Mówienie o problemach mężczyzn to nie antyfeminizm. Odpowiedź na zarzuty Wojciecha Śmiei

Wojciech Śmieja krytycznie czyta moją książkę o nierównościach mężczyzn i przypisuje jej intencje, których w niej nie ma. Pomija za to to, co w tej rozmowie najważniejsze: realne problemy chłopców i mężczyzn.
Czyta się kilka minut
// il. mem / Adobe Stock
// il. mem / Adobe Stock

Na podstawie jego wrażeń z lektury mojej książki „Mężczyźni. O nierówności płci” można by pomyśleć, że sprzeciwiam się działaniom prorównościowym: „Nie mam wątpliwości, że jemu [Gulczyńskiemu] również [tak jak Braunowi i Czarnkowi] chodzi o backlash, lecz znacznie bardziej wyrafinowany”. 

Na potwierdzenie swoich słów Wojciech Śmieja nie podważa jednak żadnego faktu wymienionego w książce ani rozwiązań, które proponuję. Wyraża wątpliwości jedynie w kwestii potrzeby włączania naukowców-mężczyzn do badań nad płcią. Aby mnie skrytykować, musi przypisać mi słowa i argumenty, których nigdy nie wypowiadałem.

Dlaczego moja książka budzi niepokój

Cieszę się, że mój polemista docenia „trud wypracowania fundamentu intelektualnego” i „eleganckie skrojenie” książki, trafność diagnoz i pomysły, np. mobilne punkty badań profilaktycznych (androbusy) czy ograniczenie dostępności alkoholu. Przyznaje też, że problemy, o których piszę, są prawdziwe, np. częstsze samobójstwa mężczyzn.

Mimo to Śmieja sugeruje, że moja książka „powinna budzić niepokój”. Nie przez to, że mężczyźni umierają przedwcześnie i częściej są narażeni na bezdomność, a chłopcy (zwłaszcza na wsi) gorzej się uczą. Nie interesuje go dyskusja o zapobieganiu przemocy i nieskuteczności resocjalizacji przestępców. Jako przykład zdania, które „budzi niepokój”, wymienia: „Nie wystarczy, że mężczyźni zaczną płakać – trzeba ich też zacząć słuchać”. 

Słuchanie, co mają do powiedzenia o swoich doświadczeniach, oraz czytanie mojej książki – ma być niebezpieczne. Jednocześnie z rozbrajającą szczerością Śmieja przyznaje, że sam „nie ma odpowiedzi, co robić z problemami chłopców i mężczyzn we współczesnym świecie i w Polsce”.

Lepiej skupić się na mężczyznach niż na męskości

Profesor przyznaje, że „dostarczam nową narrację”, choć ocenia ją negatywnie. Ja natomiast uważam moją propozycję za bardziej konstruktywną niż dotychczas dominujące, a reakcja Śmiei mnie w tym utwierdza. W jego recenzji widzę tylko dwie kwestie, które można potraktować jako zalążek merytorycznej dyskusji.

Pierwszą jest pytanie, czy dokonuję „wrogiego przejęcia języka feminizmu”, czy raczej daję szansę na uzupełnienie działań i narracji równościowych, tak by były powszechnie akceptowane. Moim zdaniem uwzględnienie drugiej strony jest konieczne, jeśli traktujemy ideę równości poważnie. Dlatego zdecydowana większość moich pomysłów znajdzie zapewne poparcie także wśród feministek. Sam Śmieja przyznaje, że problemy są realne, a co najmniej niektóre pomysły „słuszne i pożądane”.

Drugą kwestią jest stosunek do pojęć „męskość” i „patriarchat”, których rzeczywiście unikam. Charakterystyczne, że jako angielskie tłumaczenie „studiów nad mężczyznami” recenzent podaje „masculinity studies”. „Masculinity” to właśnie męskość, nie mężczyźni. 

W książce argumentuję, że należy oddzielać analizy męskości od analizy sytuacji mężczyzn, i świadomie wybieram dyskusję o mężczyznach – tak jak badaczki zazwyczaj wybierają mówienie o kobietach, a nie o kobiecości. Pokazuję też, dlaczego właśnie skupienie na mężczyznach i kobietach, a nie męskości i kobiecości, prowadzi do rzeczywistych rozwiązań.

Śmieja twierdzi, że nie używam terminu „patriarchat”, bo musiałbym przyznać, że to mężczyźni dyskryminują mężczyzn. Znów: pomija to, co naprawdę piszę. Rozdział pt. „Dlaczego nie rozwiązuje się problemów mężczyzn?” zaczynam od przyznania, że to mężczyźni zajmują większość stanowisk politycznych

Podkreślam, że to „kobiety [często] podchwytują nasze tematy i postulaty (...) Mężczyźni nie poparli jednomyślnie idei działania dla naszej płci. Zwłaszcza ci, którym się w życiu udaje, nie zawsze rozumieją tych, którym się nie powiodło”.

Podobnie jest z terminem „alienacja rodzicielska”. W książce poświęcam pięć stron tłumaczeniu, dlaczego używam tego sformułowania. Nie jest prawdą, że nie stosują go instytucje – ostatnio zrobił to choćby zastępca Prokuratora Generalnego, a wspomniana przez Śmieję opinia WHO zastrzegała, że ten zwrot może mieć zastosowanie w kontekstach prawnych. 

Na koniec stwierdzam jednak, że termin nie jest istotny – ważny jest społeczny problem. Oponenci wolą skupiać się na krytyce nazwy; w ten sposób nie muszą zajmować się problemem izolowania dzieci i sterowania nimi.

Manipulacje, czyli fikcyjne „piekło mężczyzn”

Tytułowy zarzut Śmiei dotyczy doboru słów: „W tę pustkę wszedł właśnie Michał Gulczyński, proponując termin »dyskryminacja«. Wszedł i zdobywa zasięgi, twierdząc, że współczesna Polska staje się »piekłem mężczyzn«”.

Tyle że ja nigdy nie używam zwrotu „piekło mężczyzn”. We wstępie zaś piszę: „Staram się jednak [mimo dyskryminacji mężczyzn zapisanej w przepisach] nie nadużywać słowa »dyskryminacja«, bo w ten sposób łatwo byłoby dołożyć cegiełkę do »wojny płci«. Mamy tendencję do zakładania, że jeśli jedna płeć jest dyskryminowana, to druga nie. To nieprawda – kobiety również są dyskryminowane, ale w innych sytuacjach, np. gdy pracodawca przy zatrudnianiu bierze pod uwagę plany macierzyńskie kandydatki. Dyskusje o dyskryminacji szybko przeradzają się w poszukiwanie winnych: gdy wskazujemy dyskryminowanych, to poszukujemy też dyskryminujących”.

W ten sposób wojnę płci nakręca Śmieja. Przytaczając przykład dyskryminacji w PKP – gdzie konduktorzy nie dostają posiłków, które otrzymują konduktorki – podaje serię hipotetycznych innych sytuacji, w których to kobiety mogą być dyskryminowane. Najwyraźniej nie zgadza się z moją tezą, że w różnych sytuacjach dyskryminowane mogą być różne grupy

Nie pisze też, że ta dyskryminacja mężczyzn wynika z przepisów BHP, podczas gdy przytoczone rodzaje dyskryminacji kobiet są zakazane prawnie. Właśnie dlatego Stowarzyszenie na rzecz Chłopców i Mężczyzn apeluje do ministry Agnieszki Dziemianowicz-Bąk o audyt równego traktowania pracowników spółek Skarbu Państwa – obejmujący oczywiście oprócz BHP także nierówności płac i awansów oraz doświadczenia przemocy. Na razie bez odzewu.

Podczas gdy ja apeluję: „nie licytujmy się”, Śmieja stwierdza, że „boisko jest wciąż przechylone na korzyść mężczyzn”, i ostrzega, że zajęcie się problemami opisanymi w książce (które dotyczą głównie mężczyzn klas ludowych) byłoby „dalszym przechylaniem”. Rzecz w tym, że równość płci nie jest „grą o sumie zerowej” – rozwiązywanie problemów chłopców i mężczyzn nie wyklucza rozwiązywania problemów kobiet.

Progresywiści również mają swoje uprzedzenia

Śmieja przypisuje mi promowanie polityk „wzmacniania męskiego pierwiastka”, charakterystycznych dla systemów autorytarnych, i insynuuje, że nie robię tego bezinteresownie. Zarzuca również mnie i Stowarzyszeniu, że kopiujemy „amerykański pierwowzór: założony mniej więcej w tym samym czasie American Institute for Boys and Men, rozwijający idee znane wcześniej z publikacji firmowanych przez konserwatywny i powiązany z Partią Republikańską think tank Heritage Foundation”.

Śmieja wie (bo odpowiadałem już na jego zarzut), że mój raport powstał przed książką Richarda Reevesa, a Stowarzyszenie przed AIBM. Nie mogą ich więc kopiować. Książkę Reevesa promował zresztą... Barack Obama, a nie Partia Republikańska. Były prezydent z Partii Demokratycznej mówił: „Uważam, że istnieją pewne szczególne problemy dotyczące chłopców, którymi jako społeczeństwo się nie zajmujemy”.

Jeśli narracje Reevesa, Obamy i moje są podobne, to chyba czas, by polscy progresywiści przemyśleli swoje uprzedzenia i zobaczyli w tej książce szansę. Od nich zależy, czy sięgną po moje propozycje, zanim zrobi to prawica. Dalsze przemilczanie nierówności to prosta droga do radykalizowania mężczyzn.

Śmieja pisze, że „szybkie media w rodzaju Kanału Zero podchwytują opowieść”. Nic jednak nie wiem o tym, by Kanał Zero mówił cokolwiek o mojej książce przed publikacją jego recenzji. Nie wiem też, z jakiego medium pochodzą oceny, że książka jest „neutralna, umiarkowana i wyważona”, choć cieszy mnie, że tak jest postrzegana. Najbliżej była chyba Justyna Dżbik-Kluge z radiowej Czwórki, pisząc: „Ta książka zapowiada się jako głos ze środka dyskusji, którego bardzo mi brakuje”.

Zmartwię więc Profesora: „mebluję” nie tylko męskie głowy. I nie tylko „staram się nie być antykobiecy”, ale nawet szczerze nie jestem.

Takie metody nie przyniosą nic dobrego nauce

Śmieja twierdzi, że „nie zna[m] innego feminizmu niż liberalny”. Parę zdań później stawia przeciwny zarzut: że „lubi[ę] przejmować sformułowania rozpoznawalne dla teorii feministycznej, jak »gotowi na zmianę« (bell hooks)”. Czyli jednak znam inny feminizm. Nie bez powodu poświęciłem jego różnorodności cały podrozdział.

Recenzent broni też gender studies: niepotrzebnie – sam przyznaję, że z nich korzystam. Sądzę zarazem, że wsłuchiwanie się w doświadczenia grup niedoreprezentowanych powinno być naturalną reakcją badacza płci. Tymczasem, gdy mówię o doświadczeniach z konferencji genderowych, Śmieja porównuje te relacje do teorii spiskowych.

Sam jest jednak przykładem odporności niektórych naukowców na nowe perspektywy: moja praca wywołuje u niego same złe skojarzenia. Powtarza więc te same hasła, zamiast odnieść się do moich argumentów i popchnąć dyskusję do przodu. Wielokrotnie przypisuje mi wymyślone stwierdzenia, ukryte intencje i wprost ignoruje fakty. Takie metody nie przyniosą nic dobrego ani równościowym ideom, ani reputacji nauki. Nie wystarczy do każdej nowej propozycji przykleić łatki autorytaryzmu i backlashu.

Co należałoby zmienić

Z przyjemnością czytam natomiast o swojej skuteczności. Po pięciu latach od publikacji raportu „Przemilczane nierówności” rzeczywiście te problemy są zauważane. Niektórzy politycy z lewicy i prawicy zaczynają się nimi zajmować.

Udało nam się stworzyć stowarzyszenie zrzeszające 120 mężczyzn i kobiet. Organizujemy już trzeci Kongres Mężczyzn z udziałem ekspertów i pod patronatem RPO. W tym roku będziemy dyskutować o przełamywaniu stereotypów w pracy, aktywności obywatelskiej mężczyzn, resocjalizacji i zapobieganiu przestępczości.

Jestem pewien, że to dopiero początek. Mam nadzieję, że za kolejne 5 lat będę mógł powiedzieć: wiek emerytalny został wyrównany, równe emerytury stażowe wprowadzone, a przepisy BHP zaktualizowane. Rodzinom wreszcie opłaca się, by ojcowie brali urlopy rodzicielskie, a rząd wprowadził programy odpowiadające na lukę edukacyjną i niską średnią długość życia mężczyzn. Skorzysta na tym całe społeczeństwo – i mężczyźni, i kobiety.


Artykuł jest odpowiedzią autora książki „Mężczyźni. O nierówności płci” na zarzuty z recenzji Wojciecha Śmiei. Za tydzień Wojciech Śmieja odniesie się do polemiki.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”