Maj brzmi jak westchnienie ulgi, że przeżyliśmy zimę i przedwiośnie. Edwardzie Stachuro, miałeś rację: „Chwała najsampierw tobie, trawo przychylna każdemu”. Doczekaliśmy – wreszcie – zmartwychwstania zieleni. Odrodzenia kwiatów, otwierających się na słońce, i nas, otwierających się na sensualne doświadczanie świata poprzez przyrodę, jej barwy, zapachy i dźwięki. Wyposzczeni po długiej, przeważnie burej zimie, w naturze odczuwamy eksplozję różnorodności, te łąki umajone.
Zielone, które pozwalało przeżyć
Pośród tysięcy rozmaitych świąt w kulturach tego świata, celebrowanie kwitnienia wiśni czy jabłoni jest chyba najbardziej pacyfistyczne. Zero ofiar, zero krwi, czysta efemeryczna przyjemność, wobec której nie da się przejść obojętnie, bo przecież pachnie i kwitnie tak oszałamiająco, tu i teraz, carpe diem, carpe noctem, za chwilę przekwitnie, za chwilę i my przekwitniemy, ale przecież teraz jesteśmy. Jesteśmy!
Pokolenia stoją za tym westchnieniem ulgi. Warunkował to przednówek. Czas głodu. Czas radości z każdego zielonego badyla, który dopomoże przetrwać, napełni zmęczone ciało młodą kiełkującą energią. Ludowe przysłowie głosiło: „Kiedy marzec przeżył starzec, będzie zdrów. Kiedy baba w maju słaba, pacierz mów”.
Oprócz pacierza sprawdzał się też bluszczyk kurdybanek, gotowany w intymnym sam na sam z wrzątkiem – oto pożywna zupa, pozwoli przetrwać. Pokrzywa, szczaw, młody jęczmień, podbiał, komosa, perz, czosnek niedźwiedzi, lebioda, podagrycznik, babka lancetowata też się zielenią ku pokrzepieniu serc przez żołądek, ku pokrzepieniu nadziei na lepsze jutro, na jutro w ogóle.
Kwiaty oczywiście też mogą być jadalne. Jasnota biała, fiołek, mniszek lekarski, stokrotka polna, a nad nią szumiał gaj. Chwalcie łąki umajone, pozwolą bowiem przeżyć. I ktoś te cudowności przecież stworzył. Gloria, Gloria!
Kto napisał „Chwalcie łąki umajone”
„Na Zielone Świątki umajone wszystkie kątki”. Zieleń młodych brzóz i tataraku ma ochronić przed katastrofą. Głód jeszcze pląsa po trzewiach, ale jest już nadzieja: co zasiane i zasadzone, wzrasta, byle tylko nie było gradobicia, ulew, suszy, byle wojska nie stratowały zasiewów, demony nie dobrały się do noworodków, a czarownice do krów i ich mleka. Zielone sacrum podchodzi pod chałupę i przyzywa.
Może pewniej będzie wyjść ku niemu, porzucić troski, zawierzyć. Łatwiej wyrównać oddech i wznieść myśli, gdy się na chwilę straci z oczu codzienne bolączki. Więc dokąd? – pod kapliczkę.
Poszli w stronę przeciwną do drogi, za stodołę, potem na dół, przez pobielony sad, dalej minęli młody zagajnik brzozowy, aż doszli do zacienionej doliny, gdzie między gęstą trawą i kępkami niezapominajek płynęła sobie czysta rzeczka, o tej porze cicha i niepozorna, choć przy powodziach bywała groźna i niszcząca. Wszędzie pachniały konwalie, ich woń czarownie umajała powietrze. (…)
„Chwalcie łąki umajone, góry, doliny zielone / Chwalcie cieniste gaiki, źródła i kręte strumyki”. Było tam tych słów więcej, i coś o Matce Boskiej, ale Marysia nie zapamiętała, więc śpiewała tylko ciągle i ciągle o tych strumykach. Bardzo im się to podobało.
Modlitwa płynie jak strumień, mało jest równie nadobnych pieśni jak ta. Napisał ją Karol Antoniewicz (1807-1852), polski jezuita o ormiańskim pochodzeniu. Jak taki pogodny utwór mógł powstać pod palcami tego doświadczonego przez życie człowieka?
Najpierw mąż i ojciec, przeżył śmierć pięciorga dzieci. Prawnik po Uniwersytecie Lwowskim, jednak rodzinny dwór w Skwarzawie przekształcił w szkołę i szpital, by zająć się chorymi i opuszczonymi. Potem ksiądz i poeta, autor wielu pieśni. Jego „Panie, w ofierze Tobie dzisiaj składam – wszystko, czym jestem, wszystko, co posiadam” jest aktem zawierzenia siebie, człowieka przepełnionego bólem istnienia, Wielkiej Matce.
I to jest takie odwieczne.
Maj, Maia i Wielka Matka
Nazwa miesiąca – maj – pochodzi z łaciny. Maius mensis, na cześć bogini starszej niż Wieczne Miasto Rzym, czczonej przez rolnicze plemiona starożytnej Italii – wcielonej Przyrody, Matki Ziemi, Pani Wzrastania. Ile już wieków wierzymy, że rośnie się od majowego deszczyku?
Jej imię to Maia lub Maiestas, rzeczownik rodzaju żeńskiego, oznaczający dostojeństwo, powagę, okazałość, wzniosłość, wspaniałomyślność, godność i wreszcie władzę królewską. Majestat niegdyś był naprawdę matriarchalny.
A potem Rzymianie podbili Sabinów i inne italskie plemiona, i w jedno im się połączyła bogini majowa z boginią zbiorów Ops i boginią Fauną, której zwierzęce miano przypomina nam o przynależności do świata przyrody, bowiem jej pomocy wzywały kobiety w bezpłodności. Bona Dea – Dobra Bogini – to kolejne z imion Wielkiej Przedwiecznej Matki, patronki płodności i obfitości.
Nieco później Rzymianie podbili Greków i grecka kultura zawładnęła ich wyobrażeniem o świecie. Dlatego już wkrótce Maia zaczęła być przez wykształconych Rzymian utożsamiana z grecką nimfą Mają, jedną z Plejad, gwiazd w gwiazdozbiorze Byka. Pojawienie się Plejad nad horyzontem w pierwszych dniach maja zapowiadało greckim żeglarzom wiosnę, czyli bezpieczną drogę przez morze. Greccy podróżni, kupcy i złodzieje morzem przemieszczali się pomiędzy rozlicznymi wyspami i miastami rozsianymi na stałym lądzie.
A patronem podróżnych, kupców i złodziei był Hermes, syn nimfy Mai – w mitologii bóg wiecznie młody, ale w historii ludzkiej duchowości dość stary, bowiem jego imię znane było już w kulturze mykeńskiej, zapisane na kilku tabliczkach z pismem linearnym B. Według mitów, Maja poczęła go w jaskini podczas płomiennego romansu z boskim Zeusem Gromowładcą, i w tym samym miejscu go urodziła, co przenosi nas do naprawdę bardzo starych wyobrażeń o jaskini jako waginie Matki Ziemi.
Syn nimfy Mai był też uważany za przewodnika na tamten świat. I pewnie to spowodowało, że w synkretycznym świecie kultów imperium rzymskiego Maję zaczęto utożsamiać także z celtycką boginią płodności i śmierci, Rosmertą, przedstawianą z koszykiem pełnym owoców lub rogiem obfitości. Dla Celtów maj był także początkiem sezonu letniego, gdy wypuszcza się bydło na pastwiska, niech się karmią zielonością zaraz od święta Beltane (Bealtaine), przypadającego na noc z 30 kwietnia na 1 maja.
Położne, mądrość i narodziny
Maia w języku greckim ma jeszcze jedno znaczenie. Określa Mamę, Babkę, Piastunkę, a także – naturalnie – Położną. To właśnie od tego miana pochodzi stworzony przez Sokratesa filozoficzny termin majeutyka – dialog docierający do prawdy, pomoc w przyjściu na świat wiedzy. Wspierająca Mądrość.
Fainarete. Matka Sokratesa. (…) Była położną. Jej syn filozof chodził po Atenach, zadając ludziom pytania i czekając, aż urodzi się w ich głowach mądrość. Nazywał to metodą położniczą. Nie wyciągał tej mądrości na siłę. Nie stosował kleszczy, nie dawał zastrzyków. Czekał i wspierał w odpowiedni sposób. Nauczył się tego od matki. Jej imię znaczy „ta, która wydobywa cnotę na światło dzienne”. (…)
W starożytności cnota oznaczała dzielność, doskonałość, piękno i dobro, wszystko naraz. Idź za tym. Tak, jak ty to rozumiesz. I wydobywaj na światło dzienne to, co dla ciebie jest ważne i wartościowe.
Jakże to się wszystko wspaniale łączy. Mądrość ma swoje imieniny 15 maja, w dniu świętej Zofii (sophia – po grecku „mądrość”), która była matką Wiary, Nadziei i Miłości. W maju obchodzony jest też Międzynarodowy Dzień Położnej (5 maja), a także Dzień Polskiej Położnej (8 maja).
Ta druga data została wybrana przez polskie położne, ponieważ to rocznica urodzin Stanisławy Leszczyńskiej, więźniarki Auschwitz, przyjmującej porody innych więźniarek tego nazistowskiego obozu. Mimo nieludzkich warunków, bezpiecznie przyjęła na świat ponad trzy tysiące dzieci i żadna z jej podopiecznych nie zmarła podczas porodu. Nazywano ją Mateczką. 8 maja odbędzie się w Warszawie uroczystość odsłonięcia jej pomnika, a jej proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 1992 r.
Położna nigdy nie ukrywała, że w skutecznej pomocy rodzącym pomagała jej modlitwa: „Maryjo, przybądź choć w jednym pantofelku”. Oto córki Boskiej Mądrości: Wiara, Nadzieja. I na pewno Miłość – do tego zawodu i do cudu, jakim są narodziny, nawet gdy w tle zawodzi śmierć.
Kobiecość, natura i kult splatają się w tę opowieść o maju. Chwalcie łąki umajone.
A może powinien tam być przecinek?
Chwalcie, łąki umajone.
Majówki pod kapliczkami
Dobrze to czuły wiejskie kobiety. Ile generacji mogło dzięki tej pieśni choć na chwilę przystanąć. Chwalcie Ją, kręte strumyki, chwalcie Ją, cieniste gaiki, i pozwólcie nam także zatrzymać się na chwilę w cieniu, zaznać trochę wytchnienia między pracą a pracą. „Dużo mi Bóg pomagał – opowiadała pani Anna z Jadownik, rocznik 1925. – Nie miałam wiele czasu, aby do kościoła chodzić, ale śpieszyłam się nieraz, żeby przygnać krowę i zdążyć na majówkę”.
Maj. Wreszcie dłuższy dzień. Najpiękniejsze, złociste światło przedwieczoru. Uwypukla ekstatycznie ukwiecone drzewa, jasność pobielonych pni, świeżą zieloność lip otaczających przydrożne kapliczki i figurki maryjne.
Niektóre z tych kapliczek są bardzo stare. Czas zaciera rysy kamiennych Madonn. Inne – bez wieku, stale odnawiane pieczołowitą dłonią pokoleń. Wszystkie oblicza Matki Boskiej. Zmartwione, Bolesne, Spokojne, Wniebowzięte. Wszystkie twarze kobiecości, macierzyństwa i zafrasowanej boskości.
Co wieczór w maju schodzą się tam kobiety. Przeważnie te starsze, ale może i młode? Przechodzień się tego nie dowie, bo przecież wszystkie zwrócone są twarzą do Wielkiej Matki. Śpiewają. Odpływają w tym śpiewie. Wzywają Jej opieki, wstawiennictwa. Powierzają swoich. Znane od dzieciństwa inwokacje czasem zabrzmią w ich uszach jakoś inaczej, zainspirują do refleksji. Kobiety przeglądają się w Zwierciadle Sprawiedliwości, zanurzają w Stolicy Mądrości, błagają o Uzdrowienie Chorych.
Są razem. Stare i młode, zdrowe i chore, matki i niematki. Razem. Są. Pewnie nie myślą przy tym, jak starą tradycję właśnie kultywują. Stoją przed obliczem Boskiej Matki. Śpiewają. Obniża im się ciśnienie krwi. Spada poziom kortyzolu. Wzrasta ich wewnętrzna łąka umajona.
Medytacja w śpiewie przynosi ulgę. Po to przyszły, po ulgę. Od wieków. Źródło zabiorą z sobą. Kręte strumyki zaprowadzą je z powrotem do domów, do obowiązków, a czasem też do samotności. Właśnie otrzymały wsparcie. Może wystarczy na długo, a może tylko do jutra.
Święta Anna i źródło wsparcia
Są też w świecie chrześcijańskim takie miejsca, gdzie to Matka Boska przyjmuje wsparcie. Kapliczki świętej Anny Samotrzeciej. Jedna z nich mieści się w Jadownikach na wzgórzu Bocheniec, tworząc sanktuarium wraz z białym kościółkiem, wzniesionym jeszcze przed 1596 r., i źródełkiem o walorach cudowności dla tych, którzy tego cudu potrzebują.
Zaraz gdy zaśpiewali na koniec „Czyńmy świętej Annie dzięki nieustannie”, poszła z innymi w dół, do źródełka świętej Anny. Zaczerpnęła ze studzienki wody (…) nalała w garść i piła, smakując zimno i świeżość. Parokrotnie. Pozostałą wilgocią umyła oczy i twarz, wreszcie ustąpiła miejsca innym, bo to już kolejka zrobiła się niemała, złożona z tych, co wolniej z górki schodzili. Obeszła tył studzienki, na której stała figura patronki, i w cieniu pod drzewami przyklękła przed obliczem świętej Anny Samotrzeciej, która patrzyła na ludzi jak królowa, stale przecie czujna, by z jej kolana nie spadł malutki Jezusek, czułym ruchem ogarniająca Najświętszą Panienkę, taką dziewczynkę jeszcze, jakby chciała jej powiedzieć: „Nie lękaj się, ja ci pomogę”.
Zagapiła się Franciszka na dużą, tchnącą mocą postać świętej Anny, na jej poważną twarz o pięknych ustach i o wyrazistych oczach, przepełnionych wszystko rozumiejącym spojrzeniem, na te kwiaty, co ludzie wokół poukładali, na napis wytłoczony na postumencie: „Święta Anno, Twoja chwała w okolicy wszędzie brzmi”.
Święta Anna, Babcia Syna Bożego, Matka Młodej Matki, Odwieczne Wsparcie, Uziemienie i Moc, źródlana wilgoć wypływająca z głębin wzgórza. Sama postanowiła tu zamieszkać. Według legend objawiła się w postaci jasności i wskazała miejsce do budowy kościoła. Według kroniki kościół ten stoi na miejscu kaplicy istniejącej „od niepamiętnych czasów”. Głębia czasu.
Na Bocheńcu istniało grodzisko wczesnośredniowieczne, wiązane z plemieniem Wiślan. Dokładne datowanie nie jest w pełni możliwe. Z pewnością starsze niż państwo Mieszka. Wspaniałe miejsce do kontroli nad okolicą, którą świetnie widać z wysokości 394-400 metrów nad poziomem morza, zwłaszcza w tamtych czasach, gdy wszystkie drzewa zostały użyte do budowy domów i palisady wieńczącej wał kamienno-ziemny, a krzaki wyskubały owce czy kozy. Świetne schronienie. Czego mogło im brakować do szczęścia? Tylko czystej wody i Boskiej Opieki. Ale na szczęście jest przecież to źródełko.
Za plecami świętej Anny ciągnie się wąwóz zwany Piwniczyska. Gdzieś tam, według legend, znajdują się tajemnicze lochy, wiodące od kościółka do „żelaznych drzwi”, których lokalizację śmiało potwierdzali Jadowniczanie jeszcze trzy pokolenia temu.
Miejsce, gdzie kobiety miały głos
A co do Boskiej Opieki. Tutejsi w ciągu wieków poszerzali swoje terytorium, schodzili niżej, zasiedlali dolinę Uszwicy. Spalony kilkakrotnie drewniany kościółek na Bocheńcu nie rokował. Mieszkańcy zgromadzili materiał do budowy kościoła w innym, dogodniejszym miejscu, gdzieś, gdzie może łatwiej dojechać. Lecz świetlista postać na jasnym koniu trzykrotnie przewiozła to wszystko na górę. Po trzecim incydencie nawet uparci Jadowniczanie się poddali. Miejsce kultu ocalało. Być może poradziłoby sobie i bez nich.
Bo to miejsce, wzgórze, kościół świętej Anny, źródło, Piwniczyska – subtelnie emanują energią kobiecości. Pierwszy znany z imienia mieszkaniec Jadownik to sołtys Siestrzemił. Nawet jego imię („obyś był miły swojej siostrze”) mówi, że tutaj kobiety – siostry! – miały coś do powiedzenia.
Wierzę, że chodzi o Wsparcie.
Jest noc, piękna letnia noc, ciemna od ciemności i jasna od gwiazd. Połówka księżyca migoce pomiędzy piersiami siwowłosej czarownicy, która jest zarazem gorącą młodą kobietą i staruchą, co kłania się Łaskawości, Śmierci, albowiem wszystko już widziała, wszystkiego doświadczyła i nie boi się niczego. Ona idzie, bosymi stopami strącając rosę, i swoim cichym śpiewem woła te kobiety i panny, które już gotowe.
Idą, nie potrzebują światła, by utrafić. Śmieją się głęboko, z brzucha, ślizgając po trawie, gdyż droga wiedzie w dół, do źródła.
Śpiewają, modlą się, wysławiają Księżyc i Słońce, i Lato, i Życie, i Ziemię Matkę, która pięknie rodzi. Pięknie rodzisz, Matko Ziemio, pięknie rodzisz! Za chwilę i my będziemy.
Piją wodę ze świętego źródła. I nie jest im zimno.
Pięknie smakujesz, Matko Wodo, za chwilę i my będziemy.
Obmywają wodą swoje ciała, to też jest modlitwa, gdy woda spływa z nich strużkami i na powrót zanurza się w ziemi, a może to nie woda? – to światło księżyca. Strużki są lodowate, więc drobne włoski na ich nogach i przedramionach aż się prostują na przywitanie świętej wody, tak jak sutki ich piersi, które wszystkimi kształtami chwalą dzieło Życia, bo za chwilę zamiast wody wypłynie z nich mleko.
Te, które dziś poczną po powrocie do domów, te, które poczną jutro i za tydzień, będą bramą życia równo z wiosną, będą chwalić Matkę Ziemię, ofiarując jej swoją krew i wody płodowe, które wnikną w klepiska i w miedze. (…)
Wszystko zasłaniają prastare drzewa chroniące źródło, by nie wyschło. Majestatyczne, wysokie, piękne w chorobie, którą biorą na siebie, przyjmując od modlących się tu ludzi ich ból istnienia. A ludzie przychodzą ze wszystkim, ze ślepymi oczami i ze ślepą kiszką, z zatkanym uchem, co świata nie słyszy, i z zatkanym przyrodzeniem, co nie chce rodzić albo nie chce stanąć do płodzenia. Z jałową krową i z jałowym życiem. Z zaginionym rozumem i z zaginioną miłością. Oni się tu modlą, proszą, piją wodę i zostawiają łzy. Drzewa spijają te łzy i przyjmują, przyjmują, przyjmują.
Ból wrasta w te drzewa, przybiera postać huby i narośli na pniach, konarach i liściach. Nawet i w tym widać piękno Życia.

Sabina Jakubowska jest pisarką, doulą i nauczycielką. Z wykształcenia archeolożka, doktor nauk humanistycznych, autorka m.in. nominowanych do Literackiej Nagrody „Nike”: „Akuszerek” i „Położnych”. Zaznaczone kursywą fragmenty tekstu pochodzą z obu powieści.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















