Co Polacy mówią o uchodźcach? Autorka bestsellera „Nienawidzę ich!”

Złość, obrzydzenie, poczucie wyższości – to wybrzmiewa z wielu moich rozmów. Dotarłam do ludzi, którzy na terapiach opowiadają o tym, jak polityka zniszczyła ich małżeństwa, przyjaźnie i kariery.
Czyta się kilka minut
„Kocham zwierzęta, nienawidzę Antify". Na marszu prawicy, Rynek Główny, Kraków, sierpień 2020 r. // fot. Beata Zawrzel / NurPhoto / Getty Images
„Kocham zwierzęta, nienawidzę Antify". Na marszu prawicy, Rynek Główny, Kraków, sierpień 2020 r. // fot. Beata Zawrzel / NurPhoto / Getty Images

Według Carla Gustava Junga każdy nosi w sobie cień. Oznacza to, że posiadamy cechy i pragnienia, których nie chcemy „wypuszczać” na światło dzienne. Wstydzimy się ich i nie akceptujemy, ale dochodzą do głosu, gdy pojawiają się emocje.

Nienawidzimy tych, którym zazdrościmy, i tych, których się lękamy – w sensie dosłownym lub z obawy, że jak w lustrze zobaczymy w nich odbite to, czego wolelibyśmy nie widzieć u siebie. Moja książka „Nienawidzę ich! To Polacy mówią na terapiach. Reportaż z podzielonego kraju” okazała się właśnie studium nienawiści rodzącej się za zamkniętymi drzwiami mieszkań.

Do swoich bohaterów docierałam różnymi sposobami. Niektórzy godzili się – wspólnie z terapeutami – by nagrywać ich sesje w gabinetach, innych znalazłam przez internet. Wielu z nich chce widzieć siebie jako otwartych i tolerancyjnych, ale pogląd ten nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością. 

Są też tacy, którzy na świat patrzą w kategoriach siły i nie znoszą słabości. Ale gdy wsłuchamy się w ich historie, przekonamy się, że nie wynika to z jakiejś brutalnej wizji świata.

Wobec sytuacji ostatecznych wszyscy zachowujemy się podobnie

Wśród moich rozmówców jest Marta, wykształcona i postępowa kobieta, która przyjęła pod swój dach ukraińską rodzinę. Przez blisko dwa lata utrzymywała ją i wspierała. Jednak w momencie, gdy w szkole jej dziecka pojawiły się dzieci z Ukrainy, które „zabierają czas i uwagę nauczyciela”, a jej pociesze komfort – uchodźcy stali się dla niej wrogą grupą.

Jest też Tomek, który pogardza ludźmi słabymi – brzydzi go, gdy ktoś nie jest w stanie wziąć odpowiedzialności za swoje życie i zarobić na utrzymanie. Szybko się jednak okazuje, że to neurotyczne przywiązanie do prawa siły wynika z dramatycznych, życiowych doświadczeń.

W mojej książce krok po kroku przechodzę przez różne obszary życia, by pokazać, jak możemy rozumieć konflikty, gdy poznamy właściwe intencje i motywacje. Widać to najlepiej na przykładzie migracji. To w niej aktywuje się jungowski cień, uruchamiając mechanizm gardzenia tymi, których się obawiamy, gdyż w rzeczywistości bardzo ich przypominamy.

Co wpływa na naszą frustrację

Wobec sytuacji ostatecznych zachowujemy się podobnie. 

Boimy się o siebie i swoich najbliższych. A doświadczenie życia w jednym kraju z kilkoma milionami obywateli innych państw oraz dzielenia się z nimi wszystkimi zasobami sprawiło, że uruchomiły się w nas mechanizmy rywalizacji. 

Niemożność wyrażenia tych obaw wprost, opisania ich i nazwania, frustruje. W debacie sami siebie skrępowaliśmy poprawnością polityczną: nie umiemy otwarcie mówić, co myślimy i czujemy z obawy, że ktoś może się obrazić.

Liberałowie zazdroszczą prawicy pryncypialności i braku oporów w wyrażaniu swoich poglądów, również tych, które sami uznają za niedopuszczalne. 

To pewien rodzaj bezczelności, który pozwala nie tłumaczyć się z wyznawanych przez siebie wartości. Doskwiera to zwłaszcza politykom, z którymi przeprowadziłam wiele rozmów podczas kampanii prezydenckiej. Ci liberalni opowiadali mi o „moralnych” hamulcach, niepozwalających mówić wprost o niektórych tematach, które rodzą obawy części społeczeństwa, choćby o imigracji.

Przez to tracili wiarygodność i byli oskarżani o brak społecznego słuchu.

Czego zazdrości prawica?

W świecie jej zasad, gdzie dominuje kult siły i bezkompromisowości, nie ma miejsca na wrażliwość. W kwestii obrony granic np. trzeba być brutalnym i jednoznacznym. 

Jednak ci, którzy opowiadali się za budową muru i niewpuszczaniem migrantów, w zdecydowanej większości nie są wyzbytymi uczuć sadystami. W ich głowie taka postawa to troska o bezpieczeństwo. Mają świadomość, że po drugiej stronie muru znajduje się człowiek.

Humanitarna postawa liberałów jest dla prawicy wyrzutem sumienia, który nie pozwala bezrefleksyjnie zamknąć się we własnej twierdzy. Pojawia się zazdrość, że oto ci po drugiej stronie mogą być tymi dobrymi i wrażliwymi, a na nich spada odium brutalności i bezwzględności. To rodzi złość.

Skutki uboczne bardzo dobrej integracji

W ciągu ostatnich 5 lat Polska z kraju emigracyjnego stała się imigracyjnym. Pierwszy raz w najnowszej historii jest miejscem, które otwiera możliwości przed ludźmi, którzy chcą u nas stworzyć swój nowy dom. To efekt naszego sukcesu gospodarczego, ale również wojny za wschodnią granicą. 

W 2015 r. za przyjmowaniem uchodźców z miejsc, gdzie toczą się konflikty zbrojne, wypowiadało się 72 proc. Polaków – stawiało to nas na czele społeczeństw deklarujących otwartość. 

Gdy w lutym 2022 r. na wschodniej granicy znalazły się setki tysięcy osób, pytanie o imigrację przestało być jednak zagadnieniem teoretycznym – deklaracją tolerancji. Stanęliśmy przed realnym sprawdzianem tego, czy jesteśmy w stanie dzielić się z Ukraińcami dostępem do usług publicznych, takich jak ochrona zdrowia, edukacja czy pomoc finansowa.

Dodatkowo proces ten przebiegł wyjątkowo szybko: dosłownie w ciągu kilku miesięcy obudziliśmy się w zupełnie nowej rzeczywistości. Czytelny wcześniej podział na zwolenników i przeciwników imigracji zobaczyliśmy w zupełnie innym świetle.

Dlaczego popyt i podaż generują konflikty

Tam, gdzie pojawiają się niedobory, brak stabilności i popyt przerastający podaż, pojawiają się też konflikty. Dlatego pierwszym punktem krytycznym weryfikacji naszej otwartości stał się rynek mieszkaniowy. Według rządowych szacunków w Polsce mieszka stale ok. 2,5 mln cudzoziemców, co oznacza realne zapotrzebowanie na miejsca do życia.

Około milion z nich to uchodźcy z Ukrainy, a cała społeczność ukraińska, łącznie z osobami mieszkającymi w Polsce przed wybuchem wojny, liczy ok. 1,9 mln osób. 

W ciągu ostatnich lat sytuacja szczególnie tej drugiej grupy uległa znaczącej poprawie. Aż 73 proc. wynajmuje mieszkanie, 9 proc. nawet je kupuje. Ukraińcy coraz lepiej odnajdują się w Polsce: osiedlają się na stałe, co sprzyja integracji i ogranicza zjawisko gettoizacji.

Ma to jednak skutki uboczne. Większy popyt oznacza większą konkurencję – trudniej znaleźć mieszkanie, rosną ceny najmu, a właściciele stawiają wyższe wymagania. Część Polaków postrzega przez to imigrantów jako rywali i choć ich wpływ na ceny zakupu lokali jest wciąż kwestią dyskusyjną, nie zmienia to faktu, że wielu z nas ma poczucie krzywdy.

Grupą najmocniej narażoną są ci, którzy nie posiadają własnych czterech ścian i muszą wynajmować mieszkania. To oni zmagają się z wysokimi kosztami, ograniczoną ofertą i niepewnością. I dlatego właśnie w tym obszarze kumulują się dziś największe napięcia społeczne, chodzi przecież o najważniejsze potrzeby: dach nad głową, bezpieczeństwo rodziny, poczucie sprawczości.

 Taką perspektywę ma jedna z bohaterek mojej książki, 32-letnia Kasia, pracowniczka branży IT: „Ta Ukrainka była w moim wieku. Miała ze 30 lat. Wkurza mnie, że stać ją na zakup mieszkania za gotówkę. Ja od ośmiu lat ciężko pracuję, a wcześniej wiele lat się uczyłam, żeby godnie zarabiać. A mimo wszystko wiem, że nigdy nie będzie mnie stać na duże mieszkanie”.

Kto komu zabiera pracę, czyli jedyna Polka w kuchni

W 2024 r. w Polsce legalnie pracowało ok. 1,2 mln migrantów (dane ZUS). Największą grupę stanowili Ukraińcy (66 proc.) i Białorusini (11 proc.). W samej Warszawie zatrudnionych było ok. 250 tys. cudzoziemców. 

Ukraińcy najczęściej pracowali w usługach (209 tys.), przemyśle (189 tys.) oraz transporcie i logistyce (164 tys.). Jednocześnie z badań Deloitte dla Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców dowiadujemy się, że tylko jedna trzecia przybyszów posiadających wyższe wykształcenie znalazła w Polsce zatrudnienie w zawodach odpowiadających ich kwalifikacjom. 

Oznacza to, że konkurencję obcokrajowców najmocniej odczuwają Polacy wykonujący gorzej opłacane, wiążące się z fizycznym wysiłkiem prace – to oni częściej stykają się z barierami językowymi, różnicami kulturowymi i napięciami w miejscu pracy. Pojawiają się też wzajemne stereotypy i frustracje – zarówno ze strony Polaków, jak imigrantów. 

Emigrantki skarżą się na polskich mężczyzn

Kobiety w wywiadach prowadzonych przez socjologów skarżą się też na podejście mężczyzn. I nie chodzi tu tylko o stereotyp muzułmańskiego kierowcy, z którym Polka wraca wieczorem do domu. 

Także Ukrainki przebywające u nas skarżą się na protekcjonalne podejście ze strony Polaków i oczekiwanie, że każda z nich będzie zainteresowana wchodzeniem w bliższe relacje z zamożniejszym i lepiej sytuowanym mężczyzną jedynie z powodu swojego imigracyjnego backgroundu.

Generalnie, Polacy mający częstszy kontakt z imigrantami, a przez to na co dzień zmagający się z konkurencją o pracę, niezrozumieniem w zawodowych kwestiach i czasem nieprzychylnym stosunkiem do Polski – zdecydowanie częściej przyjmują krytyczne postawy wobec imigrantów. 

Zawodowe kontakty z cudzoziemcami: jakie są skutki

Pamiętajmy jednak, że my również w zawodowych relacjach mamy kontakt z menadżerami z innych państw. Proponuję więc odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie – jak często i w jakich okolicznościach? 

Zapewne dużo łatwiej utrzymać pozytywne nastawienie podczas kilkugodzinnej specjalistycznej konferencji lub odbywając służbową delegację, podczas której wymieniamy się zawodowymi uwagami, a następnie idziemy na kolację albo bezpiecznie chowamy się w pokoju hotelowym.

Czymś zupełnie innym jest przecież np. trafić na zmianę w kuchni, gdzie jest się jedyną Polką, a inni nie rozumieją tego, co do nich mówimy. To tym pracownikom towarzyszy poczucie, że polski szef każdego dnia może uznać, że łatwiej będzie mu zatrudnić migranta, który nie posiada negocjacyjnych asów w rękawie, więc nie będzie walczył o poprawę warunków pracy i płacy. 

Zastanówmy się przez chwilę: czy to właśnie nie na takie Polki i na takich Polaków przerzucany jest cały koszt naszej osławionej otwartości i tolerancji? Skoro na poziomie państwa nie wymaga się od imigrantów znajomości języka, tym bardziej nie robią tego korporacje sprowadzające pracowników. To zaś rodzi w wielu z nas frustrację.

Nasze dzieci są bardziej nasze, zwłaszcza w szkołach

Kolejnym miejscem „walki” o ograniczone zasoby jest szkoła. I chociaż zabrzmi to brutalnie: gdy chodzi o dobro naszych dzieci, empatia wobec innych schodzi na daleki plan. Kluczowe jest zapewnienie bezpieczeństwa i komfortu najbliższym.

W polskich szkołach uczy się ponad 200 tys. dzieci z Ukrainy, z czego ok. 152 tys. trafiło tu po wybuchu wojny. Początki były trudne, a system chaotyczny – część uczniów pozostawała poza kontrolą i nie było wiadomo, czy w ogóle się uczą.

Po wprowadzeniu obowiązku szkolnego w 2024 r. liczba uczniów wzrosła o 18 tys. Do naszych placówek trafiły dzieci z traumami, problemami językowymi, często osamotnione, bo od miesięcy uczące się jedynie zdalnie. 

Wielu polskich rodziców i bez tego „imigracyjnego zastrzyku” miało obawy, czy ich dzieci są odpowiednio zaopiekowane w klasach, gdzie na jednego nauczyciela przypada 25 lub 30 uczniów. Zwłaszcza że nowi uczestnicy zajęć potrzebowali szczególnej uwagi i pomocy w nadrobieniu zaległości.

Czy chcemy dzieci imigrantów w polskich szkołach

To właśnie spotkało wspomnianą już Martę, której dziecko trafiło do jednej klasy z uczniem z Charkowa: „Dzieci z Ukrainy nie są gotowe na polski system. To głównie wina rodziców, którzy wychowują je w zupełnie innych wartościach. Obrywają za to nasze. Wolałabym, żeby powstały dla nich oddzielne placówki – niech tam sobie żyją po swojemu”.

Obecność ukraińskich uczniów jest dziś powszechna – są w ponad połowie szkół. Część dobrze się integruje i radzi sobie bez problemów, inni pozostają na marginesie. Najtrudniejsza sytuacja panuje w przepełnionych placówkach z niedoborami kadrowymi, gdzie trudniej o wsparcie i zrozumienie.

Jednak wszystkim, którzy w tym momencie zmierzają do brutalnej oceny zachowań polskich rodziców, proponuję szczerą refleksję nad tym, ile sami bylibyśmy w stanie poświęcić i zrobić dla własnego dziecka. To daje szansę zrozumieć, że niektóre mechanizmy są poza naszą kontrolą i nie wynikają z całkowitego braku empatii, ale z nie dość sprawnego państwa, a także z lęku przed nieznanym i zrozumiałej troski o ważną dla nas osobę.

Polki boją się matrymonialnej konkurencji

Grupą najbardziej sceptycznie nastawioną do rodzin przybyłych zza naszej wschodniej granicy są kobiety. 

Polki – zwłaszcza w wieku 30-40 lat – częściej niż mężczyźni z niepokojem oceniają skutki napływu uchodźców ze wschodu. Zdaniem ekspertów wynika to z ich silniejszego poczucia zagrożenia, tym bardziej że wśród uchodźców dominują panie, co zrodziło napięcia na kilku poziomach.

Najmocniej widać to na rynku pracy. Ukrainki dość szybko znajdowały zatrudnienie, głównie w usługach, handlu czy gastronomii, często akceptując niższe stawki lub pracując poniżej kwalifikacji. W efekcie stały się realną konkurencją – także w branżach zdominowanych przez kobiety, takich jak „beauty”. To zrodziło w Polkach poczucie niepewności i niechęci.

Drugim, wspomnianym już obszarem, są instytucje opiekuńczo-edukacyjne. W Polsce to wciąż kobiety są częściej zaangażowane w funkcjonowanie żłobków i przedszkoli. To one bezpośrednio stykały się z problemami adaptacji ukraińskich dzieci i trudnościami organizacyjnymi. W obliczu przepełnionych klas problem ten stawał się jeszcze mocniej odczuwalny. 

Polki doświadczyły rosnącej konkurencji również w ochronie zdrowia – kobiety częściej korzystają z usług medycznych, dbają o profilaktykę, zajmują się leczeniem dzieci i opieką nad seniorami. W efekcie ich kontakt z systemem jest intensywniejszy, a wzrost liczby pacjentów potęguje poczucie rywalizacji. Dodatkowo obawy wzmacniają przekazy o rzekomo niższych kwalifikacjach ukraińskiego personelu medycznego, co przy naturalnej trosce o zdrowie zwiększa nieufność.

Napięcia pojawiły się również w sprawach matrymonialnych. Napływ Ukrainek – zwłaszcza do dużych miast, gdzie kobiet już wcześniej było więcej niż mężczyzn – objawił się jako dodatkowa „konkurencja”. Nie jest to zjawisko wyjątkowe. Analogicznie do obserwacji z innych krajów, poczucie lęku i nierównowagi może prowadzić do zaostrzenia postaw wobec uchodźców.

W efekcie wiele kobiet zaczęło postrzegać swoją pozycję jako zagrożoną, a przeciwstawianie Polek i Ukrainek sprzyjało napięciom społecznym i wpłynęło na ogólną ocenę migrantów w Polsce.

Jungowski cień nad liberałami i prawicą

No dobrze, ale gdzie w tym wszystkim jungowski cień? Już wyjaśniam.

Wybuch wojny w Ukrainie i kryzys migracyjny na wschodniej granicy uruchomiły w ludziach pierwotne lęki o bezpieczeństwo. 

Prawica, nie zważając na to, co wypada mówić lub nie, od razu alarmowała o potrzebie postawienia tamy napływającym do nas migrantom (wyjątek przez pierwsze miesiące stanowili Ukraińcy – tu kluczowy był jasno wskazany wróg: Rosja). 

Z kolei w czasie rozmów z lewicą i liberałami słyszałam, że wstydzą się prostych rozwiązań. Jeden z moich rozmówców mówił wprost: „Nie po to kończyliśmy uniwersytety i przez lata w różnych gremiach rozmawialiśmy o europejskich wartościach, żeby teraz kierować się pierwotnymi instynktami”.

Zarazem wyraźnie dostrzegłam, że po prawej stronie pojawiają się wyrzuty sumienia i moralne dylematy. Moi rozmówcy nie chcą być odpowiedzialni za wykluczanie drugiego człowieka – gdy dyskusja przestaje być teoretyczna.

Każdy wolałby w końcu być szlachetny i dobry, a nie odgrywać rolę złego policjanta. Złość prawicy budzą raczej ci, którzy nie biorąc pod uwagę konsekwencji, chcą przyjmować każdego, kto wyrazi taką chęć. 

Po liberalnej stronie nie powinno się zamykać oczu i cieszyć tym, że deklaratywnie wciąż duża część z nas jest otwarta i tolerancyjna

Od tego problemy nie znikną, raczej zaczną się nawarstwiać. Tylko stanięcie w prawdzie i próba zrozumienia drugiej strony może pomóc zarówno nam, jak i przyjeżdżającym do nas gościom. Inaczej coraz częściej w gabinetach terapeutycznych będziemy słyszeć: „Nienawidzę ich!”.

Autorka jest szefową newsroomu Polsat News i koordynatorką weekendowego magazynu Tygodnik Interii. Autorka wydanej przez Prześwity książki „Nienawidzę ich! To Polacy mówią na terapiach. Reportaż z podzielonego kraju”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 17/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Jak ja ich nienawidzę!