Szarość wiary i milczenie Boga: Jak odnaleźć sens w świecie opuszczonym przez sacrum

Nie jest chrześcijaninem ten, kto nie doświadczył szarości wiary. Jej źródłem jest bowiem nie tylko nieobecność Boga wśród nas. Równie trudno uwierzyć w świętość życia, które pozbawił koloru.
Czyta się kilka minut
Procesja rezurekcyjna w Kościele pw. Opieki św. Józefa w Błędowie, marzec 2016 r. // Fot. Bogdan Sarwiński / East News
Procesja rezurekcyjna w Kościele pw. Opieki św. Józefa w Błędowie, marzec 2016 r. // Fot. Bogdan Sarwiński / East News

Podobno Karl Barth, słynny teolog protestancki, miał sen, w którym zobaczył piekło. Żadnych w nim nie było płomieni ani diabłów. Nie było też grzeszników męczonych w najbardziej wymyślny sposób. To skądinąd logiczne, bo teologia tej części zaświatów i tak nie prześcignie w okropieństwach Dantego czy Boscha, a ci z kolei eksplorują prawdziwe okrucieństwa zadawane człowiekowi przez człowieka.

Karl Barth: piekło jako absolutna samotność

Ikonoklastyczne piekło ze snu to była bezkresna i płaska jak stół równina bez śladu roślinności ani żadnych innych form krajobrazu. Jej powierzchnię pokrywał szary pył. Panował tam przejmujący chłód. W środku tej pustyni, w słabym i mglistym świetle bez źródła stał jeden człowiek.

Senna wizja, zapewne nieco opracowana teologicznie, była dla Bartha obrazem stanu absolutnej samotności i opuszczenia, jakich nie może zgotować chrześcijaninowi żaden człowiek, a jedynie Bóg. Szare, zimne klepisko po horyzont to pejzaż doświadczenia religijnego, które powstać może tylko na skutek radykalnego i ostatecznego porzucenia człowieka przez Boga.

Kary najdotkliwszej wówczas, gdy poprzedzało ją szczęście boskiego towarzystwa, wspólnej przyjaznej codzienności dzielonej z Bogiem wcielonym, jak było to udziałem uczniów i przygodnych towarzyszy Jezusa.

Doświadczenie utraty boskiej współobecności możemy sobie nieco wyobrazić jako całkowity zakaz kontaktu z ukochaną osobą, o której wiemy, że kocha nas również i chce z nami być, a jednak nas opuszcza. Takie porzucenie jest nieakceptowalne i niezrozumiałe. Nawet dla samego Jezusa, skoro sformułował na krzyżu najważniejsze pytanie teologiczne: „Boże mój, czemuś mnie opuścił?”.

Kryzys Kościoła i zawiedziona miłość

Kiedy słucham krytyki Kościoła katolickiego wypowiadanej przez moich przyjaciół i znajomych, uderza mnie język zawiedzionego uczucia; słowa znamienne dla zdradzonych, oszukanych i porzuconych przez ukochanego, który okazał się niegodny miłości. 

Jest to język gniewu, zrozumiały u tych, którzy z Kościołem byli głęboko związani i nagle zrozumieli, że darzyli uczuciem swoje wyobrażenie, któremu brutalnie przeczą wyjawione fakty o czynach tego księdza czy tamtego biskupa. Dostrzegam w tym coś, co wykracza poza wstrząs wywołany przestępstwami i skandalami

Kościół powstał jako substytut nieobecności Boga wcielonego. Materialny i symboliczny splendor architektury, scenografii, kostiumów i rytuałów rozbudowywanych przez dwa tysiące lat pozostaje w rażącej sprzeczności ze skromnością i łagodnością człowieka w lnianej szacie, głoszącego miłość wzajemną jako fundament życia wspólnego ludzi na Ziemi. 

Materialny przepych religii zakrywa fundamentalne zerwanie współobecności Boga i człowieka; fakt, że kiedyś byli razem. Ale się rozstali. Finał wszystkich Ewangelii powinien przygotować chrześcijanina na nieuchronne rozczarowanie Kościołem. Relacja „wierny”–Kościół będzie zawsze nieudaną próbą naśladowania miłosnej relacji z żywym Jezusem.

Zerwanie realnego związku uczniów i Jezusa leży bowiem u źródeł chrześcijaństwa; bez tej traumy odziedziczonej wiara nie ma uzasadnienia. Bóg wcielony na chwilę w człowieka zadaje im nieuleczoną ranę miłosną, w chwili, kiedy „rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba” (Łk 24, 51). Nie wiemy, czy wszyscy uczniowie przeżywają to równie dramatycznie, ale dwaj na pewno.

Lęk przed rozstaniem 

Ilustruje to epizod nad Jeziorem Tyberiadzkim opisany w Ewangelii Jana. Szymon Piotr wybiera się na nocny połów, a towarzyszy mu siedmiu uczniów, w tym spisujący wszystko Jan. 

„Szymon Piotr powiedział do nich: »Idę łowić ryby«. Odpowiedzieli mu: »Idziemy z tobą«” (J 21, 3 Biblia Ekumeniczna). 

Nic nie złapali, ale nad ranem na brzegu pojawia się człowiek, który radzi im zarzucić sieć z drugiej strony. Pierwszy Jan rozpoznaje Jezusa. To zrozumiałe, jest najmłodszy, ma dobry wzrok, a dystans wynosi dwieście łokci, czyli trochę ponad sto metrów. Na wieść o tym, nagi Piotr narzuca na siebie szatę i rzuca się wpław, aby być pierwszy przy Jezusie. Potem dobijają wszyscy z mnóstwem ryb, które złowili. Jedzą, rozmawiają; są szczęśliwi. Bóg do nich wrócił.

Tymczasem zmartwychwstały Chrystus postępuje jak ktoś, kto ma zamiar wyjechać na długo i niepokoi się, czy rozłąka nie osłabi uczucia tego, który zostaje. Widzi też początki rywalizacji uczniów o swoją schedę. Stara się więc wybadać, jak postąpią po Jego ostatecznym odejściu (ach, ta niebezpieczna fantazja o wpływie naszej śmierci na bliskich!).

„Czy miłujesz mnie bardziej niż ci?”. Twierdząca odpowiedź Go nie zadowala, więc pyta jeszcze dwa razy, uzyskując tę samą odpowiedź zasmuconego rybaka. Tradycja łączy ów smutek z wyparciem się przez Piotra związków z Jezusem podczas procesu. 

Nie tylko w ten sposób Jezus okazuje Piotrowi swoje rozczarowanie. Zapowiada mu, że będzie jego następcą w przewodzeniu wspólnotą, ale niech nie liczy, że uniknie śmierci. 

„Gdy jednak się zestarzejesz, wyciągniesz swoje ręce i ktoś inny cię przepasze, i poprowadzi, dokąd nie chcesz” (J 21, 18). Po czym każe mu oddalić się z sobą od reszty uczniów. Piotr jednak zauważa, że Jan idzie za nimi. Zaniepokojony pyta więc Jezusa: „Panie! a ten co?”. Wtedy Jezus, wyraźnie zniecierpliwiony, odpowiada: „»Tak chcę, aby został aż przyjdę, co tobie do tego? Ty pójdź za mną«. 

Gruchnęła tedy ta mowa między bracią, iż on uczeń nie umrze” (J 21, 21-23, Biblia Jakuba Wujka). 

To dramatyczna scena, pełna nienazwanych, a zaledwie sugerowanych emocji. Uczniowie mają prawo myśleć, że skoro Jezus wrócił żywy, to może i oni będą żyli wiecznie już teraz. Ale czy wszyscy? Czy tylko najbardziej ukochani? 

Piotr już się dowiedział, że zawiódł. Jan, jako najbardziej umiłowany, staje się obiektem zazdrosnych spekulacji, które ucina, tłumacząc czytelnikowi, że Jezus powiedział to w trybie warunkowym, który wskazuje na jego wszechmoc, a nie na obietnicę, że Jan doczeka na Ziemi powtórnego przyjścia Mistrza. „Ale Jezus nie powiedział mu, że nie umrze, lecz: »Jeśli Ja chcę, aby pozostał aż przyjdę, co tobie do tego?«” (J 21, 23).

Prawdziwie tragicznym sednem tej nieco zabawnej dramy jest nieuchronność rozstania z Bogiem, który dopiero co z nami jadł, pił, rozmawiał. Dzielił nieistotność naszego życia, czyniąc ją boską. 

Osamotnienie na krzyżu: poza majestatem Pasji

„I zaraz potem umarł. Wiele by o tym mówić”. Ten lakoniczny wers z Hölderlina wydaje mi się straszniejszy niż epopeja Pasji, do której zdążyliśmy przywyknąć za sprawą milionów krzyży, niezliczonych obrazów Ukrzyżowania i misteriów Męki Pańskiej.

Plac św. Piotra. Watykan, luty 2013 r. // Peter Macdiarmid / Getty Images

„Być chrześcijaninem oznacza wierzyć, że Bóg stał się człowiekiem i że zadano mu śmierć tak straszliwą, jakiej mógł doświadczyć dowolny śmiertelnik. Dlatego też krzyż, owo antyczne narzędzie zbrodni, pozostaje tym, czym był zawsze: stosownym symbolem chrześcijańskiego przewrotu” – podsumowuje swoje rozważania nad cywilizacją chrześcijańską Tom Holland („Boże władztwo. Jak chrześcijański przewrót zmienił oblicze świata”, przeł. T. Korecki, PIW 2025).

Jasne. A jednak za szybko i za łatwo przeskakujemy od życia do śmierci na krzyżu, nobilitując i absolutyzując tę ostatnią. Kosmiczny wymiar, którego Pasja nabrała przez wieki chrześcijaństwa, przeczy jej historycznej kameralności lub okrutnej nieistotności, jaką odegrała w administracyjnych trybach imperium rzymskiego. Po prostu jeden z wielu procesów i kaźni, jakie wykonywały służby w rozległych prowincjach cesarstwa.

Śladem tej znikomości jest fragment Ewangelii Marka, w którym Józef z Arymatei prosi Piłata o wydanie ciała Jezusa. „Piłat zdziwił się, że On już nie żyje” (Mk 15, 44). Można łatwo zrozumieć, że „sprawa Jezusa” nie zaprzątała zbyt długo uwagi zajętego prokuratora Judei. 

Ale Jezusowi ukrzyżowanemu nie towarzyszą nawet uczniowie i zwolennicy. Grupa Ukrzyżowania w wersji najskromniejszej obejmuje tylko matkę Jezusa i Jana. I tego bym się trzymał. Wszystkie bowiem ewangelie, poza Janową, mówią o sporym dystansie oddzielającym bliskich od Ukrzyżowanego; „ci, którzy go znali, stali z daleka” (Łk 23, 49). 

Zresztą, do tego fundamentalnego osamotnienia przygotowują Jezusa rozmaite epizody, jak zaśnięcie uczniów w ogrodzie oliwnym, zdrada Judasza, wyparcie się Go przez Piotra i wiele małych drobnych niezrozumień, dotyczących tego, kim jest i jaki ma cel.

Czy szarość jest kolorem Wielkiego Piątku

Nasze oswojenie z Ukrzyżowaniem jest zatem mocno nieuprawnione. Nie mamy wiarygodnych świadków tego, co tak dokładnie zostało przedstawione w scenach pasyjnych. A dwa tysiące lat współczucia Jezusowi są dziełem wyobraźni napędzanej malarstwem i literaturą. 

Choć i one mogą mieć skutek odwrotny. Bohaterka opowiadania Marii Konopnickiej wspomina swoją guwernantkę, która czytała powierzonym jej opiece dzieciom legendy o świętych.

„Po roku pobytu Anusi u nas tak byliśmy oswojeni z całem martyrologium, żeśmy o wyrwanych językach, rozpalonych kleszczach, plecach dartych pasami ze skóry i piłowanych ciałach rozprawiali, jak o chlebie z masłem, i gdyby które z nas spotkało Świętego Dyonizego, idącego z własną, uciętą głową pod pachą, myślę, że nie bardzo byłoby zdziwione”. 

Tym, co straszniejsze niż tortury na krzyżu, jest ostateczne, nieodwracalne opuszczenie człowieka przez Boga. Wykonało się. Mission completed. Nie umarł – zmartwychwstał, jak zapowiedział. Ale oni myśleli, że będzie z nimi na zawsze, bo przecież obiecywał, że kto w Niego wierzy, nie umrze. Tymczasem ich zostawił. 

Jak po czymś takim żyć zwykłym życiem? Łowić ryby, uprawiać pole, siedzieć za biurkiem osiem godzin, rozmawiać o pogodzie i polityce? Przez chwilę wszystko to było ważne, bo takie zwykłe życie dzielił z nami Bóg. Ale skoro je porzucił, to nie wiadomo nawet, co jest w nim ważne, a co ważniejsze. 

Świat poszarzał; życie straciło kolor – mówimy o takim stanie ducha. Szarość, a nie zwyczajowa czerń, powinna być kolorem Wielkiego Piątku. To kolor dnia po Ukrzyżowaniu, kiedy „uśpiona szarość brzasku, zaledwie dopiero znaczącego się, wysysała wszystkie barwy” (G. K. Chesterton „Tajemnica Ojca Browna”). Pawłowe chrześcijaństwo jest religią spóźnionego ucznia, który nie doświadczył życia w towarzystwie Boga. Oparł więc chrześcijaństwo na jednym tylko fundamencie – na śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa. Bo przecież nie na nudnym, potulnie przecierpianym życiu.

Filozofia szarości: od Hegla do Sloterdijka 

Mądrość jest szara. Powstaje z rozpoznania pozoru jaskrawej barwności życia naturalnego i sztucznego. Rodzi się, kiedy umysł widzi świat jako całość płynącą nieubłaganie i bez celu; nieśmiertelną, choć złożoną ze śmiertelnych istnień poszczególnych. Tak uważa Peter Sloterdijk. A my, choć niechętnie, zgodzimy się z tezami jego książki, napisanej „Dla tych, którzy jeszcze nie zastanawiali się nad szarością” („Wer noch kein Grau gedacht hat: Eine Farbenlehre”, Suhrkamp Verlag 2022).

Inspiracją dla Sloterdijka było stwierdzenie Cezanne’a, iż nie jest malarzem ten, kto nigdy nie malował szarości. Przenosi to zadanie na terytorium filozofii i sprawdza, jak radziła sobie ona z szarością, która jest barwą egzystencji; kolorem aury spowijającej ludzką codzienność. „Szary opar, niczym kurtyna, nie pozwala spojrzeniu zapuścić się w tę dziedzinę popielnej szarości” (Tadeusz Sławek „Hamlet czyli SZARE”).

Szarość staje się odtąd synonimem nieodwracalnego starzenia się świata. A tam świata! Nas. Każdego z nas! Ewangelia o narodzinach Jezusa, a później o Jego zmartwychwstaniu była obietnicą wiecznej wiosny dla każdego. Okazało się jednak, że jeszcze nie teraz i raczej nie tu. 

Rozczarowany religią człowiek nowoczesny oddał się więc w ręce rozumu z wątlejącą nadzieją, że nie tylko objawienie, ale myślenie i nauka mogą dawać radość i nadzieję. 

Nie łudźmy się: poważna, samoświadoma filozofia jest szarością, która wytwarza szarość, która jest właściwym kolorem medytacji – mówi Sloterdijk, omawiając słynny fragment „Zasad filozofii prawa” Hegla: „Kiedy filozofia o szarej godzinie maluje swój świt, wtedy pewne ukształtowanie życia już się zestarzało, a szarością o zmroku nie można niczego odmłodzić; można tylko coś poznać. 

Sowa Minerwy wylatuje dopiero z zapadającym zmierzchem” (przeł. Adam Landman).

Jak żyć po życiu z Bogiem

Filozofia nie odmładza świata, „nie wygładza jego zmarszczek”, nie przywraca mu koloru, a jedynie w szarości własnej refleksji uczy rozpoznawać szarość świata i godzić się z nim. Chrześcijaństwo od najwcześniejszych czasów szukało partnerstwa z filozofią, lękając się pstrej irracjonalności, baśni i mitów. 

Dla Grzegorza z Nazjanzu „filozof”, jako „miłośnik mądrości”, staje się synonimem słowa „chrześcijanin” (J. Pelikan „Chrześcijaństwo i kultura klasyczna”, Teologia Polityczna 2024).

O nieszczęśni teologowie! Przyzywając filozofię, aby pomogła zrozumieć, jak żyć po życiu z Bogiem, dopuścili, aby Jezus, czyli dobro rozstrzygające, został zastąpiony mądrością, która poucza, że nic w ludzkim życiu nie jest tylko białe albo czarne; wyłącznie dobre lub złe; jawne bądź ukryte; godne lub podłe.

Wiara i religia zaprzyjaźnią się z dialektycznym rozumem i odtąd mole podejrzliwości będą niestrudzenie pożerać kolorystykę liturgii, kostiumów, architektury i scenografii. Aż przemienią ten cały kompensacyjny blichtr w ikonoklastyczną szarość zreformowanego chrześcijaństwa.

Karl Barth nie musiał śnić, żeby zobaczyć prawdziwy kolor chrześcijaństwa. Kto widział wnętrze katedry w Genewie (tej z krzesłem Kalwina), ten wie, jak bezwzględnie szary jest protestantyzm. 

Od Reymonta do Różewicza: wiara i kapitalizm

W istocie nie ma jednak różnicy. Nikt lepiej tego nie ujął niż Reymont w monologu Grosglika:

– Pan nie lubi protestantyzmu? – zapytał Kurowski (…).

– Nie lubię i nigdy bym na to wyznanie nie przeszedł. Ja jestem człowiek, który kocha i potrzebuje pięknych rzeczy. Jak ja się narobię cały tydzień, to potem w szabas, czy w niedzielę potrzebuję odpocząć, potrzebuję iść do ładnej sali, gdzie bym miał ładne obrazy, ładne rzeźby, ładną architekturę, ładne ceremonie i ładny kawałek koncertu. Ja bardzo lubię te ceremonie wasze, w nich jest i piękny kolor, i ładny zapach, i dzwonienie, i światła, i śpiewy. A przy tym jak ja już muszę słuchać kazania, to niech ono będzie nie nudne, niech ja słucham delikatnego mówienia o wyższych rzeczach, to jest bardzo nob i to dodaje człowiekowi humoru i ochoty do życia! A w kirche co ja mam?… Cztery gołe ściany i tak pusto, jakby cały interes miał się trochę zlikwidować. A do tego przychodzi pastor i mówi. Co pan myślisz, o czym on gada?… Gada o piekle i innych nieprzyjemnych rzeczach. Bądź pan zdrów. Czy ja po to idę do kościoła, żeby się zdenerwować?

I tak oto lądujemy w nowoczesnym, kapitalistycznym świecie Zachodu; świecie powszechnej sprzedaży, masowej produkcji i podziału pracy. Szarość przestaje być metaforą filozoficzną, staje się dominującym kolorem rzeczywistości – od hali fabrycznej, przez morze garniturów na Wall Street i hektary korporacyjnych openspejsów, po obrazy świata rozwijającej się fotografii. 

Koloryzacja mediów, ubrań i samochodów, która nastąpi w drugiej połowie XX w., nie usunie podejrzenia, że życie codzienne to pokolorowana szarość – domena „czterech szarych niewiast”:

człowiek rodzi się
dorasta
zakłada rodzinę
buduje dom
(…)

pierwsza pojawia się Wina
za nią milczy Troska
powoli rośnie Brak
szczerzy zęby Bieda

(…)

przebudzeni bogowie
opędzają się
od natrętnych ludzi
ziewają

(T. Różewicz, Pajęczyna)

Idąc za Cezanne’em i Sloterdijkiem, myślę, że nie jest chrześcijaninem ten, kto nie doświadczył szarości wiary. Jej źródłem jest bowiem nieobecność Boga, w którego trzeba uwierzyć. Ale to zaledwie połowa wyzwania. Trudniej uwierzyć w świętość szarego życia, które pozbawił koloru.

Manifest z Tybingi: w poszukiwaniu piękna

Spektakularne i po dziś dzień największe wyzwanie rzucone filozoficznej, teologicznej i egzystencjalnej szarości było dziełem trzech niedoszłych pastorów, którzy przez pewien czas zajmowali wspólną stancję w Tybindze.

Był to chyba najsłynniejszy w historii pokój w akademiku. Połączył bowiem na długie lata Hegla, Hölderlina i Schellinga. Ich jedyne wspólne dzieło wydaje się nosić największy wpływ Schellinga, ale to Hölderlin był Poetą. Spisany ok. 1797 r. manifest, znany pod tytułem „Najstarszy program systemu niemieckiego idealizmu”, głosił koniec państwa jako wielkiej administracyjnej maszyny i zapowiadał nadejście państwa żywego, rozwijającego się żywo i organicznie jako emanacja wolnych ludzi i obywateli.

Co do Boga i religii, niedoszli pastorowie odrzucali religię instytucjonalną i jej eschatologiczne konstrukty – wieczne zaświaty. Bóg i nieśmiertelność mieszkają w człowieku i każdy z nas może je w sobie odnaleźć. Potrzeba tylko czynnika, który to umożliwi. A jest nim piękno. Nic dziwnego, że najważniejszą rolę w akademiku odegrał poeta. Jak pisze Rüdiger Safranski, było to środowisko „opętane literaturą”, pojmowaną jako energia do przetwarzania życia codziennego w budzące ekstazę dzieło sztuki. 

Słowo poetyckie miało nieść witalną siłę przenikającą miłość, przyjaźń, obcowanie z naturą, a nawet uprawianie polityki. Kościół oskarżali o potajemny pakt z naukowym i rachującym rozumem, w celu korzystnego usadowienia się w nowoczesnej rzeczywistości politycznej i ekonomicznej. 

Nie odpychali człowieka w sekularność, ale byli rzecznikami rewitalizującej doświadczenie religijnej rewolty, która miała przywrócić człowiekowi doświadczenie szczęścia, jakie daje postrzeganie życia codziennego, jakby zamieszkiwał w nim nieśmiertelny Bóg. Pośród śmiertelnych ludzi. 

Zadanie szalone. Nazwał je Hegel w „Fenomenologii ducha”. Jego celem jest „życie, które potrafi śmierć wytrzymać i w niej się nadal zachować” (przeł. A. Landman). Łatwo powiedzieć. Nawet łatwo to wyśnić. Gorzej praktykować na jawie. Wykonane oznacza stan umysłu, w którym nie odczuwamy tragiczności życia, przenika nas pogoda i dobroć, przy jednoczesnej świadomości naturalnej i uczynionej przez człowieka niesprawiedliwości. I mimo tego nie opuszcza nas dobry humor.

Nie do pojęcia. Tak może patrzeć na świat tylko Bóg. Spoglądać z krzyża z zachwytem wobec życia i świata. Bez negacji, która jest najwłaściwszą postawą skrajnego cierpienia; nieuszlachetniającego bólu. Czy jest możliwe, aby odczuć to nie jako nakaz religijny czy kulturowy frazes trudnej afirmacji lub pokornej akceptacji? Tak, potrafią to Hölderlin i jego przewrotny kontynuator Różewicz – wielki poeta szarości.

moja szara strefa 

powoli obejmuje poezję

biel nie jest tu absolutnie biała 

czerń nie jest absolutnie czarna

(Tadeusz Różewicz, Szara strefa)

Rozpoznać szarość prawdy w koloryzowanej rzeczywistości oznacza zobaczyć w ukrzyżowaniu Jezusa – „szarego kota który w szarej trawie poluje na szarą mysz” („Szara strefa”) – czyli zwyczajne dzieje ludzkiego okrucieństwa. Ale od tego miejsca rozpoczyna się praca poezji, której zadaniem jest pozwolić czytelnikowi osiągnąć „stan stałej, harmonijnej zmienności (…) poczucie radości istnienia, bycia w prawdzie i metaprawdzie zarazem” (Wiesław Rzońca „Friedrich Hölderlin geniusz romantycznej dekonstrukcji”, PIW 2025). 

Jak Hölderlin i Różewicz „odmładzają” świat

Ujmę to zadanie prościej: Jak uśmiechnąć się do życia w Wielki Piątek?

„Raczej już straciłeś go na wieki” – dowiaduje się o Bogu śniący bohater napisanej przez Jeana Paula „Mowy wypowiedzianej przez umarłego Chrystusa ze szczytu kosmicznego gmachu o tym, że nie ma Boga”. 

Przebudziwszy się z wielkopiątkowego koszmaru widzi z zachwytem i ulgą, jak „słońce żarzyło się głęboko w dole za pełnymi, purpurowymi kłosami zboża i spokojnie przesyłało odblaski swojej zorzy wieczornej małemu księżycowi, który wstał rano bez jutrzenki; a między niebem i ziemią wesoły przemijający świat rozpostarł swe krótkie skrzydła i żył, jak ja, w obliczu nieskończonego Ojca. 

A od całej otaczającej mnie natury płynęły pogodne tony, jak odgłos dalekich dzwonów wieczornych” (przeł. M. Żmigrodzka). 

A co ze snami, z których się nie budzimy?

W filmie „Hamnet” Chloe Zhao jest wstrząsająca scena finałowa, z matką pogrążoną w rozpaczy po śmierci synka. „Nie będzie powrotu. Nie da się cofnąć tego, co przygotował dla nich los. Jej syn umarł, mąż odejdzie, a ona zostanie; świnie wymagają codziennego karmienia, a czas biegnie tylko w jedną stronę” (M. O’Farrel „Hamnet”, Papierowy Księżyc 2026).

Ale kobieta ogląda spektakl i widzi, jak jej mąż przerobił tę śmierć na sztukę pt. „Hamlet”. I nagle, kiedy cała publiczność teatralna płacze na widok umierającego Hamleta, ona jedna się uśmiecha. I my, widzowie filmu, płaczemy z nimi i uśmiechamy się razem z nią. Na naszych oczach wydarza się cud sztuki, który Hölderlin ujął w trzech wersach:

Miłość sprawia, że ma się 

Oczy szeroko otwarte.

Wszelako co się ostaje, ustanawiają poeci 

(Wspomnienie, przeł. A. Libera)

Tylko sztuka to potrafi. „Odmłodzić świat”, czyli uczynić go w naszych oczach trwającym, dobrym i sensownym. „Boskim”, choć Boga straciliśmy na wieki. Zostawił nam porzucony przez siebie świat; przekreślony na krzyż; i szarą monotonię powszechnego losu istot śmiertelnych. 

Nie ma Go z nami, więc nie ma sensu, ani jednej prawdy, ani wspólnych zasad. A mimo to wielu stara się żyć i działać tak, jakby świat mógł kiedyś być dobrym miejscem dla Boga.

Aby znów zwabiła Go piękna, szara codzienność.

„Miasto już odpoczywa. Turkot ostatnich powozów 

Migoczących światłami oddala się i ulica

Cichnie w poświacie latarni. Syci słodyczy dnia

Ludzie śpieszą do domu, by tam w spokoju i ciszy

Ocenić zysk i stratę. Opustoszał też rynek;

Zniknęły ze straganów winogrona i kwiaty, 

I wszelkie rękodzieło. Tylko z dalekich ogrodów

Dochodzi cicha muzyka. Struny potrąca zapewne 

Ktoś zakochany lub taki, co jest sam i wspomina

Młodość i dawnych przyjaciół. Słychać też wieczne źródła 

Bijące z wonnego gruntu, i dzwon w gęstniejącym mroku, 

I głos czuwającej straży, gdy ogłasza godzinę.

(F. Hölderlin „Chleb i wino”, przeł. A. Libera)

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2026

W druku ukazał się pod tytułem: A potem umarł