Kasper Kalinowski: Nieżyjący już angielski historyk Lawrence Stone pisał: „Jeśli romantyczna miłość kiedykolwiek istniała poza Europą, występowała wyłącznie wśród elit niezachodnich państw narodowych, które miały czas, aby kultywować estetyczne uznanie dla subiektywnych doświadczeń”. Badała Pani społeczności łowców-zbieraczy – co by mu Pani odpowiedziała?
Marta Kowal: Że to bardzo zachodniocentryczne i przy współczesnym stanie wiedzy trudne do obrony stwierdzenie. Uczucia, które psychologowie określają mianem miłości romantycznej, pojawiają się w różnych kulturach i okresach historycznych. Gdy tylko ludzie nauczyli się pisać, pisali o miłości. Nie zmieniło się to od tysięcy lat. Każdego roku powstają niezliczone ilości prac poświęconych tematyce miłości. Ludzie piszą o miłości, śpiewają o miłości, tworzą filmy, przedstawienia, sztuki o miłości. Miłość wydaje się obecna wszędzie, nie tylko na Zachodzie.
Natomiast do XX w. wielu badaczy z zachodniego kręgu kulturowego wierzyło, że „prawdziwa” miłość romantyczna została wynaleziona na Zachodzie, a ludy tradycyjne lub, jak by powiedział polski antropolog z XX w. Bronisław Malinowski, „ludy dzikie” doświadczają jedynie popędu seksualnego. Dziś mamy znacznie więcej danych, np. analizy literackie, historyczne, etnograficzne i psychologiczne, które pokazują, że doświadczenia przypominające miłość romantyczną występują szeroko, niezależnie od płci, wieku, poziomu wykształcenia czy koloru skóry.
W naszych badaniach, zarówno tych online, prowadzonych w ponad stu krajach, jak i terenowych, prowadzonych w społecznościach wiodących bardziej tradycyjny tryb życia, takich jak Fulani i Igbo z Nigerii, Hadza i Meru z Tanzanii, Kimeru z Kenii czy Tsimane’ z Boliwii, obserwujemy relatywnie intensywne uczucia miłości. To nie znaczy, że miłość zawsze wygląda dokładnie tak samo w każdej kulturze. Formy wyrazu, normy dotyczące małżeństwa czy znaczenie uczuć dla organizacji społecznej się różnią. Niemniej jednak trudno utrzymać tezę, że romantyczna miłość jest wyłącznie zachodnim wynalazkiem.
Czym jest więc miłość z perspektywy psycholożki i badaczki tematu?
Miłość to złożone, wielowymiarowe zjawisko, które trudno zamknąć w jednej definicji. Lubię myśleć o niej jak o spektrum odcieni czerwieni. Załóżmy w tej metaforze, że wiemy, że miłość to czerwony fenomen, ale u każdego przybiera nieco inny odcień. Dla niektórych oznacza głównie namiętność i intensywne pobudzenie, dla innych głębokie przywiązanie i partnerstwo. U części osób te elementy współistnieją, u innych dominują pojedyncze aspekty. Kontynuując metaforę, dla jednych miłość będzie bardziej czerwona, dla innych mniej. A znajdą się i tacy, którzy w ogóle nie będą odróżniać tej czerwieni od innych barw emocji.
Na gruncie naukowym rozróżniamy różne typy miłości: miłość rodzicielską, przyjacielską, religijną, miłość do zwierząt czy miłość romantyczną. W obrębie tej ostatniej często wyróżnia się fazę początkowego zakochania oraz fazę długoterminowej miłości.
Wczesny etap miłości romantycznej cechuje się zazwyczaj najwyższym poziomem namiętności, seksualnego pobudzenia, obsesyjnego myślenia o ukochanym, „motyli w brzuchu”. Będąc w stanie zakochania, potrafimy kochać całym sobą, do szaleństwa. Wszystko inne przestaje się liczyć. Nie możemy spać, nie możemy jeść, nie możemy funkcjonować. Całe nasze ciało wyrywa się do ukochanego. Zazwyczaj te intensywne uczucia pasji z czasem słabną, ustępując miejsca miłości opierającej się bardziej na przywiązaniu, intymności oraz zaangażowaniu. W swoich badaniach skupiam się na całym spektrum miłości romantycznej, od tego początkowego zakochania aż po długoletnią miłość.

W 2025 r. warto jeszcze badać miłość? Czego dowiedzieliśmy się w ostatnich latach?
Zdecydowanie warto. Intensywne, systematyczne badania naukowe nad miłością ruszyły stosunkowo niedawno. Przez dużą część XX w. panowały sceptyczne lub uprzedzone nastawienia. Twierdzono, że miłość to temat zbyt nieuchwytny, subiektywny albo po prostu niegodny publicznego finansowania. Były też i ważne, choć raczej ignorowane głosy orędowników badań nad miłością. Już w połowie XX w. Harry Harlow, prezydent Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychologów, przekonywał, że miłość jest czymś centralnym w życiu ludzi i powinniśmy dowiedzieć się na jej temat więcej.
Ale przełom nastąpił dopiero pod koniec ubiegłego wieku, m.in. dzięki pracom etnograficznym i międzykulturowym. Np. analiza Williama Jankowiaka i Edwarda Fischera z 1992 r. dostarczyła mocnych dowodów na szerokie rozprzestrzenienie doświadczeń przypominających to, co nazywamy miłością romantyczną. Dalsze rozwinięcie stanowiły teoretyczne modele biologiczne, np. propozycja Helen Fisher, wedle której można wyróżnić trzy powiązane systemy ewolucyjne: popęd płciowy, przyciąganie do konkretnej osoby i przywiązanie do partnera. To użyteczne ramy, które skłoniły badaczy do testowania konkretnych hipotez empirycznych. Co ciekawe, mimo swojej ogromnej popularności, te pierwsze modele miłości były niepoparte empirycznymi badaniami.
Na szczęście w XXI w. zaczęto prowadzić coraz więcej badań. Klasyczne badania Andreasa Bartelsa i Semira Zekiego wykazały aktywację struktur związanych z mózgowym układem nagrody u osób zakochanych, co dało mocny argument, że doświadczenie zakochania ma podłoże biologiczne. Późniejsze badania porównywały aktywność mózgową miłości romantycznej i miłości rodzicielskiej, wskazując zarówno podobieństwa, jak i różnice.
Badania hormonalne i neurochemiczne także poszerzyły naszą wiedzę. Coraz liczniejsze badania, w tym i nasze, wskazują na rolę układów dopaminergicznych, oksytocyny i wazopresyny w przywiązaniu, a także wpływ hormonów płciowych i układów serotonergicznych na zachowania i uczucia związane z bliskością. Wszystko to potwierdza, że miłość ma wymiar fizjologiczny i psychobiologiczny, a nie jest jedynie literacką metaforą.
Mimo postępów pozostaje jednak wiele luk badawczych. Wciąż brakuje, przykładowo, dużej liczby badań długoterminowych, które pozwoliłyby w pełni uchwycić dynamikę miłości w życiu konkretnej osoby oraz mechanizmy, które predysponują do utrzymania intensywnej, satysfakcjonującej miłości przez lata. To ważny kierunek na XXI wiek.
Mitem, który obaliła Pani w swoich badaniach, jest negatywny wpływ antydepresantów na zakochanie się. SSRI nie przeszkadzają w miłości.
Poszukiwania eliksiru czy czarów miłości i obawy przed ich odwrotnością towarzyszyły ludziom od dawna. Na bardziej naukowej, a mniej magicznej płaszczyźnie jednym z takich lęków jest przekonanie, że leki zwiększające stężenie serotoniny w mózgu, czyli SSRI (powszechnie nazywane antydepresantami), mogą tłumić zdolność do zakochiwania się albo osłabiać samo uczucie miłości.
Do niedawna brakowało bezpośrednich badań, które zweryfikowałyby to przekonanie, ale właśnie pojawiły się pierwsze dane empiryczne. W naszym artykule przeanalizowaliśmy dane od 810 młodych dorosłych będących w stanie zakochania i nie znaleźliśmy dowodów na związek między przyjmowaniem leków SSRI a intensywnością zakochania (namiętnością, obsesyjnym myśleniem o ukochanym czy zaangażowaniem) ani częstotliwością współżycia.
To pierwsze wiarygodne empiryczne wsparcie dla tezy, że przyjmowanie SSRI nie musi osłabiać miłości jako takiej. Badanie to może mieć duże znaczenie dla wielu osób, które rozważają razem ze swoimi lekarzami skorzystanie z tych leków w celu osiągnięcia korzyści psychicznych, np. w terapii depresji, ale które obawiają się o swoją relację z ukochanym.
Takich mitów i uproszczeń jest więcej?
Ze względu na pewien paradoks, w którym się znajdujemy – z jednej strony miłość jest powszechnym, ważnym doświadczeniem obecnym od tysięcy lat, a z drugiej strony naukowe badania nad miłością nabrały rozpędu dopiero stosunkowo niedawno – krąży wiele mitów i uproszczeń opartych głównie na anegdotach i jednostkowych doświadczeniach.
Poza mitami, o których już rozmawialiśmy (np. miłość to zachodni wynalazek), powszechny jest pogląd, że im silniejsza miłość namiętna, tym więcej seksu. Z perspektywy ewolucyjnej łatwo zrozumieć, dlaczego namiętność sprzyja zachowaniom reprodukcyjnym. I rzeczywiście, wiele badań wskazuje na związek między byciem zakochanym a aktywnością seksualną. Jednak nowsze analizy sugerują, że większa intensywność uczuć nie przekłada się automatycznie na większą częstotliwość współżycia. Innymi słowy, więcej miłości nie zawsze znaczy więcej seksu.
Inne popularne przekonanie głosi, że to mężczyźni zakochują się pierwsi i jako pierwsi to wyznają. Okazuje się, że... jest w tym dużo prawdy. W wielu badaniach, także w dużych międzynarodowych próbach, to mężczyźni częściej deklarują uczucia jako pierwsi i średnio szybciej zgłaszają moment zakochania (w jednym z najnowszych przekrojowych badań różnica wyniosła około miesiąca w porównaniu do kobiet).
Kolejnym rozpowszechnionym przekonaniem jest to, że związki „z miłości” są z definicji lepsze niż związki aranżowane, że w kulturach, gdzie dominuje małżeństwo aranżowane, miłość nie występuje lub jest zastępowana obowiązkiem. Badania międzykulturowe dostarczają dowodów na to, że poziom intensywności uczuć zarówno w małżeństwach „z miłości”, jak i aranżowanych po kilku latach jest zbliżony!
Mój dobry przyjaciel i mentor, ekspert w badaniach międzykulturowych, prof. Piotr Sorokowski opowiedział mi kiedyś historię o pewnej osobie badanej z jednego z afrykańskich plemion. Dziewczyna miała wyjść za mąż za partnera, którego wybrali jej rodzice. W dniu ślubu rozpaczała, bo nie chciała wychodzić za mąż, a przynajmniej nie za wskazaną jej osobę. Wolała wyjść za mąż za muzyka, którego kochała. Po kilku latach, gdy zespół prof. Sorokowskiego ponownie odwiedził jej wioskę, kobieta była w ciąży, szczęśliwa i zakochana po uszy w swoim mężu. Jej rodzina dobrze wybrała jej męża. To lekcja pokory, która pokazuje nam, że miłość może rozkwitnąć z czasem i nie musi spadać na nas jak grom z jasnego nieba, niczym w filmach.
A co badania mówią na temat samego zakochiwania się? Jeśli nie jest jak w filmach – to jak jest?
Bardzo często zakochujemy się w ludziach, których już dobrze znamy. Znaczna część związków rozwija się z przyjaźni. Metaanalizy i badania na dużych próbach sugerują, że nawet około dwóch trzecich romansów zaczyna się od przyjaźni, a ścieżka od przyjaźni do miłości jest częstsza, niż kultura popularna chce przyznać.
Może sama miłość romantyczna i to, jak ją rozumiemy na Zachodzie, jest formą mitu i samooszustwem? I to groźnym społecznie?
Było kilka społeczeństw, na przykład wspólnota z Oneidy czy szejkersi [amerykańskie grupy religijne – red.], u których zakazywano miłości, uznając, że jest niebezpieczna. Takie odgórne zakazy okazywały się jednak mało skuteczne i ludzie, pod karą utraty zdrowia, a nawet nierzadko życia, wymykali się do swoich ukochanych i pielęgnowali swoją miłość. A jeśli zdarzało się, że jakaś grupa społeczna faktycznie kultywowała zakaz miłości, to cóż – taka grupa szybko przestawała istnieć.
Często powtarza się również opinię, że po pierwszym etapie zakochania, który przemija, większość związków się kończy. To naukowa prawda?
U większości ludzi początkowy, najbardziej intensywny etap zakochania – z silną namiętnością, obsesyjnym myśleniem i silnym pobudzeniem – zwykle nie trwa wiecznie. W badaniach opisuje się, że ten płomienny etap osiąga szczyt i później słabnie, najczęściej w ciągu pierwszych 2 lat.
To jednak nie znaczy, że związek jest skazany na porażkę, gdy ta pierwsza, namiętna miłość się kończy. Często następuje transformacja. Namiętność ustępuje miejsca miłości opartej na przywiązaniu, intymności i zaangażowaniu, czyli formie bardziej stabilnej i funkcjonalnej w codziennym życiu. U wielu par ten etap przyjacielski jest równie satysfakcjonujący, a czasem trwalszy niż krótkotrwała, początkowa euforia. Są też pary, w których elementy namiętności utrzymują się lub od czasu do czasu wracają, to nie jest jednolity proces.
Niektóre osoby, szukając ponownie stanu skrajnego zakochania, tego emocjonalnego rollercoastera intensywnych uczuć, często rozpoczynają nowe relacje. Ale życie na stałym szczycie namiętności jest zwykle... niepraktyczne. Więc zamiast traktować koniec etapu zakochania jako porażkę, lepiej widzieć to jako naturalną przemianę uczucia, która może prowadzić do dojrzalszego partnerstwa – do życia w lokomotywie, która swoim tempem jedzie do przodu, czasami delikatnie zwalniając na stacjach czy przejazdach kolejowych, a czasami delikatnie przyspieszając.
Miłość to nie tylko para kochanków. Drugim najczęściej badanym rodzajem miłości w psychologii jest miłość macierzyńska. To coś, co wyróżnia nasz gatunek?
Wprost przeciwnie. Powiedziałabym, że to właśnie miłość romantyczna wyróżnia nasz gatunek. Miłość macierzyńska w sensie silnej opiekuńczej troski o potomstwo nie jest czymś unikatowym dla ludzi – jest powszechna wśród ssaków i wielu innych zwierząt. To część szerokiego zespołu zachowań rodzicielskich, które ewoluowały, by zwiększyć przeżywalność potomstwa.
Natomiast elementy, które zwykle wiążemy z miłością romantyczną, np. intensywne przywiązanie do konkretnego partnera, seksualne pożądanie łączące się z długoterminowym partnerstwem i skomplikowane emocjonalno-kulturowe przejawy uczucia, przybierają u ludzi szczególnie złożone formy. Niektóre zwierzęta (np. niektóre ptaki i gryzonie) tworzą trwałe więzi z wybranym partnerem i wykazują zachowania przypominające ludzkie dobieranie się w pary, ale u ludzi te mechanizmy zostały dodatkowo przefiltrowane przez język, normy kulturowe, instytucje i symbolikę.
Istnieje sporo podobieństw między miłością macierzyńską (np. relacja matka–niemowlę) a romantyczną (relacje między partnerami). W obu uczestnicy mówią czule do siebie, używają zdrobnień, łakną kontaktu fizycznego, wpatrują się w siebie, tęsknią i okazują oznaki niepokoju, gdy druga osoba się oddala, cieszą zaś, gdy wraca. Zarówno matka, jak i partner są tzw. bezpieczną bazą, źródłem bezpieczeństwa i regulowania emocji. Jest wiele cech podobnych w tych dwóch rodzajach miłości, nawet jeśli chodzi o aktywność mózgową czy hormony, takie jak oksytocyna, ale też oczywiście wiele różnic, jak seksualny komponent namiętności.
Wróćmy do miłości romantycznej. Niezależnie od szerokości geograficznej cenimy ją jednakowo?
Tak. Miłość romantyczna jest ceniona w bardzo wielu kulturach. W jednym z naszych badań zapytaliśmy 86 tys. osób z 90 krajów, czy byłyby skłonne wejść w związek małżeński ze swoim idealnym partnerem. Takim, który spełniałby wszystkie wymarzone przez nich cechy. Byłby odpowiednio atrakcyjny, z odpowiednimi rozmiarami ciała, wagą, umięśnieniem, odpowiednim poczuciem humoru, poziomem wykształcenia, zarobkami i wielkością portfela, odpowiednio dopasowany charakterem. Słowem, chodzący ideał. Ale był jeden haczyk. W takim związku miałoby nie być miłości. W niemalże wszystkich krajach (86 na 90) większość badanych stwierdziła, że nie zdecydowałaby się na taki związek bez miłości. Cztery kraje odstające w tej próbie to Ghana, Maroko, Iran i Uganda.
Uprzedzając pytanie – mieliśmy niewystarczająco danych, aby spróbować rozszyfrować, dlaczego akurat te cztery kraje odbiegały wynikiem od pozostałych. Trzeba jednak podkreślić, że wynik ten nie oznacza, iż w tych czterech krajach ludzie nie cenią miłości. Raczej wskazuje, że wobec pytań o instytucję małżeństwa respondenci w tych społecznościach przyjęli bardziej pragmatyczne kryteria. Ponadto takie międzykulturowe porównania wymagają ostrożności ze względu na ograniczenia próby, tłumaczenia ankiet, wpływ norm społecznych i możliwe błędy reprezentatywności.
Więc kochankowie na całym świecie zachowują się podobnie?
Kochankowie na całym świecie często doświadczają podobnych uczuć: namiętności, tęsknoty, obsesyjnych myśli, potrzeby bliskości ukochanej osoby. Część reakcji fizjologicznych i emocjonalnych wydaje się uniwersalna, ale sposoby wyrażania miłości są mocno osadzone w kulturze.
Na przykład w niektórych kulturach bardziej niż w innych miłość może być manifestowana przez pieśń czy wiersz. W kulturach o silnych normach kolektywistycznych miłość jest częściej wyrażana niewerbalnie lub kontekstualnie, w kulturach indywidualistycznych zaś bardziej werbalnie i ekspresyjnie. Innymi słowy: samo odczucie miłości bywa bardzo podobne, ale repertuar i styl okazywania uczuć może się różnić.
A jaki wpływ na miłość mają przemiany społeczne? Żyjemy przecież w świecie aplikacji randkowych. Wpłynęło to na nasze związki?
Bardzo. Wpływ aplikacji randkowych i internetu na związki jest duży i wielowymiarowy. Technologia znacząco zmieniła formuły doboru partnerów. Kiedyś dobór partnerów ograniczał się głównie do najbliższego otoczenia – najczęściej kilkunastu, kilkudziesięciu potencjalnych kandydatów. Dziś aplikacje i portale poszerzyły dostęp do setek tysięcy, a nawet milionów potencjalnych partnerów, co diametralnie zmieniło sposób selekcji, poznawania, utrzymywania i kończenia relacji.
W naszych badaniach zaobserwowaliśmy, że około 21 proc. par poznało się przez internet, a w przypadku związków, które zaczęły się w ciągu ostatniego roku, odsetek ten wzrastał do około 50 proc. Czyli dziś nawet co druga para w rocznym związku może wywodzić się z internetu. To potwierdza też szersze trendy opisane w literaturze: odsetek par zakładających relacje dzięki sieci rośnie gwałtownie w ostatnich latach.
Proces dobierania się w pary stał się przez to w pełni racjonalny?
Niektórzy autorzy opisują współczesne mechanizmy doboru partnera jako przejaw „chłodnej namiętności”. Wybieramy osoby według rozsądnych kryteriów, kalkulujemy zyski i straty i traktujemy dobór partnera jak zadanie do wykonania. Jednak klasyczna koncepcja Roberta H. Franka przypomina, że miłość pełni istotną strategiczną funkcję: działa jak mechanizm zobowiązania, który ogranicza racjonalne porzucenie partnera przy pojawieniu się atrakcyjniejszej opcji.
Nasz partner nie mówi nam bowiem: „jestem z tobą, bo jesteś ładna, młoda, szczupła”. Bo gdyby pojawiła się partnerka, która jest ładniejsza, młodsza, szczuplejsza, to zarówno partner, jak i my moglibyśmy się zastanawiać, czy przypadkiem zaraz druga osoba nas nie zostawi. Nie, nasz partner mówi nam, że jest z nami, bo nas kocha. I to miłość gwarantuje ten brak racjonalności w naszym zachowaniu i trwanie w związku, który może nie jest idealny, ale w którym jest miłość. Innymi słowy, miłość wprowadza nieracjonalność, która sprzyja trwałości związku i współpracy – i to jest część jej adaptacyjnej roli.
To z kolei tłumaczy obawy związane z aplikacjami randkowymi: gdy świadomość „lepszej opcji” jest ciągle pod ręką, istnieje ryzyko traktowania relacji bardziej instrumentalnie. Niemniej jednak chłodna racjonalność i emocjonalne zobowiązanie współistnieją. I oba mają swoje konsekwencje dla stabilności i jakości związków.
Badała Pani pary, które poznały się przez internet i okazały się mniej szczęśliwe. Skąd się to bierze? I czy to znaczy, że mamy powody do obaw?
Tak, nasze ostatnie badanie, przeprowadzone na próbie ponad 6 tys. osób z 50 krajów, sugeruje, że osoby, które poznały swojego partnera online, zgłaszają nieco niższą satysfakcję ze związku oraz niższą intensywność doświadczanej miłości (w tym niższej namiętności, intymności, zaangażowania) w porównaniu z osobami, które poznały się offline. Różnice były raczej umiarkowane i dotyczą średnich w próbie, więc nie oznaczają, że „związki online” są z definicji skazane na niepowodzenie – wiele takich par jest szczęśliwych i trwałych.
Dlaczego tak może być? Kilka prawdopodobnych mechanizmów, zgodnych z literaturą i naszymi wynikami, to np. mniejsze podobieństwo par poznanych online. Pary poznane offline często wywodzą się z tych samych sieci społecznych – szkoła, praca, grupy towarzyskie – i są bardziej podobne pod względem wykształcenia, religii czy pochodzenia. A podobieństwo sprzyja stabilności i satysfakcji. W sieci ten filtr społeczny słabnie, stąd większa heterogeniczność par poznanych online.
Kolejnym powodem może być brak wsparcia społecznego. Relacje zaczynające się offline często od razu mają większe wsparcie najbliższego otoczenia, co działa jako bufor wobec trudności. W przypadku relacji inicjowanych online spotkania najczęściej zaczynają się poza tym kontekstem. Jeszcze innym powodem może być tzw. przeładowanie wyboru, związane ze wspomnianą już liczbą dostępnych opcji w aplikacjach randkowych. To może prowadzić do niestabilności decyzji, poczucia, że gdzieś istnieje lepsza opcja, i niższej satysfakcji z dokonanego wyboru – danego partnera.
Warto podkreślić ostrożnie: to są mechanizmy wyjaśniające skorelowane różnice, a nie dowód na występowanie związków przyczynowo-skutkowych. Różnice mogą też zależeć od wieku, kultury, sposobu używania aplikacji (na ile poważnie myślimy o związku) oraz czasu trwania związku. Dlatego zamiast bić na alarm, najlepiej używać tych wyników jako wskazówek dla praktyki. Pary poznane online mogą potrzebować więcej pracy nad swoją miłością i związkiem. Bo związek i miłość to praca. Gdyby Romeo i Julia przeżyli, to mimo swej ogromnej miłości również musieliby pracować nad swoim związkiem. Inaczej skończyliby skłóceni i zniechęceni do siebie. Julię irytowałoby chrapanie Romea, Romeo przewracałby oczami na prośby Julii o opuszczanie deski czy wyrzucenie śmieci.
Co więc musieliby robić Romeo i Julia, aby dalej doświadczać intensywnej miłości i satysfakcji ze związku?
Na samym początku, gdy miłość jest płomienna, zwykle nie trzeba nic robić: uczucie samo napędza codzienność. Gdy jednak przychodzi późniejszy etap, życie z pracą, obowiązkami, dziećmi i szeregiem ról społecznych, para musi świadomie dbać o relację, jeśli chce, by jej żar nie zgasł. Co pomaga w praktyce? Np. wspólne przeżywanie nowych, ekscytujących doświadczeń.
Badania eksperymentalne pokazują, że wspólne odkrywanie czegoś nowego zwiększa bliskość i intymność. Regularne randki – nawet prosty, cotygodniowy wieczór tylko we dwoje – pomagają utrzymać poczucie wyjątkowości związku. Dalej, małe codzienne akty życzliwości i wyrażanie wdzięczności – drobne gesty i docenianie partnera budują pozytywną relację. Krótko mówiąc – relacja wymaga uwagi i praktyk, które podtrzymują zarówno namiętność, jak i przywiązanie.

Dr MARTA KOWAL pracuje w Instytucie Psychologii na Uniwersytecie Wrocławskim. W kręgu jej zainteresowań znajduje się miłość romantyczna, szczególnie widziana z perspektywy międzykulturowej. Prowadziła badania terenowe wśród różnych społeczności na całym świecie, m.in. Majów w Gwatemali, członków plemienia Dani w Papui, Maorysów na Wyspach Cooka czy Aborygenów z Australii. Jest także liderką międzynarodowego zespołu ponad 400 badaczy ze 100 krajów prowadzących szeroko zakrojone badania porównawcze.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















