JACEK STAWISKI: Długo pracowałeś nad książką o Zdzisławie Najderze?
Zbigniew Gluza: Około trzech lat. Najpierw robił to zespół, potem kolejny zespół, już tylko mnie wspierający. Mieliśmy do wykorzystania całą spuściznę Najdera, którą on sam przekazał do naszego Ośrodka.
Wydaliście już szereg biografii i autobiografii, opracowanych tzw. metodą „Karty”. Na czym ona polega?
Z materiałów źródłowych budujemy całościową, chronologiczną narrację. Ona może mieć kształt autobiografii, jak w tym przypadku. Mieliśmy wiele źródeł: Najder dużo pisał, występował publicznie, zostawił bogatą korespondencję. Powstała w ten sposób autobiografia, której Najder nie napisał, lecz na którą składają się wyłącznie jego zapisy. Przygotowując ją, miałem wrażenie, że tłumaczy zasadnicze kwestie przemiany ustrojowej Polski powojennej. To nie tylko opowieść o życiu jednego człowieka, lecz o procesie, jaki przeszedł cały kraj.
W tytule nazywasz Najdera „wywrotowcem”.
Był zaangażowany w opór wobec PRL-u, intelektualnie i praktycznie.
Jego życie dzieli się jednak na trzy części. Najpierw 30 lat myślenia o Polsce niepodległej, ale bez manifestowania tego publicznie. Potem dekada walki bezpośredniej z PRL-em. A potem III RP: kolejne 30 lat, aż do śmierci w 2021 r.
Można z przekonaniem powiedzieć, że pierwsze 40 lat jego dorosłego życia to pragnienie wywrócenia tamtego ustroju. Z apogeum, gdy w 1976 r. założył Polskie Porozumienie Niepodległościowe, a potem w latach 80. był dyrektorem Sekcji Polskiej Radia Wolna Europa, za co w PRL-u skazano go na karę śmierci.

W 1990 r. wrócił do Polski, ale, jak twierdzisz, nie wpisał się w żaden układ.
Wrócił, miał dużą motywację polityczną do działania, był osobą propaństwową, ale w istocie nie był „czyjś”. Choć był głównym doradcą premiera Jana Olszewskiego, nie był w jego partii. Tak naprawdę przeszedł przez te wszystkie lata III RP, nie wpisując się w polaryzację, którą dziś mamy.
Jego krytyka polityki w III RP też była w pewnym sensie wywrotowa: twierdził, że nie są spełnione warunki Polski niepodległej, zwłaszcza w wymiarze geopolitycznym. Można więc go nazwać „wywrotowcem” w skali całego życia. Właściwie nigdy nie było momentu, gdy mógłby powiedzieć: to rzeczywistość, którą akceptuję. Za każdym razem mówił, co trzeba zmienić. Pewnie gdyby żył, uważałby za potworny regres to, co teraz przechodzimy.
Polskie Porozumienie Niepodległościowe powstało 50 lat temu, 3 maja 1976 r. To była pierwsza organizacja opozycyjna w PRL-u, licząc po 1956 r., która sformułowała niepodległość jako cel. Nie było tu mowy o reformie ustroju, o „socjalizmie z ludzką twarzą”. Wtedy mógł to się wydawać postulat księżycowy.
Patrząc z jego perspektywy, był to postulat naturalny, bo on nie przyjął nigdy PRL-u jako swojego kraju. Miał poczucie, że PRL to Polska fałszywa. Żył wizją niepodległej.
Rok wcześniej, w 1975 r., opublikował pod pseudonimem w paryskiej „Kulturze” tekst, w którym apelował do emigracji politycznej, by sformułowała program dla kraju, program wydobywania się na niepodległość. Potem uznali z Jerzym Giedroyciem, że skoro emigracja nie zareagowała, będzie próbował zrobić to sam.
Jaki widział w tym cel?
Praca, jaką podjął z niedużą grupą współpracowników, to była próba zdefiniowania drogi do niepodległości. W programie, który ogłoszono 3 maja 1976 r., definiowali drogę, jaką teoretycznie Polska mogłaby przejść, by wyjść z totalitaryzmu i stać się demokratyczna. Mowa była też o relacjach z Niemcami, z Europą.
W przeddzień wejścia Polski do UE Najder przypomniał, że gdy 25 lat wcześniej PPN opublikował jego tekst „Polska i Europa”, to byli wyśmiewani nawet przez bliskie otoczenie, że to bajkowe wizje, nierealistyczne.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, mam wrażenie, że istotna była wówczas właśnie ta wizyjność. Natomiast gdy idzie o to, czy ten program miał realne znaczenie, to rzecz jasna droga ku III RP opierała się głównie na prospołecznych działaniach opozycji jawnej, które były główną linią oporu społecznego.
Jaki był intelektualny dorobek PPN?
Powstało ok. 50 tekstów, które uściślały program. Były czytane w środowiskach opozycji, wiele ukazało się w „Kulturze”, czytała je Wolna Europa. To się skończyło wraz z wyjazdem Najdera za granicę, na chwilę przed wprowadzeniem stanu wojennego w grudniu 1981 r. Nie wrócił do Polski, gdyż został ostrzeżony, że będzie aresztowany. Został rozpoznany jako lider zakonspirowanego PPN.
Mówiłeś o wymiarze europejskim programu PPN. Czytając te dokumenty dziś, brzmi to faktycznie mocno: że niepodległość Polski musi być wpisana w organizm europejski. To znaczyło także akceptację dla zjednoczenia Niemiec?
Tak. A skoro nastąpi zjednoczenie Niemiec, to trzeba stworzyć też ramy europejskiej wspólnoty, która by amortyzowała jego potencjalne skutki. To wszystko zaczęło się zresztą realizować już kilkanaście lat później. Najder od razu stawiał sprawę tak, że Polska może być niepodległa tylko w wymiarze europejskim. Przyjmował, że demokratyczne, scalone Niemcy będą naszym sojusznikiem, a nie wrogiem.
W czasach PRL-u były różne drogi dojścia do tego, co jest dziś.
Była ta związana z „Tygodnikiem Powszechnym” – przez budowanie niezależnego podejścia do polityki zagranicznej, ale przy uznaniu realiów państwowości po 1945 r. Najder taki nie był, on kwestionował sam byt PRL-u. A relacja z „Tygodnikiem” była dla niego ważna – na początku lat 50. znalazł w Krakowie oparcie. Warszawę uważał za konformistyczną, poddającą się systemowi. W „Tygodniku” odkrył inny świat. Zaprzyjaźnił się ze Stefanem Kisielewskim, a przez niego ze Zbigniewem Herbertem.
W jego życiorysie jest skaza.
W 1957 r. jest moment krytyczny w jego życiu. Miał wtedy 27 lat. Po jego pierwszych kontaktach z „Kulturą” zainteresowała się nim SB. Miał epizod współpracy. Kompromitujący, ale epizod. Tymczasem w 1992 r., po słynnej „nocy teczek”, gdy fakt ten został nagłośniony, oskarżenie o agenturalność rozszerzyło się niejako na całe jego życie. A to bezpodstawne.
Najder składał doniesienia do SB w 1958 r. Publikujemy je wszystkie w książce, aby każdy mógł ocenić, na ile wiarygodna była jego linia obrony, że nie mówił nic szkodliwego. Potem był już tylko tzw. figurantem, tj. był śledzony. Cała dokumentacja z późniejszych okresów, zachowana w IPN, pokazuje go jednoznacznie jako przeciwnika i ofiarę systemu.

Stan wojenny zastaje go na Zachodzie. Zostaje dyrektorem RWE. Za to spotyka go w PRL-u proces: w 1983 r. zostaje zaocznie skazany na karę śmierci. Zaciążyło to na jego życiu?
Zaciążyło. On sam pisał, że żona ma mu za złe, iż miał trochę figlarny stosunek do tego wyroku. Owszem, gdy się o nim dowiedzieli, akurat byli u nich znajomi i jeden z nich poszedł po szampana, opijali ten wyrok. Jednak on już wcześniej zdawał sobie sprawę, że zgoda na rolę szefa Sekcji Polskiej RWE zamyka mu drogę powrotną. To był jego dramat, bo bardzo związany z krajem, nie wybierał świadomie emigracji. Gdy wyrok został uchylony, w lutym 1990 r. Najder wrócił.
PPN powstał w maju 1976 r., a we wrześniu tamtego roku powołano Komitet Obrony Robotników. Niemal rówieśnicy. Czytam pierwsze dokumenty obu organizacji i one się wyraźnie różnią. W KOR jest impuls społeczny, a w PPN wielka polityka, koncepcje, na jakich zasadach będzie zamykana kwestia utraty ziem wschodnich II RP, a na jakich warunkach będzie budowana współpraca z Niemcami i europejska wspólnota narodów.
W tym nie ma sprzeczności. Oba te wymiary opozycji były niezbędne. Myślenie polityczne jako kontekst działania społecznego było pożyteczne, wzmacniało grunt, z którego wyrastała działalność ruchu kreowanego przez KOR.
Jacek Kuroń podkreślał, że oni jako KOR nie stają na czele jakiejś formacji, lecz inspirują ludzi do działania i tworzenia własnych przestrzeni wolności i niezależnego aktywizmu. KOR zaczął od pomocy represjonowanym, na tym budował swój autorytet w wymiarze społecznym, pomagając ofiarom.
Niektórzy krytykowali wtedy KOR, że nie definiuje niepodległości jako celu.
KOR nie musiał definiować takiego celu. Komitetowi chodziło o to, by budować sfery niezależne, które będą łamać totalitarne struktury. I które mogą prowadzić do przebudowy świadomości, a w istocie – do Solidarności, jako ogólnopolskiego wolnościowego ruchu społecznego.
Pamięć o KOR-ze jest dziś obecna w sferze publicznej. Natomiast Najder i PPN są na marginesie.
Nie ma wątpliwości, że KOR to bohaterowie narodowi. Wrześniowa rocznica powstania KOR-u słusznie będzie wielkim wydarzeniem. Natomiast prawdą jest, że pamięć o PPN-ie jest dziś znikoma. Przez pięć lat, które minęły od jego śmierci, Najder nie został ani pożegnany, ani uhonorowany. W tym sensie „Wywrotowiec” go przywraca.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















