Kasper Kalinowski: W szkole, kiedy omawia się początki Zachodu, wspominamy o Grekach i Rzymianach, czasem o żydowskim monoteizmie. Dużo pomijamy.
Prof. Josephine Quinn: I wiele tracimy, upraszczając fascynującą sieć spotkań i idei do jednej prostej podróży z Grecji do Rzymu, przez średniowieczne chrześcijaństwo, do „Zachodu”. Nawet jeśli po drodze zajrzymy do hebrajskiej Ziemi Świętej, czczonej przede wszystkim jako miejsce narodzin chrześcijaństwa.
Moje ujęcie powstania współczesnych kultur i społeczeństw europejskich wykracza poza Europę. Umieszczam osiągnięcia europejskie w kontekście Afro-Eurazji, aby pokazać, że Zachód nie jest cudem stworzonym samodzielnie, ale wynikiem długotrwałych powiązań między większą i bardziej zróżnicowaną grupą społeczeństw z rozległych obszarów starożytnego i średniowiecznego świata.
Książkę „Jak świat stworzył Zachód” zaczyna Pani od handlu morskiego i portu w Byblos w dzisiejszym Libanie. Dlaczego?
Ponieważ żegluga wszystko zmieniła. Zanim pod koniec IV tysiąclecia p.n.e. na górnym Nilu pojawiły się żagle, podróże i transport były trudne, kosztowne i powolne. W Egipcie i Lewancie były co prawda osły, ale te nie mogły przewozić dużych ładunków ani poruszać się szybko.
W tym czasie na obszarach położonych dalej na północ wynaleziono koło – być może nawet na terenach dzisiejszej Polski, skąd pochodzi najstarsze przedstawienie koła, datowane na połowę IV tysiąclecia – ale najwcześniejsze koła były pełne w środku. Przez to wozy były zbyt ciężkie, aby mogły je ciągnąć zwierzęta inne niż woły, zresztą tylko na płaskim terenie. Jedynym skutecznym sposobem pokonywania dużych odległości była podróż wodą, w łodziach zwanych dłubankami – ale po zabraniu wioślarzy i prowiantu pozostawało mało miejsca na towary.

Łódź wyposażona w żagiel może płynąć trzy razy szybciej niż dłubanka, ma mniejszą załogę i znacznie więcej miejsca na ładunek. Kiedy w pierwszej połowie III tysiąclecia p.n.e. Egipcjanie opanowali sztukę żeglowania po Nilu i Morzu Śródziemnym, odległości morskie uległy skróceniu. Ich głównym portem był Byblos na wybrzeżu Lewantu, który służył jako pomost do Mezopotamii i Indii.
Mieszkańcy Byblos nauczyli się budować łodzie i żeglować, także na zachód, czyli pod dominujące na Morzu Śródziemnym wiatry. Kiedy statki z Byblos dotarły na Kretę około 2000 r. p.n.e., połączyły europejski świat rolniczych wiosek z bogatymi kosmopolitycznymi kulturami, technologiami i ideami Egiptu oraz Azji Zachodniej. Te koneksje miały swoje wzloty i upadki, ale nigdy nie zanikły.
Twierdzi Pani, że postrzeganie przeszłości przez pryzmat cywilizacji jest mylące. W starożytności ludzie nie myśleli o sobie w ten sposób?
Optyka cywilizacyjna jest wynalazkiem współczesnym. Rzeczownik „cywilizacja” w liczbie pojedynczej pojawił się po raz pierwszy w XVIII w. w języku francuskim, w kontekście idei oświeceniowych dotyczących ciągłego postępu ludzkości – od myśliwych, przez pasterzy, rolników, aż po handlarzy.
W tym modelu „cywilizacja” szybko stała się ostatecznym celem rozwoju ludzkości. Jednak dopiero w latach 20. XIX w. zaczęto mówić o „cywilizacjach” w liczbie mnogiej – ponownie w języku francuskim – jako o odrębnych kulturach, z których każda ma własną historię i charakter, a co najważniejsze, swoje naturalne ograniczenia. Analogicznie do wymyślonej w tej samej epoce idei „ras”, koncepcja cywilizacji zyskała w XIX w. taką popularność, że dziś jest wszechobecna – jedyne interesujące pytania wydają się dotyczyć tego, dlaczego jedna cywilizacja radziła sobie lepiej od drugiej lub dlaczego między nimi powstawały konflikty.
To jednak sztuczny podział. Sugeruje, że kultury rosną jak drzewa, z odrębnymi od sąsiadów korzeniami i gałęziami, że cywilizacje powstają, rozkwitają i upadają w dużej mierze samodzielnie. W ramach takiego modelu można oczekiwać, że cywilizacja zachodnia rozwinie się od wewnątrz, czy to z Grecji i Rzymu, czy z germańskiej północy. Jednak historia nie działa w ten sposób. Prawdziwa zmiana historyczna wynika z nowych relacji między ludźmi, którzy wymieniają się nieznanymi sobie ideami.
Powinniśmy myśleć o społeczeństwie ludzkim nie jako o lesie pełnym drzew, ale jako o klombie, który, aby odrosnąć, potrzebuje zapylenia z innego miejsca. Koncepcja biologicznych „ras” została ostatecznie obalona w XXI w. przez genetykę i nadszedł czas, aby zrobić to samo z podziałami kulturowymi. To powiązania, a nie cywilizacje, napędzają zmiany historyczne – gdy wszyscy pozostają na swoim miejscu, nic się nie zmienia.
Możemy jednak mówić o kontynentach. Podział na Europę i Azję nie był ważny w starożytności?
O oddzielnych kontynentach po raz pierwszy czytamy w pracach greckojęzycznych geografów tworzących na terenie dzisiejszej zachodniej Turcji, zwłaszcza w porcie Milet, jednym z największych ośrodków handlowych, gdzie szlaki lądowe prowadzące do wielkich miast Azji Zachodniej łączyły się ze szlakami morskimi przebiegającymi przez Morze Śródziemne i Morze Czarne. Wiele prac tam powstałych ma wyraźne powiązania ze światem intelektualnym Babilonu, ale można założyć, że podział tego, co w rzeczywistości było jednym lądem afro-eurazjatyckim, na rozgraniczone kontynenty był ich nieco ekscentrycznym pomysłem.
Bardziej interesuje mnie jednak to, co nazywam „optyką kontynentalną”, czyli idea, że kontynenty nie tylko istnieją, ale mają znaczenie i że istnieją między nimi istotne różnice. To bardzo silne przekonanie w epoce nowożytnej, szczególnie w kontekście podziału, a nawet antagonizmu między Europą a Azją. Zawsze ciekawiło mnie, dlaczego w starożytnych tekstach greckich można znaleźć tak niewiele śladów tej idei.
Współcześni myśliciele często wywodzą binarne przeciwstawianie Azji i Europy, a nawet Wschodu i Zachodu, aż ze starożytnej myśli greckiej. Tymczasem u starożytnych nie zauważyłam tendencji do mówienia o Wschodzie i Zachodzie jako o miejscach lub przeciwieństwach – jeśli w ogóle o nich mówią, to jako o osi – Wschód i Zachód łączą znany świat.

Natomiast ówcześni uczeni różnicują swoje mapy świata według stref klimatycznych biegnących z północy na południe. To ma o wiele więcej sensu – dla uprawy żywności naprawdę większe znaczenie ma to, czy mieszkasz w Danii, czy w Tunezji, niż w Atenach czy Lizbonie.
Nawet nawiązując do podziału między Azją a Europą, współcześni uczeni nie odwołują się do koncepcji greckiej, ale do opisanej w języku greckim przez anatolijskiego historyka Herodota z V wieku p.n.e. Herodot stwierdza, że Persowie uważali Azję za swoją, a Europę z Grekami postrzegali jako coś odrębnego.
W Grecji tak nie myślano – państwo ateńskie miało poddanych zarówno po europejskiej, jak i azjatyckiej stronie Morza Egejskiego. Dlatego lubię myśleć, że koncepcję kontynentów i różnic między nimi współczesny Zachód zapożyczył nie ze starożytnej Grecji, tylko z Persji.
Był to również czas wielkich innowacji. One pojawiały się na peryferiach imperiów czy w ich centrach?
Innowacje zazwyczaj nie powstają w stolicach imperiów, ale w mniejszych miejscach. Duże państwa są z natury konserwatywne. Najbezpieczniejszym sposobem na utrzymanie władzy jest trzymanie się sprawdzonych praktyk, symboli i relacji.
Ludzie na obrzeżach mocarstw lub pomiędzy nimi są mniej przywiązani do swoich zwyczajów i mają więcej do zyskania, próbując nowych rzeczy. Dobrym przykładem jest Ugarit, port z epoki brązu na wybrzeżu współczesnej Syrii, maleńkie królestwo, które leżało w cieniu wielkich imperiów epoki brązu – Babilończyków, Hetytów i Egipcjan. Ale mieszały się tam innowacje kulturowe.
Mieszkańcy Ugarit jako pierwsi używali własnego języka w sprawach państwowych; wynaleźli pierwszy sponsorowany przez państwo alfabet do zapisywania tego języka i wykorzystali ten alfabet do stworzenia nowego rodzaju literatury – ekscytujących, zabawnych eposów i legend, które podważają konwencje polityczne i religijne, w których bogowie i królowie są słabymi i często śmiesznymi postaciami. A wszystko to nie pomimo, ale właśnie dzięki położeniu Ugarit na peryferiach kilku miejsc.
Miasto znajdowało się na skrzyżowaniu szlaków handlowych między większymi imperiami, żeglarze podróżujący wzdłuż wybrzeża Lewantu spotykali kupców z Cypru na zachodzie i Mezopotamii na wschodzie. Handel wzbogacił miasto, sprowadził licznych imigrantów, a także nowe informacje i idee.
Zachód kojarzy nam się dzisiaj z demokracją. To nie jest grecki wynalazek?
Za każdym razem, gdy ktoś próbuje wdrożyć gdzieś demokrację, jest to nowy wynalazek. Demokracja praktykowana w starożytnych Atenach nie miała nic wspólnego z systemem, który nosi dziś tę samą nazwę. W Atenach głosowania były rzadkością, a gdy już się odbywały, miały charakter aklamacyjny, więc nie było potrzeby dokładnego liczenia głosów. Prawie wszystkie stanowiska publiczne obsadzano w drodze losowania.
Interesujące byłoby wypróbowanie demokracji w stylu greckim we współczesnym świecie. Jednak poza systemem ław przysięgłych w niektórych krajach i strategiami wyborczymi małych ugrupowań lewicowych model ten nie cieszy się zainteresowaniem.
Co ciekawe jednak, historia demokracji opartej na losowaniu sięga Asyrii z XIX w. p.n.e. Aszur było wówczas małym miastem-państwem nad rzeką Tygrys, ale i potęgą handlową, wymieniającą tekstylia i cynę pozyskane w Babilonie na srebro i miedź z Anatolii. W jednej z enklaw handlowych w środkowej Anatolii, w miejscu zwanym Karum Kanesz (Port Kanesz), zachowało się niezwykłe archiwum listów wymienianych między kupcami, ich rodzinami i partnerami w Aszur.
Ujawnia ono m.in. wczesną formę demokracji zarówno w kolonii, jak i w samym Aszur, gdzie król miał ograniczone uprawnienia. Istniała rada starszych i suwerenne zgromadzenie wyborcze, a urzędnicy miejscy byli wybierani w losowaniu, tak jak ponad tysiąc lat później w Atenach.
Podobnie jak w Atenach, rok był nazywany imieniem starszego sędziego wybranego w drodze losowania. Znamy nazwiska około stu takich mężczyzn, pół tysiąca lat przed tym, zanim bylibyśmy w stanie wymienić choćby jednego mieszkańca Europy.
Nie wiemy, czy istnieje bezpośredni związek między tymi dwoma epizodami w historii demokracji – ani czy Ateńczycy byli świadomi tego wcześniejszego przykładu. Ale o wielu starożytnych społeczeństwach niewiele wiemy, więc można przypuszczać, że demokracja – lub demokracje – mogła być bardziej powszechna.
A co przegapiamy, gdy przyjmujemy, że z Grecji historia Zachodu przenosi się prosto do Rzymu?
Choćby starożytną Kartaginę. Wielu uczonych wykazało, że imperia kartagińskie i rzymskie były podobne. Interesuje mnie, w jakim stopniu imperializm rzymski aktywnie zapożyczał z modelu kartagińskiego, który był znacznie większy i potężniejszy aż do stulecia wojen punickich, zakończonych zniszczeniem Kartaginy przez Rzymian.
Rzymianie skopiowali kartagińską technologię morską, aby wygrać z Kartaginą, a następnie stare kartagińskie systemy administracji i opodatkowania wprowadzili na swoich nowych terytoriach.
Nie podoba się Pani stwierdzenie, że „Arabowie ocalili Greków dla Europy”. Ich wkład nie był tak istotny?
Wpływ Arabów na rozwój Zachodu był nawet ważniejszy, niż się często podaje. Ocalenie tekstów greckich było tylko częścią znacznie większego „projektu tłumaczeniowego” realizowanego od VIII w. n.e. w Bagdadzie pod rządami Abbasydów, gdzie kalifowie poszukiwali mądrości świata, dzieł naukowych i akademickich napisanych w sanskrycie, po persku, aramejsku i grecku, i zlecali ich tłumaczenie na arabski.
To było bardzo wyraźne, wręcz hojne uznanie przez nich siły asymilacji kulturowej, w najlepszym tego słowa znaczeniu. W książce podkreślam, że tłumaczenie było tylko pierwszym krokiem – kluczowe było to, co arabskojęzyczni uczeni zrobili z nowymi ideami – ważnymi osiągnięciami w matematyce, naukach ścisłych, optyce i filozofii, które następnie rozprzestrzeniły się w Europie poprzez islamską Hiszpanię i Sycylię i były siłą napędową tego, co nazywa się renesansem XIII w.: narodzin sztuk wyzwolonych na Zachodzie, dzięki wymianie między uczonymi islamskimi, żydowskimi i chrześcijańskimi.
Kilka wieków później europejscy uczeni sami uzyskali dostęp do starożytnych greckich rękopisów w Konstantynopolu i innych ośrodkach bizantyjskich, i to właśnie na tych źródłach opierają się prawie wszystkie współczesne wydania starożytnych dzieł greckich – niewiele z nich przetrwało wyłącznie w języku arabskim. Jednak postępy w starożytnej nauce dokonane przez uczonych piszących w języku arabskim w średniowieczu pozostają kluczowe dla historii zachodniej nauki i medycyny.
Czy to, co nazywamy „wartościami zachodnimi” – np. wolność, racjonalność, tolerancja – nie ma korzeni w Grecji i Rzymie?
Nawet powierzchowna znajomość kultur greckiej i rzymskiej pokazuje, że mają one bardzo niewiele wspólnego z tym, co obecnie uważamy za wartości zachodnie. Znany jest ich entuzjazm dla niewolnictwa i pogarda dla kobiet, ale to nie wszystko – greckie miasta ceniły stosunki seksualne między mężczyznami i chłopcami, obywatele rzymscy lubili oglądać walki na śmierć i życie między niewolnikami i zwierzętami, a także publiczne egzekucje. To zupełnie inny, obcy świat.
Od kiedy mówi się o „Zachodzie” w dzisiejszym rozumieniu?
Termin ten pojawił się po raz pierwszy w literaturze europejskiej na początku XIX w., co szczegółowo opisuje mój przyjaciel Georgios Varouxakis w książce „The West”. Był to wynik serii zmian tamtej epoki, kiedy idea cywilizacji „europejskiej” stała się problematyczna.
Wielu europejskich osadników w nowych Stanach Zjednoczonych postrzegało rewolucję amerykańską jako zerwanie ze Starym Światem. Tymczasem w Europie narastały obawy przed Rosją. „Zachód” był pojęciem bardziej elastycznym, mogącym obejmować dowolną część Europy i rozciągać się na jej osady za oceanem. Problem z „Zachodem” polega jednak na tym, że nie jest to miejsce, ale kierunek. A kierunki zależą od tego, skąd się wyrusza.
Samuel Huntington pisał o „zderzeniu cywilizacji”, które miało wyjaśniać globalne zjawiska. Jak by mu Pani odpowiedziała?
W 1997 r. Huntington wysunął tezę, że cywilizacje staną się cechą definiującą nową epokę. Twierdził, że najważniejsze różnice między ludźmi mają dziś charakter kulturowy i religijny, a nie polityczny czy ekonomiczny, i wyróżnił dziesięć współczesnych cywilizacji, opisanych w kategoriach geograficznych i religijnych – w tym „zachodnią”, sięgającą do dawnej żelaznej kurtyny, a dalej prawosławną czy islamską. W świetle późniejszych wydarzeń brzmi to proroczo i niekoniecznie chciałabym się z nim w tej sprawie spierać.
Kluczowe jest jednak to, że dla Huntingtona taki stan rzeczy odzwierciedlał trwałą kondycję ludzką. Pisał: „Przez większą część dziejów ludzkości kontakty między cywilizacjami były sporadyczne albo w ogóle nie istniały (...) Historia ludzkości jest historią cywilizacji. Nie da się myśleć o rozwoju ludzkości w innych kategoriach”.
I właśnie z tym zdecydowanie się nie zgadzam. Moja teza jest taka, że dzieje dawnych społeczeństw są historią kulturowego zapożyczania – i że w istocie historia w ogóle zależy od tego, że takie zapożyczenia zachodzą. Izolacja jest nie do pogodzenia z innowacją.
Myślenie o przeszłości przez pryzmat cywilizacji ma wpływ także na teraźniejszość?
Optyka cywilizacyjna dyktuje dzisiejszą retorykę polityczną i stosunki międzynarodowe, co najwyraźniej widać w wielobiegunowym modelu Putina, Xi, Modiego i innych.
To idea państw cywilizacyjnych, takich jak Rosja, Chiny i Indie, podmiotów kulturowych, które są zasadniczo równe, ale dość odrębne i mają prawo decydować o własnym losie, w tym o tym, kogo wykluczyć, a kogo włączyć jako członków – czy to poprzez wykluczenie muzułmanów z cywilizacji indyjskiej, czy też poprzez włączenie Ukraińców wbrew ich woli do Rosji.
To podejście jest jawnie przeciwstawiane innemu, równie niepokojącemu modelowi „cywilizacji Zachodu przeciw barbarzyństwu”, w którym nikt inny się nie liczy – i który widzimy dziś często w kontekście izraelskiego ludobójstwa w Gazie. Te dwa podejścia świadomie stawiają się w opozycji do siebie. Oba jednak opierają się na tym samym błędnym założeniu dotyczącym samej idei cywilizacji.
Jednocześnie na całym świecie narasta fala izolacjonizmu. Chociaż często przedstawia się ją w kategoriach nacjonalistycznych, zazwyczaj opiera się ona na trosce o dziedzictwo kulturowe, strach przed wielką wymianą białej kultury europejskiej na skrytą za burką kulturę islamską. To nie tylko błędne, ale także nudne.
Nigdy nie istniała jedna czysta kultura zachodnia lub tożsamość, która byłaby obecnie zagrożona lub zanieczyszczana z zewnątrz. Jeśli odrzucimy koncepcję cywilizacji, nie zostaje nic, czego można bronić przed zastąpieniem, i nic poza strachem do pokazania.

JOSEPHINE QUINN jest profesorką historii starożytnej na Uniwersytecie Oksfordzkim. Współkierowała pracami archeologicznymi w Utyce. W jej dorobku znajdują się m.in. nagradzane książki „In Search of the Phoenicians” i „Jak świat stworzył Zachód” (Rebis 2025).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















