W obronie plemienności. Trzy ewolucyjne instynkty, które nauczyły nas współpracy

Michael Morris, psycholog kulturowy: Powstanie plemion rozszerzyło nasz krąg zaufania. Dzisiaj możemy zaufać obcej osobie, jeśli mówi naszym językiem, wykonuje ten sam zawód lub wyznaje te same ideały.
Czyta się kilka minut
Przed meczem o brązowy medal w hokeju kobiet pomiędzy Szwajcarią, a Szwecją na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Mediolanie-Cortina 2026. Mediolan, 19 lutego 2026 r. // Fot. Jared C. Tilton / Getty Images
Przed meczem o brązowy medal w hokeju kobiet pomiędzy Szwajcarią, a Szwecją na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Mediolanie-Cortina 2026. Mediolan, 19 lutego 2026 r. // Fot. Jared C. Tilton / Getty Images

Kasper Kalinowski: Arystoteles określił człowieka „zwierzęciem społecznym”, ale Pan twierdzi, że lepszym terminem jest „zwierzę plemienne”. Jaka jest różnica?

Michael Morris: Istnieje wiele zwierząt społecznych, a według obiektywnych miar wcale nie jesteśmy najbardziej uspołecznieni. Kolonie owadów zawstydzają nas pod względem poziomu zbiorowej opieki nad młodymi i współpracy w bliskim sąsiedztwie. Nie możemy więc rościć sobie prawa do bycia „tym jedynym” zwierzęciem społecznym.

Ale jesteśmy jedynym zwierzęciem, które żyje w plemionach, czyli dużych społecznościach połączonych wspólnymi ideami i dziedzictwem kulturowym. Współpraca, którą obserwujemy w koloniach mrówek czy pszczół, jest wyłącznie produktem ich genów. Dlatego taniec pszczół czy sposób budowania gniazd przez mrówki nie różni się między różnymi grupami. W nasze geny wpisane jest natomiast przyswajanie wzorców otaczającej nas społeczności. Chłoniemy kulturę niczym gąbki. 

To właśnie te kulturowe instynkty umożliwiły nam osiągnięcie różnorodności. Grupy różnią się od siebie, ponieważ jednostki są w równym stopniu zdolne do przyswajania każdej kultury.

Yuval Noah Harari twierdzi, że gdyby zamknąć grupę szympansów w jednym pokoju, powstałby chaos, podczas gdy ludzie potrafią współpracować z obcymi. Czy to nasza supermoc?

Tak, powstanie plemion pozwoliło na rozszerzenie kręgu zaufania. Szympansy mogą żyć w grupach do 40 osobników. Powyżej tej liczby nie są w stanie nawiązać bezpośrednich więzi z każdym członkiem grupy, co rodzi nieufność i przemoc. 

My, ludzie, możemy zaufać całkowicie obcej osobie, jeśli mówi naszym językiem, wykonuje ten sam zawód lub wyznaje te same ideały. Dodajmy, że ok. 50 tysięcy lat temu nastąpiła „rewolucja poznawcza” – pojawiły się malowidła jaskiniowe, instrumenty muzyczne, figurki i rytualne pochówki. Wszystko to zaistniało wtedy, gdy ludzie zaczęli działać zespołowo.

Tymczasem wiele osób uważa instynkty plemienne za swoisty błąd w ludzkim oprogramowaniu.

Nie wiem, jak jest w Polsce, ale w USA trybalizm ma rzeczywiście złą prasę. Wielu publicystów lansuje tezę, że wszystkie współczesne konflikty, czy to na Bliskim Wschodzie, czy między Republikanami a Demokratami w USA, odzwierciedlają odrodzenie uśpionych instynktów ewolucyjnych, które uniemożliwiają funkcjonowanie demokracji, współpracy międzynarodowej czy w pluralistycznych organizacjach.

To nieprawda. Teoria ewolucji mówi, że specyficzne dla człowieka instynkty grupowe umożliwiają nam życie w plemionach. To instynkty służące solidarności, a nie antagonizmom.

Niewykluczone, że jednym z powodów, dla których wygraliśmy z neandertalczykami, był fakt, że oni pozostawali w ciągłym konflikcie z sąsiednimi klanami. W tym czasie Homo sapiens tworzyli szersze sieci społeczne. Takie klany czy plemiona miały wspólny język oraz rytuały, co pozwalało na wymianę i pokojowe współżycie. 

Przekonanie, że nasze ewolucyjne dziedzictwo powoduje obecne konflikty, jest nie do obrony. Jest wręcz niebezpieczne, bo prowadzi do fatalizmu – przekonania, że ewolucyjne dziedzictwo zawiera w sobie coś złego. Dlatego postanowiłem napisać książkę opartą na dowodach naukowych, która opowie, jak instynkty plemienne ewoluowały, aby umożliwić nam współpracę, i że wciąż odgrywają kluczową rolę w naszym życiu.

Które z tych instynktów są najważniejsze?

Trzy systemy, które zostały wykształcone w różnych okresach naszej ewolucyjnej historii. Każdy z nich odpowiada za inny aspekt życia społecznego do dziś.

Pierwszy, instynkt grupy, wyewoluował ponad milion lat temu. Odpowiada za nasz konformizm, chęć pozostania w zgodzie z otoczeniem i wszystkie pozytywne uczucia płynące z pracy zespołowej. To on umożliwił nam polowanie i zbieractwo w zorganizowany sposób, co ogromnie zwiększyło szanse na przetrwanie.

Około pół miliona lat później pojawił się instynkt bohatera. Mniej więcej w tym czasie żyje gatunek określany jako Homo heidelbergensis. W zapisie kopalnym możemy zaobserwować wtedy budowane schronienia, bardziej złożone narzędzia i świadectwa polowań na mamuty, co wymagało podejmowania dużego ryzyka, czyli poświęcenia się jednostki dla dobra grupy. 

Natrafiamy również na szkielety osób z wadami wrodzonymi, które dożyły dorosłości, a to oznacza, że ktoś się nimi opiekował. Według scenariusza ewolucyjnego, który preferuję, ludzie zaczęli wtedy dokonywać ocen moralnych. Pojawiły się plotki, które budowały reputację. Społeczność nagradzała tych, którzy przyczyniali się do dobra wspólnego, zapewniając im prestiż i zasoby.

Instynkt bohatera odpowiada też za naszą obsesję na punkcie celebrytów – dążymy do naśladowania tych, którzy odnieśli sukces, nawet w błahych kwestiach. 

Ostatni – instynkt przodków – skłania nas do spoglądania w przeszłość z nostalgią. Wykorzystują to dzisiejsi populiści, mówiąc o „złotym wieku”. Często jest to obraz mitologiczny i wykluczający jakąś grupę, np. obwiniający imigrantów za obecny stan rzeczy. Ale instynkt ten może być też używany włączająco. Abraham Lincoln ustanowił Święto Dziękczynienia w czasie wojny secesyjnej, odwołał się do pielgrzymów i Jerzego Waszyngtona, by dać ludziom poczucie wspólnej tożsamości w najbardziej spolaryzowanym momencie historii USA.

Dzięki tym trzem instynktom zasoby wspólnej wiedzy zaczęły rosnąć niewiarygodnie szybko.

Cofamy się głęboko w przeszłość. A jeszcze w XX w. sądziliśmy, że do czasu rewolucji rolniczej sprzed ok. 10 tys. lat p.n.e. ludzie żyli w małych grupach i nie istniały większe społeczeństwa. Byliśmy w błędzie?

Tak. Dysponujemy już odkryciami archeologicznymi, również z terenu dzisiejszej Polski, takimi jak np. sieć budowli sakralnych z kości mamutów, które były oddalone od siebie o setki kilometrów. Ciągnęły się wzdłuż szlaków migracyjnych, przez Ukrainę aż do Rosji. Wzniesienie każdego z nich wymagało szczątków kilkudziesięciu mamutów. Niewielkie, niekooperujące grupy nie mogłyby ich zbudować. 

Te sanktuaria pochodzą sprzed 20 tys. lat. W książce bronię tezy, że budowa świątyń utorowała drogę rolnictwu, a nie odwrotnie. Marksistowski pogląd zakładał, że dopóki nie było nadwyżek żywności i osiadłego trybu życia, nikt nie miał czasu na religię. To nieprawda. Religia łączyła ludzi we wspólnoty, które ze sobą współpracowały, na długo przed rolnictwem.

Jeśli instynkty plemienne odpowiadają za naszą otwartość na innych i współpracę, to skąd się biorą konflikty i polaryzacja?

Moim zdaniem konflikty wynikają z trzech bardziej podstawowych systemów: psychologii konformizmu, dążenia do statusu i tradycjonalizmu. Te systemy zazwyczaj nam służą, ale gdy zmieniają się warunki społeczne, dany instynkt zaczyna działać nadmiernie.

Polaryzacja w USA, a jak słyszę od pana, również w Polsce, wynika ze zjawiska określanego jako dobór terytorialny – liberałowie przenoszą się na wybrzeża, konserwatyści do centrum kraju. Do tego dochodzi podział mediów i media społecznościowe, które stały się bańkami informacyjnymi. 

Nasz konformizm powoduje, że zamykamy się w środowisku o takich samych poglądach. Kiedy słyszymy drugą stronę, jesteśmy oszołomieni; nie rozumiemy, jak mogą dochodzić do takich wniosków. Zakładamy deficyt poznawczy – w USA standardowym oskarżeniem jest to, że liderzy przeciwników mają uszkodzone mózgi lub kłamią. To prowadzi do negatywnych emocji.

Jeśli zaakceptujemy diagnozę, którą przytoczyłem, to możemy opracować pewne pomysły na zwalczanie polaryzacji. Możemy zachęcać ludzi do czerpania informacji z różnych źródeł, wychodzenia poza partyjne podziały i promowania dialogu. W USA mamy ruch tworzący wydarzenia, które łączą Republikanów i Demokratów. 

Pierwsza fala tych programów często kończyła się porażką, bo ludzie przychodzili nastawieni na walkę i nie można ich było  przekonać. Druga fala polega na spotkaniach przy kawie czy posiłku, gdzie rozmawia się o tematach niepolitycznych. Miesiąc później uczestnicy wykazują mniejszy poziom polaryzacji niż po rozmowach o polityce.

Mamy wiele teorii podkreślających cechy narodowe. Według nich Rosjanie zawsze będą imperialni, Amerykanie indywidualistyczni, a Chińczycy kolektywistyczni. Co by Pan odpowiedział zwolennikom takich poglądów?

Po pierwsze to, że nie sposób obronić tezy o bezpośrednim wpływie genów na takie cechy. Większość z tych cech wynika z tradycji, sposobu wychowania dzieci i przekazywania wartości. 

Po drugie, nasze postrzeganie trwałości charakteru narodowego jest wyolbrzymione. Nie obserwujemy przeszłości bezpośrednio – polegamy na historiach spisanych przez ludzi, którzy mieli swoje własne cele. A historia służąca interesowi państw jest wybiórcza. Dlatego gdy populistyczni politycy w Polsce czy USA wprowadzają radykalne zmiany, tak jak administracja Trumpa, mówią: „zawsze tak robiliśmy”. Sięgają do tradycji, aby wprowadzić pożądane przez siebie nowości, ale kierują uwagę wyłącznie na jej wybrane elementy. 

W książce zauważa Pan, że nowinka kulturowa może być równie silnym motorem przemian społecznych jak twarde regulacje prawne. I podaje Pan przykład telenoweli brazylijskich, które doprowadziły do spadku dzietności w skali porównywalnej z tą, którą w Chinach osiągnięto bezwzględną polityką jednego dziecka. Jak telenowele mogły wywrzeć taki wpływ?

W latach 70. i 80. w Brazylii istniał właściwie tylko jeden kanał – Globo. Średnia wielkość rodziny wynosiła wtedy ponad sześcioro dzieci. Spadek dzietności postępował dokładnie po trajektorii rozprzestrzeniania się dostępu do kablówki. 

Telenowele były nadawane codziennie w godzinach największej oglądalności w społeczeństwie o niskim wskaźniku alfabetyzacji – ludzie plotkowali o bohaterach jak o prawdziwych osobach. Protagonistki były zazwyczaj niezależnymi kobietami z udaną karierą zawodową, które miały jedno, dwoje lub żadnych dzieci, bo trudno napisać ciekawą historię o bohaterce z siedmiorgiem dzieci.

Organizacje pozarządowe wykorzystały później podobny mechanizm do promowania bezpiecznego seksu w Afryce czy redukcji przemocy domowej. Ludzie po prostu chcą być jak „ci dobrzy” z serialu.

Kolejny analizowany przez Pana przykład to Singapur, który z biednego kraju stał się gospodarczą potęgą. Czego w tej historii dopatrzy się psycholog kulturowy?

Pierwszy premier Singapuru, Lee Kuan Yew, myślał jak inżynier. Singapur był mieszanką kultur – chińskiej, malajskiej, indyjskiej oraz brytyjskiego dziedzictwa kolonialnego. Kiedy kraj zyskał niepodległość, Lee celowo skonstruował nową tożsamość. Wybrał angielski jako lingua franca – częściowo dlatego, że był neutralny, a częściowo dlatego, że kojarzył się z normami „wolnego portu” z ery brytyjskiej, co miało przyciągać statki. Jego partia przyjęła białe mundury, symbolizujące brak korupcji, ale również przypominające mundury brytyjskiej marynarki.

W przeciwieństwie do innych liderów niepodległościowych, Lee nie burzył pomników kolonizatorów. Postawił pomnik założyciela kolonii, sir Thomasa Rafflesa. Uznał to za pragmatyczne działanie. Jednocześnie był krytyczny wobec Zachodu i nie przejął w pełni zachodniego systemu prawnego. Czerpał z wielu tradycji – w latach 80., gdy Chiny rosły w siłę, ogłosił kampanię „Mów po mandaryńsku”. Sam nauczył się tego języka po pięćdziesiątce. Nie chodziło mu tylko o język, ale o wartości z nim związane – chiński sposób prowadzenia biznesu i zarządzania rodziną. Widział kulturę jako narzędzie, a nie cel sam w sobie.

Dodajmy jednak, że odwoływanie się do instynktów plemiennych nie zawsze prowadziło do sukcesów.

Wiele krajów postkolonialnych popadło w kryzys. Ich liderzy chcieli odrzucić wszystko, co kojarzyło się z kolonizatorami – w tym obce języki i programy nauczania. Wspomniany Lee Kuan Yew nie uważał, że istnieje jakaś niezmienna esencja singapurskości, w której należy się pławić. Twierdził, że tożsamość jest czymś do wypracowania, i zastanawiał się: co z naszego dziedzictwa będzie najbardziej użyteczne dla gospodarki?

To zaprzeczenie podejścia esencjalistycznego, które głosi: jesteśmy rdzennym ludem, musimy usunąć obce elementy. To podejście traktuje kulturę jako cel sam w sobie. I ono często bywa zgubne.

Poza pracą akademicką zajmuje się Pan także doradzaniem firmom. Jak wykorzystać wiedzę o naturze ludzkiej i instynktach plemiennych w biznesie i zarządzaniu w środowisku wielokulturowym?

Badania pokazują, że ponieważ każdy z nas zinternalizował wiele kultur, nie działają one wszystkie naraz – to, która jest u steru, zmienia się w zależności od otoczenia. Teraz, gdy rozmawiamy, widzę za panem książki i to sprawia, że uaktywnia się moja tożsamość profesora, a nie konsultanta. 

Menadżer to ktoś, kto może kształtować środowisko i w ten sposób wpływać na pracowników. W książce piszę o „znakach plemienia” (takich jak język, ubiór), „symbolach plemienia” (flagi, zdjęcia założycieli) i „ceremoniach plemienia” (rytuały, takie jak pracownik miesiąca, imprezy po wypuszczeniu nowej wersji oprogramowania czy wspólne jedzenie tacos w każdy wtorek). Choć takie znaki bywają arbitralne, po kilku latach stają się znaczące i budują poczucie sensu. Podczas pandemii ludzie cierpieli także z braku tych rytuałów.

Michael Morris // Fot. Materiał prasowy

MICHAEL MORRIS jest profesorem na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku. W Polsce ukazała się jego książka „Plemienni. Jak instynkty kulturowe mogą nas łączyć” (CC Press 2025).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 09/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Zalety plemienności