Reklama

Polski kłopot z Grossem

Polski kłopot z Grossem

15.02.2016
Czyta się kilka minut
Czym bardziej irytuje Jan Tomasz Gross? Generalizacjami i myleniem faktów czy trafnością swoich intuicji?
Spotkanie z Janem Tomaszem Grossem, Kraków, 24 stycznia 2008 r. Od lewej: Adam Michnik, Marek Edelman i Jan Tomasz Gross. / Fot. KRZYSZTOF KAROLCZYK / AGENCJA GAZETA
P

Prezydent Andrzej Duda poprosił MSZ o opinię na temat odebrania Grossowi Krzyża Kawalerskiego Orderu Zasługi RP (w 1996 r. autor „Sąsiadów” otrzymał to odznaczenie właśnie na wniosek MSZ, skądinąd odbyło się to na kilka lat przed publikacją książki o zbrodni w Jedwabnem). Procedury w resorcie dyplomacji trwają, ale warto pamiętać, że obecny wiceminister Jan Dziedziczak jeszcze jako poseł PiS nazywał Grossa „zdrajcą” i apelował o odebranie mu odznaczenia. Wypowiedź polityka, podobnie jak śledztwo prokuratury w sprawie „publicznego znieważenia narodu polskiego” (podobne toczyło się po publikacji „Strachu”), jest efektem artykułu napisanego przez Grossa w październiku dla „Project Syndicate”, o którym u nas zrobiło się głośno po publikacji w niemieckim „Die Welt”. Zauważmy na marginesie, bo i z tego zrobiono zarzut: tekst ten, zawierający zdanie „Polacy, którzy zasłużenie są dumni z oporu ich społeczeństwa wobec nazistów, faktycznie zabili w czasie wojny więcej Żydów niż Niemców”, nie był pisany dla niemieckiej gazety. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby udostępniło go polskie przedstawicielstwo „Project Syndicate” i by stał się przedmiotem polsko-polskich polemik bez dodatkowego kontekstu.


  • CZYTAJ TAKŻE:

Ks. Adam Boniecki: Jeśli „spór o liczby” miał w sobie coś z absurdu, to pomysł odebrania Janowi Tomaszowi Grossowi Krzyża Kawalerskiego Orderu Zasługi RP jest ponury.

  • SŁUCHAJ TAKŻE:

W Radiu TOK FM z Pawłem Sulikiem o polskim kłopocie z Janem T. Grossem rozmawiał Michał Okoński.


Przy okazji tej publikacji i późniejszych sporów stała się zresztą rzecz dziwna: prezentujące Grossa portale przedstawiały go jako „amerykańskiego historyka polskiego pochodzenia”. „Amerykański historyk stawia tezę...” – pisano o człowieku bezprawnie pozbawionym obywatelstwa przez komunistów, który w III RP otrzymał potwierdzenie tegoż obywatelstwa. Człowieku – o czym świadczy cała jego działalność naukowa i publicystyczna – „chorym na Polskę”.

Prawdziwy Polak

Rodzinna pamięć „amerykańskiego historyka” sięga powstania styczniowego. Jeden z dziadków, Adolf Gross, zasymilowany Żyd i poseł do parlamentu CK Austrii, był założycielem spółdzielni tanich mieszkań dla krakowskich robotników i pierwszego w mieście gimnazjum żeńskiego – im. Platerówny. Drugi dziadek, Wacław Szumański, to znany przed wojną adwokat (bronił m.in. w procesie brzeskim), związany z PSL „Wyzwolenie”, a wcześniej jeszcze – więzień X Pawilonu. Matka autora „Sąsiadów”, tłumaczka m.in. Stendhala czy Zoli, podczas II wojny światowej pracowała w Biurze Informacji i Propagandy AK; ojciec, Zygmunt Gross – był adwokatem, kompozytorem i profesorem myśli społecznej w PAN.

W „Strachu” – i w rozmowie z „Tygodnikiem”, opublikowanej w 2008 r. – Gross wspomina, jak dom odwiedzali znajomi matki, przyjaciele z czasów BIP-u i AK. Jako dziecko słuchał ich rozmów o Polsce, „no bo o czym w tych czasach mieliby rozmawiać polscy inteligenci?”. Tym, co go uderzyło po latach, był fakt, że przy stole rodziców, wśród liberalnej, niekomunistycznej inteligencji, nie pojawiała się kwestia Zagłady. Niewątpliwie jego eseistyka z ostatnich lat doprowadziła do zmiany tej sytuacji: temat stał się jednym z najgoręcej dyskutowanych w polskich domach.

Jaki jest poziom tych debat (niestety, także za jego przyczyną), to jednak zupełnie inna sprawa. Można mieć krytyczny stosunek do pisarstwa Jana Tomasza Grossa, ale trudno widzieć w tym dziedzicu najlepszych polskich tradycji historyka „amerykańskiego” czy, w wersjach bardziej wulgarnych, „Żyda-polakożercę”. „Pisałem tę książkę jako Polak, odczuwając opisywane wydarzenia jako plamę na swojej polskiej tożsamości” – powie po publikacji „Strachu”.

W 1968 r. Gross miał 21 lat, a za sobą kilkuletnie zaangażowanie w działalność antysystemową: jeszcze jako uczeń warszawskiego Liceum Batorego wraz z Adamem Michnikiem zakładał Klub Poszukiwaczy Sprzeczności, a wkrótce stał się członkiem związanego z Jackiem Kuroniem i Karolem Modzelewskim środowiska „komandosów”. W marcu – jako student socjologii – był współorganizatorem protestów po zdjęciu z afisza „Dziadów” (to w domu jego rodziców odbyło się jedno ze spotkań na temat przebiegu protestu) i jeździł do Krakowa z próbą rozszerzenia zasięgu studenckich manifestacji. Aresztowany, z gronem kilkudziesięciu przyjaciół spędził za kratami 5 miesięcy – i ten okres w zasadzie zasługiwałby na osobny wątek w portrecie człowieka i środowiska. Oto grupę złotej młodzieży nagle zamknięto w więzieniu i poddano wyrafinowanej obróbce śledczo-propagandowej. Kilku „komandosów” – zmanipulowanych terrorem psychicznym, fałszywymi grypsami czy cytatami z rzekomych zeznań przyjaciół – złamało się w śledztwie.

Grossa wśród nich nie było – jeśli składał zeznania, to nie dotyczyły spraw poufnych i nie dawały się użyć przeciwko kolegom; krzyczał przez okno celi do współpracującej ze śledczymi przyjaciółki, by zmieniła postawę; nieustannie otrzymywał też kary dyscyplinarne za stawianie się klawiszom. Na procesie bagatelizował kwestie, o które go pytano, albo tłumaczył, że był pijany, zatem nie pamięta, o czym mówiono.

Polska po Marcu przedstawiała ponury pejzaż. Antysemicka nagonka aparatu partyjnego i prasy doprowadziła Grossów do decyzji o emigracji – podjętej zresztą przez matkę autora „Strachu”. Przez Włochy trafili do USA, gdzie Jan Tomasz skończył studia na uniwersytecie Yale i obronił doktorat o Polskim Państwie Podziemnym (i skąd pisał dramatyczny list do Józefa Czapskiego, z pytaniem, jak będąc na emigracji nie zgubić się dla Polski). Tym publicystom, którzy research na jego temat rozpoczęli od „Sąsiadów”, wypadałoby przypomnieć ten fakt, tak samo zresztą jak przygotowaną wspólnie z żoną, Ireną Grudzińską-Gross (po latach razem napiszą „Złote żniwa”), antologię relacji polskich obywateli wywiezionych z Kresów w głąb ZSRR, zatytułowaną „W czterdziestym nas Matko na Sibir zesłali...”. Później ukazała się „Revolution from Abroad” – książka o okupacji sowieckiej na wschodzie II RP. O renomie, jaką po tych publikacjach zdobył w krajowym środowisku naukowym, może świadczyć fakt, że przymiarki do „Sąsiadów” powstawały jako rozdział księgi pamiątkowej ku czci Tomasza Strzembosza, później należącego do jego najgwałtowniejszych polemistów.

Zauważmy: już do tego momentu, jako działacz opozycji, więzień, przymusowy emigrant i badacz kresowej tragedii, ma wystarczająco wiele zasług, by podczas dyskusji na temat należnych mu odznaczeń podnosić raczej kwestię „komandorski, oficerski czy może wielki”. Z całym szacunkiem: krzyże kawalerskie Orderu Zasługi – przyznawane obcokrajowcom lub Polakom mieszkającym stale za granicą – noszą były piłkarz Piotr Nowak i trener siatkarzy Stéphane Antiga.

Z rodzinnego albumu

Dlaczego w pewnym momencie zajął się tematyką polsko-żydowską? Sformułowano na ten temat dziesiątki mniej lub bardziej bzdurnych hipotez: że zrozumiał, iż jako badacz okupacji sowieckiej nie ma szans na międzynarodową karierę, że mści się za Marzec, że (to teza Piotra Zychowicza) spłaca dług wobec Michnika, z którym przed 1968 r. zdążył popaść w konflikt.

A przecież można rzecz całą zobaczyć prościej: uznać, że – jak jeden z jego mistrzów Jan Józef Lipski (obszernie cytował go już w 1986 r., w napisanym dla emigracyjnego kwartalnika „Aneks” eseju „Ten jest z ojczyzny mojej... ale go nie lubię”) – poczuł się w obowiązku wypełnić dziwną lukę w polskim pisarstwie historycznym. Zbierając świadectwa zesłańców, natrafił na informację, że jedna z notatek Jana Karskiego o sytuacji w okupowanej Polsce (dotycząca stosunku społeczeństwa do Żydów) została ocenzurowana, by nie zrobić złego wrażenia na aliantach. Spotkał się z Karskim, zaczął więcej czytać, a potem... już nie było odwrotu: „jak się zaczyna czytać źródła, myślisz, że jesteś na dnie, a tam od spodu pukają” – mówił Annie Bikont.

Nikt zresztą nie pytał, dlaczego Jan Błoński napisał w 1987 r. „Biednych Polaków patrzących na getto” albo – by sięgnąć po przykłady z innej dziedziny – dlaczego mniej więcej w tym samym czasie Paweł Huelle publikował „Weisera Dawidka”, a Krzysztof Gierat i Janusz Makuch rozpoczynali w Krakowie organizację pierwszego Festiwalu Kultury Żydowskiej. Polskie społeczeństwo wychodziło z komunistycznej zamrażarki – a wraz z nim wychodziły tematy dotąd zamrożone.

Ciekawa rzecz jednak: zanim w „Gazecie Wyborczej” w listopadzie 2000 r. ukazała się recenzja Jacka Żakowskiego z „Sąsiadów”, a także towarzysząca jej rozmowa z prof. Tomaszem Szarotą, najważniejsza książka Grossa przechodziła w zasadzie bez echa. Pierwszy jej nakład był znikomy, a w prasie przez wiele miesięcy od premiery niemal nie pojawiały się omówienia. Być może trudno się dziwić, skoro sam Gross – opierający swój esej na przechowywanej w Żydowskim Instytucie Historycznym relacji naocznego świadka wydarzeń Szmula Wasersztajna – pisze, że cztery lata zajęło mu zrozumienie, o czym naprawdę przeczytał, i że dopiero oglądając materiały nakręcone przez Agnieszkę Arnold do filmu dokumentalnego „Gdzie jest mój starszy brat Kain?” pojął, że 10 lipca 1941 r. polscy mieszkańcy miasteczka zgromadzili na rynku miejscowych Żydów, żeby następnie zapędzić ich do stodoły i spalić. Zdanie, które w tym kontekście zapisał, jest charakterystyczne dla jego stylu, lekkie, niemal niefrasobliwe: „I jak to zwykle bywa, kiedy nam już spadnie zasłona z oczu – skoro tylko uświadomimy sobie, że dotychczas niewyobrażalne jest dokładnie tym, co się wydarzyło – okazało się, że cała historia jest świetnie udokumentowana, że świadkowie żyją do dziś, że pamięć o tej zbrodni przetrwała w Jedwabnem przez pokolenia”.

Na tym polega jeden z problemów związanych z Grossem: że w gruncie rzeczy nie stawia nas wobec pytania, czy opisywane przezeń wydarzenia miały miejsce, tylko dlaczego tak długo nie dopuszczaliśmy ich do świadomości. Czemu nie pisali o nich inni naukowcy, zachowując standardy, których przekroczenie jemu się zarzuca? Czemu ich odkryć nie prezentowały – rzecz jasna w sposób obiektywny i wyważony – media?

Odpowiedź, jakiej sam udziela, nie jest przyjemna: „Zaczynamy rozumieć, że normą zachowania w polskim społeczeństwie (...) było tropienie i wynajdywanie ukrywających się Żydów (a więc i Polaków, którzy dawali im schronienie), nie zaś niesienie prześladowanym Żydom pomocy” – napisał w „Złotych żniwach”. A potem zapytał, czy zdjęcie, które stało się punktem wyjścia tej książki (zdaniem Grossów przedstawiało chłopów złapanych przy rabowaniu zbiorowych mogił Żydów zamordowanych w obozie zagłady Treblinka), nie pochodzi aby z naszego rodzinnego albumu.

To dobry punkt wyjścia do pokazania istoty sprawy. Choć wcale nie jest powiedziane, czy zdjęcie faktycznie przedstawia rabusiów (może pracowali np. przy ekshumacjach żołnierzy Armii Czerwonej?), choć zjawisko powojennego szabru nie rozciągało się tylko na mienie żydowskie, czujemy przecież, że coś jest na rzeczy. Kiedy przed laty pytałem jednego z najświetniejszych badaczy tematu, Dariusza Libionkę, czy uznaje jakieś tabu w pisaniu o Holokauście, wyznał, że nie zajmuje się terenami, z których pochodzi: pamięta uczucie, gdy natrafiał w aktach na nazwiska morderców, o których mógł myśleć, że są bliskimi znanych mu osób...

Jak pisał Błoński: „Czytamy czy słuchamy rozważań o żydowsko-polskiej przeszłości i kiedy tylko dojdzie do nas zdarzenie, fakt, który nie najlepiej o nas świadczy, gorączkowo staramy się go pomniejszyć, wytłumaczyć, zbagatelizować”. Dlaczego? „Dlatego, że – świadomie czy nieświadomie – boimy się oskarżenia. Boimy się, że odezwie się strażnik-kret [figura z analizowanego przez autora wiersza Miłosza – MO] i powie, zajrzawszy w swoją księgę: ach, wyście także służyli śmierci? I wyście pomagali zabijać?”.

Westerplatte czy Jedwabne

W każdej z debat wywołanych publikacjami Grossa mieszało się kilka porządków. Pierwszy: co się dokładnie wydarzyło i jaka była skala zjawiska (czy np. w Jedwabnem, jak napisał, mordowało „społeczeństwo”, czy dająca się ustalić z imienia i nazwiska – w śledztwie IPN ograniczona do ok. 40 osób – liczba sprawców; albo jeżeli z gett i transportów udało się zbiec ok. 200-250 tysiącom Żydów, a wojnę przeżyło ok. 40-60 tys., to co stało się z resztą – jaki procent zginął z rąk Polaków?).

Drugi: dlaczego się wydarzyło (jaki np. wpływ na wzrost antyżydowskich nastrojów w Jedwabnem miały zachowania żydowskiej ludności w czasie okupacji sowieckiej; czy powodem opisywanych w „Strachu” powojennych pogromów był antysemityzm, wzmocniony jeszcze lękiem przed koniecznością oddania tym, którzy przeżyli, zrabowanego wcześniej majątku, czy może nie sposób opisywać upiornej powojennej dekady bez zrozumienia, że była czasem powszechnego w Europie zawieszenia norm moralnych, rozpadu porządku społecznego i zobojętnienia na ludzką krzywdę?).

Trzeci: co to wszystko oznacza dla nas, członków wspólnoty religijnej i narodowej, do której należeli również tamci oprawcy (czy np. fakt, że temat był w zasadzie nieobecny w dotychczasowej refleksji historycznej, nie wynika z tego, iż rzecz dotyczyła „chamów i Żydów”, a w związku z tym nie interesowała członków elity?).

Czwarty: co to wszystko oznacza dla państwa, w którym żyjemy (inicjatorzy odbierania Grossowi odznaczenia nie ukrywają, że chcą zerwania z dominującą rzekomo w III RP „pedagogiką wstydu”, jako godzącą w polską tożsamość, której kluczowym składnikiem mają być wzorce pozytywne, bohaterstwo i cierpienie; już 15 lat temu jeden z architektów polityki historycznej PiS Andrzej Nowak pisał w tekście „Westerplatte czy Jedwabne” o szkodliwości „narodowego samobiczowania się”).

Oczywiście głównym odpowiedzialnym za owo mieszanie porządków jest sam Gross, łączący w swojej twórczości opis historyczny z próbą narodowej psychoanalizy; monografia naukowa płynnie przechodzi u niego w literacki esej, traktat historiozoficzny, moralitet czy wręcz pamflet. W tym sensie można powiedzieć, że ułatwia zadanie polemistom: zawsze można pokłócić się z nim o liczby, zawsze można skomplikować malowany przezeń obraz, uzupełniając go o kontekst epoki, ale też zawsze można zarzucić mu, że szkodzi polskiej pozycji, a wręcz że na skutek jego publikacji nasz kraj może stać się przedmiotem jakichś międzynarodowych roszczeń odszkodowawczych. Z pozycji bardziej życzliwych można również powiedzieć, że jego brutalność zraża wielu odbiorców, a uogólnienia – mogą zniweczyć całą intencję.

Jednak nawet powiedziawszy to wszystko, oczekujemy z obawą na pytanie strażnika-kreta. Wiemy, że mogiły w lasach istnieją. Są domy, które zmieniły właścicieli. Świadkowie żyją do dziś. Ba: istnieją dokumenty i relacje – już pal licho zdjęcie, o którym nie wiadomo, czy pochodzi z Treblinki. A kiedy mowa o zasługach Grossa, warto pamiętać i tę: pisząc „Sąsiadów” pioniersko wykorzystywał akta procesów powojennych, tzw. sierpniówek (31 sierpnia 1944 r. PKWN wydał dekret, na mocy którego ścigano kolaborantów, ale też ludzi, którzy mordowali i wydawali Żydów) – dziś trudno wyobrazić sobie badania nad „upiorną dekadą” bez sięgnięcia po ten rodzaj źródeł.

Gros Grossa

Owszem, popełnił wiele błędów i nieścisłości. W „Sąsiadach” przedstawił jako naocznego świadka wydarzeń człowieka przebywającego wówczas w ZSRR, w „Strachu” wziął za autentyk esbecką fałszywkę dziennika Józefa Kurasia „Ognia”, w tekście dla „Project Syndicate” napisał, że uciekający po wojnie przed polskim antysemityzmem Żydzi chronili się w Niemczech – a przecież nie u Niemców szukali oparcia, tylko u okupujących ich kraj aliantów. „Diabeł tkwi w szczegółach” – mówił Tomasz Szarota w pierwszej publikacji „Gazety Wyborczej” na temat „Sąsiadów”, i wypadałoby się z wybitnym historykiem zgodzić, gdyby nie późniejsza uwaga innego wybitnego historyka Israela Gutmana, że „diabeł w takich okropnych wydarzeniach siedzi w ludziach, a nie w szczegółach”.

Wróćmy do frazy, za którą Gross może stracić order. Skąd się wzięła? Otóż w jednej z recenzji „Złotych żniw” Marcin Zaremba postanowił wziąć za dobrą monetę zdanie autora i założyć, że podczas tzw. trzeciej fali Zagłady Polacy zabili lub wydali Niemcom kilkadziesiąt tysięcy Żydów. „Liczba ta przewyższa niemieckie straty osobowe w kampanii wrześniowej (17 tys. zabitych) i znacznie liczbę poległych żołnierzy Wehrmachtu w Powstaniu Warszawskim (2 tysiące) – przypomniał Zaremba, kalkulując zarazem, że od października 1939 do lata 1944 r. Niemców nie zginęło więcej niż 3 tysiące. – Jakie są zatem implikacje liczb przytoczonych przez Grossów? Ni mniej, ni więcej takie, że byliśmy, a przynajmniej chłopska część naszego społeczeństwa, nie po tej stronie, po której nam się wydawało, że byliśmy, skoro zabiliśmy więcej Żydów niż Niemców”.

Zauważmy: mowa o Niemcach zabitych na terenie okupowanej Polski, z pominięciem tych, którzy zginęli w walkach z polską armią na zachodzie czy z idącymi ze wschodu żołnierzami Berlinga. A liczba Żydów zabitych przez Polaków nadal pozostaje przedmiotem badań.

Recenzja, z której Gross wyjął wspomniane zdanie, była skądinąd krytyczna. Zaremba, podobnie jak wielu innych autorów, wskazywał, że przyjęta przez autora „Strachu” perspektywa solidarności z ofiarami nie pozwala zrozumieć mechanizmów, jakie prowadziły do zachowań ich prześladowców. Przedstawieni w „Złotych żniwach” chłopi (podobnie jak ci ze „Strachu” i „Sąsiadów”) to „tłuszcza, amorficzny tłum, o którym autor nie mówi nic więcej poza tym, że tworzą go katolicy nienawidzący Żydów”.

W innym miejscu recenzji historyk przypomina, że w 1945 r. zwłoki leżały wszędzie, a wiosną w Warszawie cuchnęło tak, że ludzie obawiali się wybuchu cholery. Pisze też, że 28 września 1946 r., gdy grossowscy „kopacze” szukali złota w popiołach Treblinki, w Łodzi doszło do katastrofy kolejowej. Zginęło 21 osób, a ponad 40 zostało rannych, ale tłum rzucił się na miejsce wypadku nie po to, by pomóc ofiarom, ale po to, by je okraść.

Próżno w pracach Grossa szukać takiego kontekstu. Zdecydowanie łatwiej znaleźć wielkie kwantyfikatory i generalizacje (co ma wspólnego polski chłop ze szwajcarskim bankierem, oprócz duszy nieśmiertelnej? Złoty ząb z czaszki zabitego Żyda – ironizuje w „Złotych żniwach”; w „Strachu” pisze, że „zabijanie Żydów po wojnie w Polsce nie było traktowane jako zbrodnia, lecz raczej jako forma kontroli społecznej w obronie wspólnych interesów”). „Jak mawiał Talleyrand, wszystko, co przesadne, jest bez znaczenia” – kwituje więc jego wysiłki Aleksander Smolar w reakcji na artykuł w „Project Syndicate”. Trudno nie podzielać obaw prezesa Fundacji Batorego, że „takie teksty jak artykuł Jana Grossa, przy skłonności części polskiego społeczeństwa do manii prześladowczej i do teorii spiskowych, potwierdzają tylko przekonanie o absurdalności oskarżeń formułowanych pod adresem Polaków, zwalniając równocześnie z obowiązku przemyślenia problemu stosunku do Innego, również jeżeli nie jest on Żydem” (tekst dla „Project Syndicate” dotyczył naszej współczesnej niechęci do przyjmowania uchodźców).

Przed kilkoma laty badacz Zagłady Jacek Leociak mówił mi, że Gross jest niezastąpiony jako „terapeuta Polaków”: „Metody, jakimi się posługuje, mogą być uznawane za zbyt drastyczne, ale to jak z elektrowstrząsami: psychiatria humanistyczna je krytykowała, jednak od lat 80. XX w. znów się do nich powraca w leczeniu niektórych form depresji”. Tyle że ze stwierdzeniem tym polemizowali później na łamach rocznika „Zagłada Żydów” Marta Witkowska i Michał Bilewicz: „Odkrycia XX-wiecznej psychologii społecznej nie pozostawiają wątpliwości, że nadzieja na zażegnanie historycznych konfliktów na drodze katartycznej konfrontacji z przeszłością nie mogła się ziścić. Nieprzypadkowo zresztą współcześni psychologowie mówią o »złudzeniach, które pozwalają żyć« – to konstruktywne fikcje zdają się bardziej adaptacyjne niż bolesna prawda trafiająca na nieprzygotowany grunt. Nieproszone informacje o zagrażającej przeszłości najczęściej są z miejsca negowane lub ich pamięć staje się mocno skrzywiona (»to nie my, to Niemcy«, »oni byli przecież komunistami«, »to przecież margines mordował, a nie prawdziwi Polacy« itp.).

Prawda nas nie wyzwoli – twierdzą Witkowska i Bilewicz, powołując się przy tym na wyniki prowadzonych w ostatnich latach badań socjologicznych; nie wyzwoli nas, bo podawana w ten sposób – do nas nie dotrze. Bo zablokujemy treści zagrażające naszej tożsamości, a sprawców tak czy inaczej usprawiedliwimy. Adam Michnik w jednym ze swoich komentarzy do publikacji Grossa mówi wprost, że jego przyjaciel stosuje złą pedagogikę.

Jak liczyć szkielety

Beznadziejna sytuacja: pisząc o tragicznych wydarzeniach nie sposób pomijać kontekstu. Przywołując go, nietrudno narazić się na zarzut, że chce się w gruncie rzeczy rozbroić moralną bombę, usprawiedliwić oprawców itd. Licząc szkielety – łatwo popaść w buchalterię i zapomnieć, że za każdą czaszką kryje się konkretne życie.

Czy można napisać, że zdjęcie będące punktem wyjścia „Złotych żniw” nie przedstawia cmentarnych hien, równocześnie przyznając rację Grossowi, że hieny istniały? Czy można przyjąć w historycznej narracji perspektywę ofiar, równocześnie traktując ich relacje z taką samą ostrożnością jak pozostałe źródła („Nasza postawa wyjściowa do każdego przekazu pochodzącego od niedoszłych ofiar Holokaustu powinna się zmienić z wątpiącej na afirmującą” – napisał w „Sąsiadach”, budząc zrozumiały opór niejednego historyka)? Nade wszystko: czy można stawiać pytanie o skuteczność przyjętej przez Grossa „metody elektrowstrząsów”?

Z drugiej strony – przy świadomości, że przesadzając, dociskając pedał, używając publicystycznych klisz (np. sformułowania „katoendek”), zamyka innych na dialog – czy można zgodzić się na próbę zamykania mu ust przy pomocy prokuratora lub szykanowanie zabieraniem orderów? Ile tak naprawdę wiedzielibyśmy – my, przedstawiciele polskiej elity – o tragicznym losie Żydów na ziemiach polskich podczas i po II wojnie światowej, gdyby nie dociskanie pedału przez Grossa? Czy czytalibyśmy tak uważnie rozprawy naukowców z Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Barbary Engelking, Jana Grabowskiego, Jacka Leociaka, Dariusza Libionki czy Aliny Skibińskiej? Ich badania wciąż dotyczą wycinków: poszczególnego powiatu czy dystryktu. Ale dokumenty i świadectwa, do których docierają, potwierdzają tezy autora „Sąsiadów”.

Co z tym orderem

Czy istnieje wyjście z tej beznadziejnej sytuacji? Na początek wypadałoby założyć, że Janowi Tomaszowi Grossowi chodzi o to samo, co Andrzejowi Nowakowi: o polską tożsamość. „Żeby się z tym dziedzictwem uporać, musimy je najpierw uczynić własnym, to znaczy przyswoić sobie i umieścić w historii mocą własnej narracji” – pisze autor „Strachu”. A jeden z najuczciwszych jego krytyków, Paweł Machcewicz, zwraca uwagę we wstępie do IPN-owskiej publikacji „Wokół Jedwabnego”, że „naród dumny ze swojej historii potrafi się zmierzyć nawet z najokrutniejszą prawdą o własnej przeszłości. To, w jaki sposób tego dokona, jest miarą jego współczesnej dojrzałości i wielkości”.

W tym sensie poszukiwanie pełnej prawdy o przeszłości stanowi najlepszy sposób wzmacniania narodowej tożsamości i może również stanowić sposób na budowanie silnego państwa. Nigdy dość powtarzania: opisywane przez Grossa zbrodnie na Żydach były zbrodniami na obywatelach Polski. Zapominając o tym, nie jesteśmy lepsi od komunistów wyrzucających z Polski rodzinę autora „Sąsiadów”.

Kiedy więc w MSZ trwają „pogłębione analizy”, co zrobić z odznaczeniem Grossa, jakiś łebski urzędnik mógłby właściwie zasugerować prezydentowi, by zamiast odbierać... podniósł autorowi „Sąsiadów” rangę odznaczenia. „Nie przeklinajmy się za szmalcowników, tylko bądźmy dumni z tych, którzy umieli naszemu własnemu złu stawić czoło” – to zdanie Michnika można rozciągnąć nie tylko na Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, ale także na Grossa i podobnych mu badaczy.

W Polsce można ich krytykować, toczyć spory albo wzruszać ramionami czy wyśmiewać (ktoś nawet nazwał autora „Sąsiadów”: „Britney Spears historiografii”, co najlepiej pokazuje, jak długo o nim dyskutujemy), ale na zewnątrz stanowią świetną promocję Polski dojrzałej i wielkiej. Polityka historyczna nie musi opierać się wyłącznie na produkcji popularnych filmów dla masowej widowni (aż się prosi, by powstał taki o Janie Karskim) – można adresować ją również do opiniotwórczych elit w kraju i za granicą.

W „Sąsiadach” Jan Tomasz Gross przypominał, że nie ma czegoś takiego jak wina zbiorowa, bo za zabójstwo odpowiedzialny jest tylko morderca. Pytał jedynie: „Czy jako zbiorowość złączona autentycznie przeżywaną więzią duchową, która daje nam tytuł do odczuwania wspólnoty losów, nie jesteśmy również odpowiedzialni za dokonania haniebne przodków i współziomków? Innymi słowy, czy możemy sobie z toku dziejów dowolnie wybrać schedę, do której się poczuwamy, ogłaszając, że »to jest Polska właśnie«?”.

Sprawa nie dotyczy przecież tylko Polaków i rozciąga się na wspólnoty inne niż narodowa. Oto dlaczego Jan Paweł II przepraszał za grzechy Kościoła u progu trzeciego tysiąclecia. Oto dlaczego biskupi polscy zdecydowali się na modlitwę przebłagalną podczas rocznicy 60. rocznicy zbrodni w Jedwabnem, a w 1990 r., w 25. rocznicę soborowej deklaracji „Nostra aetate”, napisali: „Choćby tylko jeden chrześcijanin mógł pomóc, a nie podał pomocnej ręki Żydowi w czasie zagrożenia lub przyczynił się do jego śmierci, każe to nam prosić nasze Siostry i Braci Żydów o przebaczenie”.

Problem nie zniknie, nawet jeśli odbierzemy Grossowi Krzyż Kawalerski, a warszawski pomnik Sprawiedliwych będzie wielki jak bazylika w Licheniu. ©℗

POTWORNYM DLA POLSKI ZRZĄDZENIEM LOSU przywódcy nazistowskich Niemiec postanowili, nie pytając Polaków o zgodę, że będą mordowali Żydów właśnie na terenie Polski. Polacy nie mieli żadnego wpływu na tę decyzję, nie mogli się jej sprzeciwić, nie są za nią w żaden sposób odpowiedzialni. I w tym sensie uczestnictwo polskiego społeczeństwa w procesie Zagłady narodu żydowskiego dokonało się w okolicznościach przez Polaków niezawinionych. Hasła wymordowania Żydów nie było w programie żadnej polskiej partii politycznej. W polskiej historii, tradycji, w koncepcjach polskiej racji stanu, nawet w polskim antysemityzmie nie ma zapowiedzi unicestwienia narodu żydowskiego. Ale tak to już jest w historii każdej zbiorowości, a także i w indywidualnej biografii człowieka, że życie jest pełne niespodzianek i raz po raz rzuca wyzwania, których świadomie byśmy nie podejmowali. Z powodu morderczej obsesji jednego z największych złoczyńców w historii los rzucił wyzwanie Polakom: z polskiego społeczeństwa wyrwano na męczeńską śmierć jedną dziesiątą współobywateli tylko dlatego, że byli Żydami. I musimy się wobec tego dowiedzieć, jak reszta polskiego społeczeństwa zachowała się w tych okolicznościach i czy Polacy temu wyzwaniu sprostali.

Jan Tomasz Gross, „Strach”

POWIEDZIELI O GROSSIE

JAROSŁAW KACZYŃSKI 
To efekt antypolskiej manii pana Grossa. Ja bardzo krytycznie podchodziłem już do „Sąsiadów” – to książka kompromitująca dla historyka. Jej tezy były nieprawdziwe. Nie myślę o jakiejś tezie ogólnej, że zdarzały się zbrodnie z udziałem Polaków, bo to prawda, ja o takich przypadkach wiedziałem od dzieciństwa. Natomiast teza, że całą ludność w Jedwabnem wymordowano dzięki decyzji polskiego samorządu z udziałem prawie całej ludności polskiej, to się okazało w śledztwie, w badaniach, całkowitą nieprawdą. Mieliśmy więc do czynienia z kłamstwem nie do końca zdemaskowanym. Zabrakło tu odwagi. Panował pewien intelektualny terror. Jak zawsze, kiedy zabraknie odwagi, trzeba się liczyć z tym, że sprawy pójdą dalej. I „Strach” jest właśnie pójściem dalej. Ta książka ma charakter antypolskiego paszkwilu.

Wywiad dla blogerów salonu 24, 2 lutego 2008 r.

KARD. STANISŁAW DZIWISZ
W ostatnim czasie dotarła do moich rąk publikacja autorstwa Jana Tomasza Grossa wydana przez Wasze wydawnictwo pod znamiennym tytułem „Strach”. Jej lektura napełniła mnie wielkim bólem, Z przykrością muszę stwierdzić, że potwierdziły się doniesienia prasowe ostrzegające przed tezami tej książki. Rozumiem, że do wydania tej książki skłoniły Wasze wydawnictwo pewne względy, lecz nie mogę przejść obojętnie nad tworzeniem atmosfery jakichś napięć narodowościowych w naszej Ojczyźnie na tle wybiórczych danych historycznych. (…) Waszym zadaniem jest krzewienie prawdy o historii, a nie budzenie demonów antypolskości i antysemityzmu jednocześnie. Wydawnictwo Wasze mogłoby wykazać się większą uwagą w doborze lektur przedstawianych polskiemu czytelnikowi również z powodu etycznego dziedzictwa pozostawionego przez założycieli.

List otwarty do prezesa wydawnictwa Znak, Henryka Woźniakowskiego, 12 stycznia 2008 r.

BARBARA SKARGA
Człowiek, który przeżywa tak wielki ból z powodu śmierci swych braci, ma prawo go wyrazić w gwałtownych słowach, choćby nawet niekiedy były niesprawiedliwe. Nie powinien natomiast ani przez chwilę dać się opanować nienawiści. Niestety Gross ulega negatywnym emocjom. Na konfrontacji nigdy nic pozytywnego nie zbudowano. Zamiast zgrozy i wyrzutów sumienia wzbudza ona opór i niechęć. O sprawach, które wówczas miały miejsce, należy mówić innym tonem i innym językiem, szukając zrozumienia i porozumienia. (…) Niestety, człowiek jest zwierzęciem ułomnym i jedną z najsilniejszych sprężyn jego działania jest zawiść, często nieuzasadniona, często źle obierająca swój przedmiot. Gdy jednak wybucha, zdolna jest do każdej zbrodni. Cóż, człowieka się łatwo nie zmieni. Jednakże by go zmienić, nie należy go piętnować, lecz raczej pouczać i starać się zrozumieć.

Wystąpienie podczas dyskusji w Warszawie, 22 stycznia 2008 r.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich. W redakcji od...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

W Polsce brakuje publikacji o charakterze zimnej analizy sztabowej okresu okupacji i Powstania Warszawskiego. Dawno temu wydana książka generała Kirchmayera jest temu bliska, ale trudno uwierzyć w prawdziwość danych, gdyż była pisana "na zamówienie". Jednak jest rzeczą oczywistą, że proporcja strat armii niemieckiej i np. ludności cywilnej Warszawy może być podstawą do wytoczenia procesu ludziom podejmującym decyzję o wybuchu Powstania, nie mówiąc już o jego przygotowaniu, logistyce i uzbrojeniu. Fuszerka, jeśli nie zbrodnia i żadna polityka tego nie usprawiedliwia. Podobnie może być, niestety, z danymi przytaczanymi przez autora o stratach armii niemieckiej w czasie okupacji i ich porównaniu z liczbą zamordowanych obywateli pochodzenia żydowskiego. Potrzebne są jednak rzetelne liczby i dokumenty. Najwyższy czas na zimno o tym dyskutować.

Zamiatając pewne tematy pod dywan doprowadzimy że wyjdą w postaci jeszcze potężniejszych demonów. Przydałaby się rzetelna dyskusja i konfrontacja z owymi. Obawiam się że nie nadszedł jeszcze czas....

bardzo dziekuję.

POLSKA KONSTYTUCJA Art. 54. 1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. 2. Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. Czy w POLSCE będzie groziła kara za informacje pozyskane i rozpowszechniane z następujących pozycji - wydanych w POLSCE?: 1. Czesław Miłosz wiersz CAMPO DI FIORI 1943 r., 2.Nieregularny Puls - kwartalnik literacki 24 1984/1985 Londyn Artykuł – ”KONFERENCJA W OXFORDZIE DOTYCZĄCA STOSUNKÓW POLSKO-ŻYDOWSKICH”, 3.David I. Kertzer ”Papieże a Żydzi” W.A.B Warszawa 2005 ISBN83-7414-075-5 4.Jan T. Gross ”STRACH. ANTYSEMITYZM W POLSCE TUŻ PO WOJNIE. HISTORIA MORALNEJ ZAPAŚCI” 2006, ISBN: 978-83-240-0876-6, 5.Leon Poliakov ”HISTORIA ANTYSEMITYZMU”. T1-2 Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2008, ISBN97883-242-0898-2. 6.Jan Błoński ”BIEDNI POLACY PATRZĄ NA GETTO”. Wydawnictwo literackie Kraków 2008, ISBN978-83-08-04201-4, 7.Adam Michnik ”PRZECIW ANTYSEMITYZMOWI 1936-2009” T1-3 Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2010. ISBN97883-242-1363-4 8.Alina Cała ”ŻYD - WRÓG ODWIECZNY?” Warszawa 2012,Wydawnictwo Nisza ISBN: 978-83-61850-68-7, 9. Stefan Zgliczyński ”JAK POLACY NIEMCOM ŻYDÓW MORDOWAĆ POMAGALI” - Warszawa 2013, ISBN: 9788375546637, 10.”KLUCZE I KASA” red. Jan Grabowski, Dariusz Libionka – Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów Warszawa 2014, ISBN:978-83-63444-35-8, 11.Mirosław Tryczyk ”MIASTA ŚMIERCI – SĄSIEDZKIE POGROMY ŻYDÓW” RM 2015, ISBN: 978-83-7773-086-7, 12 Timothy Snydler ”CZRNA ZIEMIA HOLOKAUST JAKO OSTRZEŻENIE” Kraków 2015, ISBN: 978-83-240-3080-4. Już Kazimierz Wyka zaraz po II Wojnie - analizując to co stało się w relacjach polsko-żydowskich podczas II Wojny zauważył: "Na Niemców wina i zbrodnia, dla nas klucze i kasa". Czy także będzie na liście? Czy wyżej wymienione książki mogą zostać wpisane na listę ksiąg zakazanych? Czy powróci II obieg i wydawnictwa podziemne? Co maja myśleć Ci których rodziców czy dziadków spotkało w Polsce to co spotkało, a co opisano w powyższych pozycjach, czy mają milczeć i pisać do szuflady? Jeżeli polscy szmalcownicy zamordowali np. Twoich krewnych – to znaczy, że nie dokonali tego przestępcy, a tylko KTO? Czy materiały zgromadzone w ”Żydowskim Instytucie Historycznym” nie będą mogły być rozpowszechniane? Kiedy w Polsce o niektórych postaciach i grupach zbrojnych prawda zostanie przedstawiona rzetelnie? Wielu pomstuje na to - kogo gloryfikuje się na Ukrainie, a w Polsce? W wielu przypadkach o wątpliwych zasługach różnych partyzantów mówi się jak o faktach historycznych, natomiast o ich zbrodniach jako o ”KONTROWERSYJNEJ” wersji historii! SIC. Nawet kiedy fakty i zgromadzone dowody są obszerne jak np. w sprawie Józefa Kurasia "Ognia", a wystawiono mu pomnik. Jeżeli Żydowski Instytut Historyczny, ówczesny ambasador Izraela David Peleg (zmarł w 2013), Tomasz Gross (Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej), Ludomir Molitoris z Towarzystwa Słowaków w Polsce, Jan Kacwin (odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski) – były szef nowotarskiego oddziału Światowego Związku Żołnierzy AK (zmarł w 2011r.), Roza Natowicz z Izraela oraz Stowarzyszenie Pamięci im. 1 Pułku Strzelców Podhalańskich AK - przedstawiają określone dowody i relacje to nadal niektórzy nie widza w tym nic złego? Na co czeka IPN? – świadkowie umierają! Czy aby na pewno czarne jest białe, a prawda nie ma znaczenia? Niestety dla pewnej liczby Polaków tematyka żydowska to nadal trudny temat – mają z tym problem. Żydzi pozostawili w Polsce ogromny majątek w skład którego wchodziły fabryki, kamienice czynszowe, indywidualne budynki mieszkalne, sklepy, zakłady rzemieślnicze, maszyny. Tylko niewielki procent uległ zniszczeniu podczas działań wojennych. Żydzi - wnieśli także ogromny wkład w rozwój ekonomiczny jak i kulturalny Polski. Bez nich kultura wielu krajów europejskich byłaby uboga. Przez setki lat stanowili od 70% do 30% wszystkich umiejących pisać, czytać i liczyć mieszkańców danego terytorium! Byli nauczycielami, lekarzami, prawnikami, zarządcami majątków polskiej szlachty, pisarzami, zapewniali dostawy surowców jak i towarów. Stanowili tym samym (pod względem ekonomicznym jak i mentalnym) OGROMNĄ KONKURENCJĘ DLA KLERU - jedynej organizacji która także umiała pisać, czytać i korzystać z wiedzy dla swoich celów. Czy dlatego byli przez lata zwalczani, ośmieszani i posadzani o zbrodnie rytualne? Obrazy o takich kłamliwych treściach do dziś wiszą w niektórych polskich kościołach np. w Katedrze Sandomierskiej (dopiero od niedawna opatrzone stosownym wyjaśnieniem). A wcześniej czemu służyły? Do czego były potrzebne w kościołach? (To retoryczne pytanie). Minęło w Polsce ponad 25 lat od uzyskania przez Was NIEZALEŻNOŚCI I PEŁNEJ DEMOKRACJI – wyrosło nowe pokolenie przez Was kształtowane i nauczane już od przedszkola wiec dlaczego wielu z Was nadal nie jest gotowa zmierzyć się ze swoja historią? Kto winien? Wystarczy przeczytać komentarze w Internecie np. pod informacją o otwarciu Muzeum Historii Żydów Polskich. Niewielu umie rozmawiać w oparciu o fakty historyczne (, a nie prasowe) i dokumenty prawne, a potem się dziwią, że tak jak się ich widzi i słyszy - tak też się ocenia. Wielu nadal marzy się Polska tylko dla rdzennych Polaków. Czy są tacy? - po wielu najazdach, rozbiorach i wojnach, czy to tylko brak wiedzy o swoich przodkach? Znamienny jest przypadek pewnego węgierskiego polityka Csanád Szegedi – byłym członku skrajnie prawicowej partii Jobbik Magyarországért Mozgalom, który poszukując wszędzie Żydów - odnalazł na koniec SIEBIE. Jeśli prawda wyzwala, to co z nieprawdą? Dokąd zmierzacie? ©℗ Natin http://forum.tvp.pl/index.php?topic=144847.10;wap2

Z dotychczasowych wypowiedzi naszych rządzących, polityka historyczna ma opierać się "na jedynie słusznej prawdzie". Ja już jestem na tyle stary, że doskonale pamiętam, z czasów PRL, jak dochodzenie do takiej prawdy wygląda. Nie radzę, więc, mieć nadziei, że ktokolwiek będzie starał się dochodzić do prawdy historycznej w sposób cywilizowany, tak jak robi się to w innych krajach. U nas prawda historyczna, będzie musiała popierać wyznaczone wcześniej tezy. Nie na darmo obok "bohaterskiego" Ognia z Podhala zaczyna wyrastać Bury z Białorusi i Białowieży. Jego eliminowanie Białorusinów łącznie z kobietami i dziećmi było słuszne historycznie, i obecnie politycznie.

Jako historyk zawodowy pozwolę sie zdystansowac nieco od pańskiej opinii o "cywilizowanym dochodzeniu do prawdy w innych krajach". Niestety, na zachodzie juz od lat solidna historiografia jest w odwrocie i tylko od czasu do czasu pojawiaja sie perełki rzetelnego warsztatu (co prawda w wykonaniu starej szkoly historykow, jak Richard Pipes:))) To, co dzis dzieje sie w Polsce z historycznym pisarstwem, jest nie tyle poklosiem PRL-u, co - moim zdaniem - tych zachodnich trendów. Tomasz Gross wpisuje się znakomicie w mode pisania o historii w tonacji czarno-bialej z dużą iloscią "efektow specjalnych", podkreslajacych teze autora. Po "polskiej" stronie ukazało się juz kilka dobrych prac autorów, o których wspomniano w artykule. Publikowane są jednak również rozmaite smieci wydawnicze. Ale takie jest prawo rynku w liberalnej gospodarce:)))

W takim razie jak Pani widzi rozwiązanie tej sprawy? Czy w ogóle są jakieś nazwiska (oczywiście myślę konkretnych ludziach), które mogłyby wydać pracę na ten temat i nie zostaliby zaszczuci przez naszą obecną "prawdę historyczną". Nie mówię tu o "historykach pokroju Pana C. opisującego jak to Wałęsa sikał do chrzcielnicy i ostrzącego właśnie zęby na kolejny kęs w sprawie Bolka. Według mnie - laika - nie tylko stosunki polsko - żydowskie wymagają dyskusji, w kolejności czeka polityka wobec mniejszości (nie tylko w dwudziestoleciu przedwojennym), nurty faszystowskie w przedwojennej Polsce, nasze chwalebne zajęcie Zaolzia i inne. Ale kto będzie miał odwagę. Może ktoś bez "medali"? Żeby nie było czego mu odebrać? Zagmatwana sprawa, za bardzo nie widzę rozwiązania.

W dziedzinie problematyki polsko-zydowskiej polecam nazwiska historykow wymienionych w artykule, zwłaszcza pania Barbare Engelking. Co do spraw polsko-ukraińskich w latach miedzywojennych i wojennych - sa publikacje Grzegorza Motyki, bardzo rozsadnego polsko-ukraińskiego badacza. Co do nurtów faszystowskich, nazwijmy je nurtami faszyzującymi, gdyz faszyzmu jako takiego raczej w polskim zyciu politycznym nie było, w kazdym razie nie miał znaczenia, przyznam, ze nie znam nikogo, kto by sie tym zajmował kompetentnie. Co do Zaolzia - sprawa nie przedstawiała sie tak krysztalowo, jak przedstawiała to propaganda historyczna PRL-u. Jest stara publikacja o agresji czechoslowackiej na Śląsk Cieszyński w 1919 r., nie pamietam w tej chwili autora, ale jesli Panu zalezy - poszukam. Nie rozwodzac sie zbytnio - polska interwencja na Zaolziu była aktem rewindykacji terytorium zabranego przez Czechow w styczniu 1919. Odbyla sie oczywiscie w niefortunnym momencie, gdyz zbiegla sie z agresja hitlerowskich Niemiec. Czesi mieli w miedzywojennej Polsce bardzo złą prasę. Mimo wczesniejszych porozumień z Komitetem Narodowym Polskim o prowizorycznej linii demarkacyjnej Masaryk nie uznał tych rozmow forsując dla Czech program Korony Świetego Wacława i aspirujac do roli lidera w regionie. W 1920 roku Czesi posiadajac w wyniku agresji kluczowe linie kolejowe blokowali dostawy broni dla walczacej z bolszewikami Polski.

Warto jeszcze dodać "Oko za oko" amerykańskiego dziennikarza żydowskiego pochodzenia nazwiskiem John Sack. Książka ciekawie opisuje antypolskie ekscesy niektórych polskich Żydów w czasach wczesnego PRL. Jeszcze uwaga dot. Csanada Szegedi. Człowiek ten odkrył swoje żydowskie korzenie, został gorliwym wyznawcą judaizmu ale też pozostał węgierskim patriotą. Co więcej, twierdzi, iż Budapeszt to najlepsze na świecie miejsce do zamieszkania dla Żyda. Coś w tym chyba jest skoro do tego miasta ściągają setkami francuscy Żydzi z Paryża.

Wyważony, sensowny. Cytując z pamięci, "nie tej jest zły ptak, co swe gniazdo kala, lecz ten, co go kalać nie pozwala" (C.K. Norwid)

Oooj, dość mocno przewrócony sens. Było tak: "Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala, Czy ten, co mówić o tym nie pozwala?". Z powyższego wynikałoby, że niedobrze jest zapobiegać złu;)

Kalali swoje gniazdo Polacy mordujący Żydów, ale dzisiaj kalają je ci, którzy w imię "polityki historycznej" zapowiadają 5 lat więzienia za mówienie o tym. Odzyskana wolność daje okazję do przewietrzenia narodowej szafy, ale ludzie małej wiary boją się tego. O czym to świadczy? Chyba o bardzo wątłej postawie moralnej, by nie powiedzieć o tchórzostwie. A co do orderu Grossa, pozwolę sobie na garść wspomnień. W roku 2008 zadzwonił do mnie mój znajomy Rysiek Terlecki (obecny wicemarszałek), ale ponieważ mnie nie zastał, obiecał zadzwonić znowu. Nie zadzwonił. Równocześnie do mojej koleżanki z Archiwum Państwowego Marysi Kasperskiej-Szach powiedział dyrektor, że ma dostać jakiś order. Nie dostała. O co szło? W marcu 1968 r. oboje wraz z kilku innymi kolegami z Archiwum przepisaliśmy ulotki w obronie pałowanych studentów i parami roznosiliśmy je po Krakowie. Przy rozlepianiu ulotek oboje z Marysią wpadliśmy w ręce milicji, co nas kosztowało kilka miesięcy aresztu. W czterdziestą rocznicę Marca 1968 prezydent Lech Kaczyński przymierzał się do odznaczenia wszystkich "kombatantów marcowych", a więc i nas. Okazało się jednak, że ordery w pierwszym rzędzie musiałby dać "ikonom" Marca '68: Michnikowi i Grossowi właśnie. Tego było za dużo dla prezydenta i "dla sprawiedliwości" wraz z Grossem i Michnikiem "skreślił z listy" szereg innych osób, z Marysią i ze mną włącznie. Teraz tę małostkowość w stosunku do Grossa zamierza kontynuować nieodrodny dziedzic Lecha Kaczyńskiego, pan prezydent Andrzej Duda!

"Czy ten ptak kala gniazdo co je kala, czy ten co mówić o tym nie pozwala" - chyba o ten wydźwięk i sens Panu/Pani chodziło, ale dosłownie brzmi jw. :)

Dobrze napisane. Bez narodowej spiny i hejtu.

Książki Tomasza Grossa nie są pracami naukowymi, jako ze nie spełniaja podstawowych kryteriów rzetelnosci w oparciu o źrodla i prezentacji wnioskow na szerszym tle. Przeciwieństwem jego pisarstwa są np. prace Brabary Engelking. Wracajac do Grossa - to są prace publicystyczne, pisane pod podstawowa teze: Polacy to narod antysemitow, ktory podczas wojny en block wspomagał nazistow niemieckich w dziele Holocaustu. Nie oznacza to automatycznie, ze fakty podane przez Grossa są fałszywe. Tyle ze rzetelny historyk dba o to, aby jego praca, na ktora zlozyły się opisy wydarzeń autentycznych, choć wybiorczych, nie fałszowała ogolnego obrazu historycznego. Pan Gross zas tego nie robi, ale z premedytacja maluje obraz spoleczenstwa polskiego oszalałego z nienawisci do żydowskich "sasiadów", mordujacego ich i zagarniajacego zydowski majatek. Dobrze tez jest wspomniec o publikacjach "wspomagajacych" ksiązki Grossa, jaka jest np. "Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej" Andrzeja Ledera, w ktorej autor sugeruje, jakoby stan posiadania polskiej klasy sredniej pochodził z grabiezy mienia zydowskiego.:))) Nie zmienia to oceny planów odebrania Grossowi odznaczenia państwowego, które - w moim przekonaniu - nalezalo mu sie, jako ze jego książki zdopingowały do uczciwych badań problemu zachowań Polakow wobec Żydow w okresie okupacji. Ta ocena moze byc jedna - zamiar cofniecia odznaczenia jest totalnym prowincjonalizmem, głupota i kompromitującym dowodem na poziom obecnej wladzy.

Co do bogacenia się "sąsiadów" kosztem sąsiadów to pozwolę sobie wspomnieć, iż moja ś.p. teściowa, zmuszona do ucieczki na początku wojny z niewielkiego wielkopolskiego miasteczka, po powrocie po wojnie odnajdował ruchomości rodzinne u sąsiadów w tymże miasteczku.Dla porządku - nie byłą to rodzina żydowska, ojciec teściowej był powstańcem wielkopolskim. Jednym słowem, co w nas Polakach drzemie?

Znam, znam...Moja rodzina tez została wysiedlona z Poznania w czasie hitlerowskich "rugow":))) A w Polakach nie drzemie nic, czego by nie mozna bylo znaleźć u innych nacji. Wystarczy wspomnieć Francuzów, i to nie ciemnych chlopow, tylko "porzadnych" bourgeois, ktorzy denuncjowali zamozne rodziny zydowskie, zeby zagarnąć ich eleganckie meble, obrazy i srebra

Ale czy to , aby, nie jest antypolskie? To o czym wspominamy? A może jednak to były katolickie, narodowe, prawdziwie poolskie grabieże?

Grabili i mordowali polscy biedni, prymitywni chlopi. Tak, tak, katolicy:))) Nie to co ateistyczni Francuzi:))) Z drugiej strony - pomagali Żydom polscy endecy, zazarci antysemici, no i katolicy jednoczesnie. Np. Zofia Kossak-Szczucka:)))

No właśnie tak to było. Nie było białe - czarne. A z dotychczasowych przymiarek, wypowiedzi naszych władców, według nie, jednoznacznie wynika, że my będziemy tym schematem się posługiwać. Na wszelki wypadek poszperałem po szufladach czy nie zawieruszył mi się jakiś medal który można byłoby mi odebrać. Ale nawet Krzyża Zasługi z czasów PRL nie znalazłem. Trochę smutno.

Mnie mogą już tylko odebrać emeryturę:)))

To groźnie brzmi i będzie , myślę, tak dotkliwe jak, co najmniej, odebranie Medalu Bohatera Pracy Socjalistycznej. Cz jak to tam się nazywało. A wracając do niektórych wypowiedzi naszych obecnych władców, przypominam sobie jak w Moskwie, będąc w ichnim cyrku oklaskiwałem występy "Narodnich Artistów Sawietskowo Sajuza". Takie tytuły mieli faceci od lwów i żąglowania piłkami albo panienki od woltyżerki. Myślę, że nasz kierunek co do "unarodowiania" kultury jest podobny. No i Pan Minister Kultur i Dziedzictwa Narodowego (cokolwiek to znaczy) wypowiada się z dużą swadą o tym temacie. Zupełnie jak tamtejsi aktywiści w tamtych czasach.

swietny tekst, gratuluje

Świetny artykuł :)

Dziękuję za ten świetnie i rzetelnie napisany artykuł. To jest właśnie ta droga, którą winniśmy iść w poszukiwaniu prawdy o nas samych, czyli Polakach. Tak, ja popieram rekomendację solidnych prac pani Engelking, czy panów Grabowskiego i Libionki. Ale, jednocześnie, uważam, że J.T. Gross ma wielkie zasługi w przebudzeniu naszej świadomości, nawet jeśli jego niektóre książki pozostawiają wiele do życzenia pod względem profesjonalizmu historycznego. Myślę nawet, że Gross świadomie operował na płaszczyźnie publicystyki, chcąc nami potrząsnąć, i cenię to sobie bardzo.

Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera. Jak mniemam, ci co Grossowi chcą odznaczenie odebrać w zdecydowanej większości, powołują się na wartości chrześcijańskie.Faryzeusze też na Torę się powoływali i nawet udało im się życie Jezusowi Chrystusowi odebrać. A tak przy okazji. W walkach z powstańcami warszawskimi Niemcy stracili jakieś 7 tysięcy ludzi w zabitych. A my jakie straty ponieśliśmy? Pytam się? Kto za to odpowiada?

To jest dobre pytanie. A kolejne to kto z tej narodowej klęski dziś powód do chwały i dumy stara się czynić, i w jakim celu? czy tylko z głupoty, czy też może grunt szykuje pod kolejne hekatomby bezsensownych ofiar?

Jako przyjaciel Izraela i wcale znów nie taki entuzjasta przyjmowania w wielkiej liczbie muzułmanów do Polski, muszę się wypowiedzięc. Ostatnio wśród wielbicieli i stronników Grossa furorę robi książka Tryczyka. Książka w której nie za dużo jest Niemców i hitlerowców. Wypracowanie p. Tryczyka nie spełnia podstawowych kryteriów pracy naukowej. Oto jedna z recenzji: http://pamiec.pl/pa/tylko-u-nas/15362,PSEUDONAUKOWO-O-POGROMACH-recenzja-dr-Marcina-Urynowicza.html

Wiele się z Szanownego Pana postu nie dowiedziałem - można prosić o coś konkretnego od siebie?... Bo same hasła "wielbiciele i stronnicy Grossa" czy "robi furorę książka" - daruje Pan, ale są najwyraźniej publicystycznie podkręcone, za to kompletnie niekonkretne. Jest jeszcze opcja,że Sz. P. stara sie te pozycję po prostu rozreklamować, specjalnie wśród owych "stronników"? A może Waść to sam Tryczyk??...p.s. Ja osobiście najpierw czytam książkę/oglądam film, a potem dopiero sięgam po recenzje - Szanownemu Panu też tę metodę polecam, daje wiele satysfakcji.

To niewiarygodne ile absurdalnych argumentów znalazło się w komentarzach pod tym artykułem. Jak można twierdzić, że Gross ma zasługi w budowaniu świadomości historycznej? Przecież jego "twórczość" ma postawiony z góry nikczemny cel, dla którego fakty i rzetelność się nie liczą. Jeśli ktoś uważa, że przyświecała mu idea dociekania prawdy, to jest bardzo naiwny.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]