Jedyne prawdziwe słowa miłości to pytanie: „jadłeś już? jadłaś?”. Powiadała tak Elsa Morante, powieściopisarka i wnikliwa komentatorka swojej współczesności, ale była to współczesność tak bardzo XX-wieczna, że już zupełnie niepotrzebna i nieobecna w rozmowach i na półkach. Ładnie to ukazuje, jak tamten okres jest już tylko przeszłością: możemy ją sobie interpretować lub zakłamywać, ale nie da się w niej zamieszkać, schronić czy chcieć z niej uciec.
Ciąży nad nami rozmaitą traumą, uroczystymi cmentarzami i lubimy z szuflad tego wieku wyciągać czerwone (albo czarne) kartki w stronę dzisiejszych oponentów. Chcemy rzucać na nich klątwę, a tak naprawdę to tylko grudy całkiem zaschniętego błota.
Europa zapomniała o głodzie
Specyficzne bowiem dla XX wieku formy istnienia i opowiadania o świecie już nas coraz mniej dotyczą. Po to mamy poetów, tych wielkich, żeby byli dalekowzroczni, i pani Ewa Lipska pisała już dawno o niemożliwości odnalezienia się w tamtym stuleciu: „byli już tacy ludzie / ale nie ma pewności że to byliśmy my”. Prozaicy, no cóż, zostają na peronie, ale nie bądźmy złośliwi, coś po nich jednak zostaje.
Morante trwa dziś w brzmieniu pseudonimu, jaki wybrała dla siebie jakiś czas temu głośna włoska pisarka, genialna przyjaciółka milionów współczesnych czytelników i czytelniczek. I jest to hołd jak się patrzy.
„Kocham cię, więc chcę dać ci jeść”. Jakże dwudziestowieczne zdanie, uważałem je dotąd za blednący zapis doświadczeń głodu, dosłownego i masowego, który dotykał jeszcze trzy pokolenia wstecz mieszkańców Europy z okolic i klas społecznych dziś całkowicie wolnych od poważnej troski o przeżycie do jutra. Było, minęło, uff, przynajmniej na czas jakiś.
Frapująca rozmowa z psychoterapeutką, którą znajdziecie na następnych stronach „Tygodnika”, uświadomiła mi jednak, że rzecz jest bardziej skomplikowana. Wraz z zapomnieniem głodu i całej poniewierki, o której pisała z pierwszej ręki Morante oraz zastęp innych wielkich piór powieściowych, utraciliśmy zbiorowo niewinność w traktowaniu jedzenia jako czegoś dobrego w sposób tak oczywisty, że ta dobroć jest właściwie niewidoczna.
Chyba że w rękach władzy kościelnej przemieniało się w narzędzie władzy nad ciałem, ale raczej mało skutecznej, skoro tyle było zawsze pomstowania na obżarstwo. Nie dam się jednak wypuścić w teologiczne dygresje, nawet papieżowi ostatnio kazano uważać na tym gruncie.
Marnowanie żywności to grzech, nawet wśród bezbożników
Jestem jak ta mama przywołana w wywiadzie, która w pierwszym odruchu na kłopoty swojej córki chce jej ugotować rosół.
Fakt, że to stanowi problem, przedmiot terapii i temat na ważną rozmowę, mówi w metaforycznym skrócie dużo o naszej tzw. kondycji. Nie umiem się w niej do końca odnaleźć, bo nadal mam ten odruch, że zostawić trochę jedzenia na zapas to lepsze, niż żeby go wcale nie było. Na pewno lżej mi na duszy, gdy czynię kombinacje, by niczego jednak z lodówki nie zmarnować, bo to grzech nawet w domach bezbożników, niż gdybym miał ewentualnie się zamartwiać, co zjem jutro.
Z ratowania nadwyżek przed zepsuciem bierze się pasjonująca kuchnia, by tak rzec, drugiego stopnia, a charakter danej kultury w kwestii odżywiania można skrótowo nakreślić, badając, jak mianowicie radzi sobie z czerstwym chlebem.
Czy rosół może być zupą miłości
Tak, kocham bliskich mi ludzi rosołem. To nie wymaga żadnej zręczności w operowaniu nożem, kursów machania trzepaczką ani żmudnych poszukiwań na egzotycznym targu kwiatów paproci w zalewie z gwiazdek z nieba.
Tylko gnat, mięcho, jarzyna. Listek laurowy i ziele angielskie. Chyba że jesteśmy francuskie snoby i dysponujemy bieluśką nitką, wtedy do wiązanki ziół dodamy tymianku i nazwiemy to bouquet garni. Marchew oskrobać, ziemię spomiędzy liści pora wypłukać. Proste jak przytulenie. Ale czasu, który trzeba na to poświęcić, i cierpliwości nie da się kupić przez apkę z dostawą smart.
Tulenie zresztą też musi trwać ileś tam, żeby do krwi ruszyła oksytocyna. Tłuszcz z rosołu, łzy z policzka – trzeba to potem delikatnie zdjąć szmatką.
Jak gotować, by wyrazić miłość i troskę
Kiedym jeszcze miał córkę pod dachem i przy stole, kochałem ją jabłkiem pieczonym z łyżeczką miodu w miejscu wyciętej szypułki. Ten okrężny ruch nożyka, żmudny i w miarę moich możliwości precyzyjny, zapamiętałem lepiej niż wszystkie słowa, które przecież uleciały, w większości miałkie jak wczorajszy dziennik radiowy.
Byłem tylko dość dobrym rodzicem i w jabłku zostawały pojedyncze pestki. Być może teraz ona musi je wydłubywać z siebie na kozetce, na tym też polega proces doroślenia, że rzeczy choćby najmilsze rzucają swój cień. Sam też zdążyłem się nauczyć, iż najskuteczniej comfort food działa nie wtedy, kiedy totalnie słodki i gładki, lecz gdy się go czymś przełamie i naruszy. Tknięcie kwasem, kropla goryczy, twardy okruch – taką mamy dorosłą fenomenologię szczęścia.
Dlatego kiedy robię sticky rice, czyli jeden z tych azjatyckich słodkich glutów ryżowych gotowanych w mleku z kokosa i zjadanych z zapieczonym bananem albo mango, muszę dać soku z cytryny. Inaczej zatykam się po dwóch łyżkach, a w wersji ulepszonej mogę jeść bez końca. A niech to, sam sobie zaparzę i podam ziółka na brzuch.
Czy można jednak dorośle wyrażać miłość i troskę, gotując? Chcę wierzyć, że tak, i że nasza rozmówczyni z następnych stron mi na to pozwoli, byle tylko umieć przyjąć w milczeniu i bez wyrzutów, kiedy ktoś odpowie na naszą troskę: „Nie, dziękuję”.

Risotto z czosnkiem niedźwiedzim i paloną cytryną
300 g ryżu do risotto (carnaroli, arborio, vialone itd.)
300 g liści czosnku niedźwiedziego
2 małe cytryny z uprawy eko
100 ml białego wina
1 l lekkiego bulionu z kury lub warzywnego
70 g masła
Oliwa, parmezan, kefir
Co prawda jadłem sticky rice nie dalej jak w zeszłą niedzielę, ale w kwietniu prawdziwy comfort czerpię ze smaku powracającej po zimowej podróży zieleniny. Zerkam też niecierpliwie, kiedy ceny szparagów na stronie internetowej Majlerta zejdą jeszcze ciut poniżej mojego progu bólu. To dla mnie chyba ważniejsze niż notowania baryłki ropy Brent. Już niedługo! I wtedy zacznę was zanudzać, jak co roku, szpar-paradą. Tymczasem skorzystajmy z innej kwietniowej świeżynki.
Blanszujemy liście czosnku w osolonym wrzątku przez minutę, studzimy w wodzie z lodem, odciskamy mocno, miksujemy z oliwą na rzadką papkę (albo drobno siekamy nożem). Cytryny kroimy na cienkie plasterki, wykładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, suszymy w 120 stopniach przez godzinę, potem podnosimy temperaturę do 200 stopni i zapiekamy je kilka minut – tyle, żeby się mocno zrumieniły. Po wystudzeniu ucieramy w moździerzu lub mikserem na proszek.
Robimy risotto według zwykłej procedury: prażymy ryż na suchej patelni, delikatnie mieszając, podlewamy winem, a gdy wyparuje, wlewamy stopniowo wrzący bulion, w miarę jak ryż go „wypija”.
Kiedy już będzie prawie gotowy (zwykle ok. 15-16 minut), dodajemy krem z czosnku, gotujemy razem minutkę, wyłączamy ogień, dodajemy masło, intensywnie mieszamy, odstawiamy na minutę pod przykryciem. Na koniec dodajemy starty parmezan w niewielkiej ilości, bo jego umami może przykryć wszystko, kleks kefiru lub gęstej maślanki i posypujemy proszkiem z cytryn.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















