Pustawy tramwaj 15, jazda ku Śródmieściu. Przede mną para z grubsza dwudziestolatków. On: „Dobrze było!”. Ona: „Ogólnie to nie jem mięsa, wiesz...”. „A, to tym bardziej dzięki! Dla babci to ważne”. „Bo?”. „To część religii”. „Kiełbasa?!”. „Wiesz, ja tak codziennie to mięsa nie muszę, ale w rodzinie się nie da”. „To było ze święconki?”. „Kiełbasa? Tylko kawałek. Ale ta na ciepło to już nie”. „Fakt, całej lodówki nie poświęcisz”. On z ulgą: „Ale chrzan był święcony”. „Uff”. „Ja mam alergię, ale ten święcony jem”. „Super. Może ci przejdzie”. „To co teraz robimy?”. „Badania”. „??”. „Mam bezpłatny pakiet, muszę cię lepiej poznać”. „Bosz, dziewczyno, ja cię poznałem tydzień temu”. „No, i już jadłam z twoją babcią mięso”. „Święta, trzeba”. „Jutro masz jądra darmowo”. „Jądra?”. „USG, mama mówi, że faceci nie robią. A potem idziemy na kawę”. „Nie chcę jąder!”. „A ja chciałam kiełbasę?”.
Dla dobra rodziny
Jazda tramwajem 14 ku Ochocie. Siedzę tuż za kierowcą, w najbardziej klaustrofobicznej niszy. Zalega się jak w kokonie, a potem przebija się z trudem ku wyjściu. A tu drama: obok, plecami do mnie, na trzech siedzeniach ojciec, matka i dziecko, średnio dwudziestoletnie. Chłopak chrząka, pokrzykuje, gada do siebie. Rodzice jak dwie sowy: cisi, nastroszeni.
Nowowiejska, pohukiwania eskalują. Gość z sąsiedniego: „I po co »toto« wyciągać z domu?”. I ponownie: „Są specjalne taksówki”. Zagaduję: „Specjalne? Tu taksówka społeczna: tramwaj”. Gość: „Ludziom leźć w oczy!”. „Aha”. „Widać, że nic się nie przeżyło jako matka. To by się tak nie wypowiadało”. „Ah, pojęło. Pan współczuje rodzicom dziecka? Czy sobie?”.
Z poruszeń ciał wnioskuję, że wszystko słyszą. Chłopak inicjuje pieśń osła: „I-a, i-a, i-a!”. Matka chyba płacze. Gość z sąsiedniego: „»To« się zamyka w domu. Dla dobra rodziny”.
Rodzina rusza ku wyjściu, wlokąc chłopca, co mu się tramwaj spodobał za bardzo. Wychodzę za nimi. Ojciec nadrabia oddech, matka strofuje: „Ciszej już, co żeś się tak rozbębnił”. Do mnie: „Ludzie nie rozumieją”. „Pewnie”. „Już nie mam na taksówki, specjalne czy nie. I nie chcemy się z mężem chować. Chować losu”. „Jasne”. „Wie pani, ludzie myślą, że tu banda głupków jedzie. A myśmy zrezygnowali z możliwości, wykształceni”. „Już pani nie obarczaj” – ojciec. „Nie, spokojnie”. Matka: „W domu spokojniej się zachowuje, miasto jest bodźcowe bardzo”.
Chłopak: „Kermit!”. Ojciec na zrezygnowaniu: „Zaczyna się”. Matka: „Mógłbyś się wczuć, to byś dostał rolę”. „E-e”. Do mnie: „Był Zwierzakiem, teraz jest Kermitem”. Matka: „Jestem Piggy, przytul mnie”. Ja: „Faza Mapetów?”. Matka: „Tak”. Chłopak: „Haj-hoł!”. „O – mówię – klasyk!”. Matka: „Wieczorem siada na parapecie i mówi do nich wszystkich. Ustawia scenę, zapowiada szoł”. Ojciec: „Wie pani, syn jako Kermit mówi, mówi”. Rozczulił się. „Wierzę”. Matka: „Tylko ten wieczór… To tylko Mapety, a ja na to patrzę jak na »Hamleta«. I myślę, że nikt by nam, synku, nie uwierzył”.
To już jakaś propaganda
Autobus 141, pełzniemy w korku. Trzy kiele siedemdziesiątki. Pierwsza: „I jak się pani widzi sytuacja Węgier?”. Druga na oburzeniu: „Da pani spokój, żeby zwierzęta jeść?”. „Ale o co chodzi?!”. „No podobno ten nowy grilluje koty”. Trzecia: „Piecze psy”. Druga: „Wszystko jedno. Barbarzyńca”. Pierwsza: „Żartujecie panie, to już jest jakaś propaganda”. Druga: „Prezes potwierdza”. Pierwsza: „Jadł z nim?”. „Gdzież!”. Trzecia: „To jakieś nowe barbarzyństwo. Może Orbán nie był idealny, ale jak można się tak zmanipulować”. Pierwsza: „Ja tam nie wierzę w takie niusy”. Trzecia: „Ale pani, kto by coś takiego wymyślał? Nie da rady. To musi być prawda”. Druga: „Ciekawe, tak swoją drogą, co je Tusk…”.
Tramwaj 15, tuż obok ojciec z synem po dwudziestce. „Pojedziesz z nami do babci”. „Zostanę w Warszawie”. „Pojedziesz. Babci przykro będzie”. „Słuchaj, tata, ja przed babcią muszę udawać, że jestem kościelny”. „Nie musisz”. „Muszę, bo jej przykro”. „Oj, to chodź na mszę, do komunii nie musisz”. „Sam wiesz, że gadanie będzie”. „Będzie. Ale zjemy, posiedzimy”. „Co z tego. Nawet matce nie mogę powiedzieć, że się wnuków nie doczeka. Babcia by zmarła od tego”. „No tak, one nie są gotowe”. „A ja muszę być, nie?”. „Ty sobie dajesz radę”. „Tak, teraz tak. Ale widzisz, ja bym wolał, żeby matka porozmawiała, a nie tylko dawała na mszę za mnie”. „Ona się boi”. „Mnie?!”. „Boi się wiedzy”. „Na jedno wychodzi”.
Dzwoni staruszka od ciśnienia: „Pani Elizo, dzwoniła pani?”. „A nie”. „No cóż, to znaczy, że więcej śnię, niż żyję”. „A w pani śnie dzwoniłam?”. „Naturalnie. Już wspominałam, że jako bohaterka snów jest pani nadaktywna”. „Haha”. „Ostatnio sędziowałam w zawodach na wielkiej sali gimnastycznej. Chodziłam o lasce z gwizdkiem i miałam posłuch”. „Autorytet”. „A jak! Pani była zawodniczką. Z herbem Lidzbarka na koszulce”. „Z barankiem?!”. „Ech, nie, z żurawiem”. „Senny rewers zatem”. „Uprawiała pani dziwną dyscyplinę: przewrót przez kolano”. „Jej, jak to się robi?”. „Hehe, niech pani mi powie. Jako czempionka”. „Medal miałam?”. „Nie wiem, ale była pani pierwsza. Obudziłam się z pewnością, że to sport dla pani”. „Hm, na jawie też uprawiam”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.













