorskich najntisach, ze sporą dawką czarnego humoru.
Scenariusz Charliego Hustona na podstawie jego własnej powieści podąża za znanym filmowym schematem: oto jakiś przeciętniak, przygnieciony swoimi demonami, zostaje omyłkowo wciągnięty w spiralę absurdalnych wypadków.
Oryginalny tytuł, „Caught Stealing”, to zresztą pojęcie wzięte z baseballu i oznacza sytuację, w której gracz próbujący „ukraść bazę” zostaje powstrzymany przez obronę, a w konsekwencji wyeliminowany z gry. I „Złodziej z przypadku” w wielu momentach przypomina taką mocno chaotyczną aczkolwiek skodyfikowaną grę, w której piłką jest po prostu walizka z pieniędzmi, klucz do całej tajemnicy znajduje się zaś w… kociej kuwecie.
Aronofsky po godzinach
Historia ma więc duży rozrywkowy potencjał, a jednak nie próbuje rozwijać go pełną parą i nic dziwnego, że film nie okazał się sukcesem kasowym. To bardziej kino oparte na osobliwym klimacie i scenerii niż na brawurowej anegdocie. Oraz, jako się rzekło, na kinofilskiej nostalgii czy nawet autonostalgii. Łatwo bowiem dostrzec tu nie tylko hołd Aronofsky’ego dla „Po godzinach” Martina Scorsesego z 1985 roku (Griffin Dunne powraca w jednej z mniejszych ról), lecz również aluzje do „Pi” (1998), czyli do własnego debiutu.
Autor zdjęć Matthew Libatique, współpracujący z reżyserem od samego początku, ożywia tamten klaustrofobiczny Nowy Jork, choć już w kolorze i w dużo lżejszej konwencji. Tym razem chasydzi nie studiują kabały, ale noszą ciężkie giwery i rozprawiają się z konkurencyjnymi gangami. Swoją drogą, jedna z najzabawniejszych scen ma miejsce w domu braci Druckerów, przygotowującym się właśnie do szabasu – oto bandycki półświatek spotyka się z żydowską bubbe (babcią) serwującą knedle z macy w rosole.
Kino, które sprawia frajdę
Między innymi dlatego „Złodziej z przypadku” nie jest typowym filmem w stylu „bierz forsę i w nogi”. Charakterystyczne miejsce akcji, jidyszowe klimaty czy chucpiarski ton mogą wywoływać skojarzenia z przebojowym „Wielkim Martym” Josha Safdiego.
Więcej tu jednak różnic – na przykład u Aronofsky’ego były sportowiec wydaje się typem dużo mniej rozgarniętym (i może przez to bardziej ludzkim) niż zimny drań aspirujący do tenisowego mistrzostwa, zagrany przez Timothée Chalameta. Nie mówiąc o tym, że awanturnicza konwencja nie przykrywa tutaj wszystkiego i pozwala złapać więcej oddechu.
Również tym, którzy zdążyli zmęczyć się „poważnym”, a często bombastycznym Aronofskym, spod znaku „Czarnego łabędzia”, „Mother!” czy „Wieloryba”. Jak widać, warto czasem skręcić w rejony kina, które ma po prostu sprawiać frajdę – i temu za kamerą, i temu, kto ogląda.
„ZŁODZIEJ Z PRZYPADKU” („Caught Stealing”) – reż. Darren Aronofsky. Prod. USA 2025.
HBO Max, tv smart, Prime Video, CANAL+ VoD, Pilot, Play Now, Apple TV, polsat box go, Rakuten TV, Player.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















