Każde nabożeństwo świąteczne było wyzwaniem dla cierpliwości chłopca. Zwykłe trwało niekończące się półtorej godziny. Za to Boże Narodzenie i Wielkanoc zapowiadały ponad dwie godziny siedzenia w twardej ławce między dorosłymi, którzy śpiewali kolejne zdające się mnożyć zwrotki pieśni. Do tego długie, niezrozumiałe, pełne cytatów i staroświeckiej podniosłej retoryki kazanie; wielopunktowe ogłoszenia, przypominki, zapowiedzi. A jednak było coś, co obiecywało nagrodę; na co czekał równie niecierpliwie, jak na koniec nabożeństwa. Był to ostatni epizod świątecznych obrzędów, czyli śpiewane przez pastora Janika (i niestety, tylko przez niego) błogosławieństwo z Księgi Liczb (6, 24-26):
„Niech ci błogosławi Pan i niechaj cię strzeże; Niech rozjaśni Pan oblicze swoje nad tobą i niech ci miłościw będzie; Niech obróci Pan twarz swoją ku tobie i niechaj ci da swój święty pokój”.
Choć minęło pół wieku od chwili, kiedy usłyszał je po raz pierwszy, nie opuszcza go wspomnienie stanu umysłu i ciała, który wywoływało każde kolejne słowo wyśpiewywane miękkim tenorem pastora. Pod jego wpływem wczesnonastoletni umysł nagle się uspokajał; uciszało się jego ciągłe wewnętrzne gadanie towarzyszące dłużącej się liturgii i kazaniu.
Już się nie obawiał, czy wierzy dostatecznie mocno ani czy w ogóle wierzy; ani że wpadnie w ręce Boga żywego, bo bardziej podobają mu się katolickie dziewczyny, a najbardziej te nieubrane w niemieckich gazetach wujka Bluma. Wszystko to nadal było, nic nie znikało, a jednak nie straszyło, a nawet wydawało się dla wyobrażonego Boga zrozumiałe i wybaczalne. A on sam, histeryczny nastolatek z całym bajzlem wewnętrznym, z tym popapraniem i światem oskarżonym z najżarliwszym gniewem, godził się sam ze sobą. Jakby otrzymał właśnie jedyny argument, którego nie był w stanie odrzucić, bo sam się stał tym dowodem, że wszystko jest OK. Wszystko, czyli on i świat.
Łatwo byłoby zdemaskować psychofizjologię tego spokoju, ale to bez znaczenia. Ważniejsze, że powstał w nim wtedy prototyp doświadczenia, które można uznać za rodzaj szczęścia. I pewnie zostawiłby to przeżycie w pudełku z napisem „utracone bezpowrotnie dzieciństwo”, gdyby nie nagły nawrót po latach.
Dłonie kobiety, które wsunęły mu się we włosy, kiedy wiązał buty, wywołały falę fizycznej błogości w postaci strumienia ciepła rozlewającego się z głowy przez szyję na całe ciało, któremu towarzyszyło doznanie całkowitego uspokojenia. Bez śladu odurzenia, przeciwnie, przy ostrej i jasnej świadomości, że jest dokładnie tu, gdzie powinien być, oraz że trzeba zawiązać buty i iść. I to wszystko razem było w niepojęty sposób spójne i dobre. Więcej się nie powtórzyło. Ale te dwa przeżycia dowiodły mu, że spokój ducha jest możliwy. A raczej czym powinien dla niego być spokój.
Nie ma sensu go szukać ani starać się wywołać. Trwały stan spokoju nie istnieje. Epifaniczne migawki są skrawkami niewyobrażalnej całości; nie sposób jej przedstawić, ale można o niej śnić. Spokój ducha to stan łaski.
Biblia albo Księga niepokoju
Można tytułu książki Fernando Pessoi użyczyć jako podtytułu Biblii. Niespokojny jest Stwórca i całe jego stworzenie od pierwszych stron. Spokoju nie ma co oczekiwać przed końcem czasu, gdyż Apokalipsa Jana zapowiada, że prawdziwie niespokojna epoka dopiero nadejdzie, więc jest się czym niepokoić. Niemniej niepokój jako składnik ludzkiej kondycji pojawia się wraz z człowiekiem, który nauczył się przysięgać i łamać obietnice, a więc odkąd odkrył moralność. Zdaniem Carla Gustava Junga nosimy w sobie ten niepokój jako nieusuwalną część naszej zindywidualizowanej psychiki, czyli od chwili, kiedy jesteśmy świadomi siebie.
Niepokój człowieka udzielił się też Bogu. W Starym Testamencie Jahwe jest nieprzewidywalny, porywczy, irracjonalny. Jest egzystencjalną projekcją myślącego i współczującego człowieka, który chce przynajmniej Boga wyłączyć z powszechnego niepokoju, zalęknionego rozedrgania. Bez szans. Jahwe jest wypełniony nadprzyrodzoną energią emocjonalną; drażliwy, nieufny, zazdrosny i mściwy.
Ale kiedy czytamy arcydzieło w postaci Księgi Hioba, uderza spokój tytułowego człowieka, który zachowuje zgoła nieludzkie opanowanie i moralną niewzruszoność w obliczu strasznych zabaw, jakich dopuszcza się na nim i na jego bliskich szatan za zgodą Boga. Pisze Jung, że „niezależnie od tego, jaki los go spotyka, liczy się tylko to, by Jahwe wreszcie się uspokoił. Ten środek terapeutyczny, polegający na bezwarunkowej akceptacji losu, sprawdził się i tym razem” („Odpowiedź Hiobowi”, przeł. Robert Reszke). Ktoś tu musi być dorosły, zdaje się mówić „mądre milczenie” cierpiącego Hioba. Już się mną pobawiliście? – zdaje się pytać Boga i szatana. Ale wcale nie trzeba przywoływać udręczonego Hioba, żeby za cenę spokoju schodzić drażliwemu Bogu z drogi.
Trapista Michał Zioło tak opisuje swoją strategię: „Dziś pokornie dziękuję za jeden przeżyty dzień. Dziękuję zresztą od samego rana, bo demon siejący panikę czeka cierpliwie na nawet lekkie wahnięcia nastroju. Nauczyłem się żyć bez potrzebnej do życia niezłej formy fizycznej i psychicznej, biorę, co jest, bo już wiem, że za popękaną fasadą wybrakowanego daru kryje się prawdziwy, potężny jak rzeka pokój”.
Psychoanaliza Jahwe i Hioba, jaką przeprowadza Jung, znajduje niespokojnego Boga w nieświadomości niespokojnego człowieka. Człowiek ma szansę, dzięki dojrzewaniu, myśleniu, edukacji, autorefleksji, wyłonić z niespokojnego morza nieświadomości archipelag świadomości, która pozwoli mu podejmować trud integracji w osobę za pomocą symboli, obrazów, narracji. Ale to wciąż tylko wyspy, którym grozi zalanie.
Nienapisana teologia niepokoju zwraca uwagę, że trawiące Boga i człowieka zatroskanie o ludzki los ma szansę być ukojone lub przynajmniej osłabione wraz z narodzinami Jezusa. Obietnica zbawienia jest kompresem na gorączkę wygnania i potępienia; nadzieją,
że ruch krwi
Tam powinien być dalej triumfalnym ruchem
Wyższego, że tak powiem, stopnia. Że zapach lewkonii
I nasturcja i pszczoła i buczący trzmiel,
Czy sama ich esencja, mocniejsza niż tutaj,
Muszą tak samo wzywać do sedna, w sam środek
Za labiryntem rzeczy. Bo jakżeby umysł
Mógł zaprzestać pogoni, od Nieskończonego
Biorąc oczarowanie, dziwność, obietnicę?
(Czesław Miłosz „Jak powinno być w niebie”)
Zanim „zęby sobie na tym połamie teolog”, sprzeczności między umiłowaniem człowieka a losem Hioba łagodzi opowieść o narodzinach i życiu Jezusa. Jego rola, dywaguje Jung, polega przede wszystkim na uśmierzeniu lęku przed Jahwe. Zapowiadają to chóry anielskie nad Betlejem: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania”.
Nie dla wszystkich zatem, ale tym, którzy mu się podobają lub jak mówią inne przekłady: „dobrej woli” (Jakub Wujek). Albo zatem kapryśny Jahwe zrobi, jak zechce, albo – co jest oczywiste oczywistością zdroworozsądkową – bez dobrej woli stron żadnego pokoju między ludźmi nie będzie. Chyba że pod przymusem zastępów anielskich, bo same śpiewy nie wystarczą. Chcecie pokoju w Palestynie? – pyta retorycznie ewangelista. Ależ wolna wola, nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście się przestali zabijać. Uczciwe postawienie kwestii, choć nieco cyniczne. Dzieje Jezusa, począwszy od okresu niemowlęcego, rozwiewają nadzieje na spokój, o pokoju nie wspominając.
Jego królestwo nie jest z tego świata, ale chrześcijaństwo jest z tego
Niech nas nie zwodzą łagodne pastoralne obrazy Jezusa przechadzającego się po gościńcach Galilei. Ewangelie przepełnia aura nerwicy lękowej. Wszystkim wokół Jezusa towarzyszy niepokój, od urodzenia aż do zmartwychwstania i dalej do końca czasu.
Przyznać trzeba, że od początku stawiał sprawę jasno: „Nie sądźcie, że przyszedłem przynieść pokój na ziemię. Nie przyszedłem, aby przynieść pokój, ale miecz. Przyszedłem bowiem przeciwstawić syna ojcu, córkę matce, a synową teściowej. I nieprzyjaciółmi człowieka będą jego domownicy. Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godny. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godny” (Biblia Ekumeniczna).
Jak obiecywał, tak zrobił. Od samego początku, czyli od poczęcia. Czyniąc Marię brzemienną, prawdopodobnie skłócił ją z rodzicami; potem Józefa i Marię z Herodem, wraz z wszystkimi jego ofiarami; siebie z rodzicami, kiedy się zgubił w Jerozolimie, a potem znów ich zostawił, kiedy zaczął nauczać; uczniów z ich rodzinami, swoich wyznawców z pozostałymi Żydami; Piłata z Sanhedrynem; Martę z Marią; Zacheusza ze swoimi uczniami, jawnogrzesznicę z tłumem…
Każda niemal scena ewangeliczna z Jezusem to jakiś realny lub potencjalny konflikt. A co dalej, jest już przecież historią świata naszej ery. Tak musi być. Jego królestwo nie jest z tego świata, ale chrześcijaństwo jest z tego. Bez świata nie ma ono przecież sensu ani nie jest nikomu potrzebne. Ani Bogu, ani człowiekowi.
Chcę pojąć, co to za pokój i jak może go osiągnąć myślący i czujący człowiek. Wtedy, tuż po rzezi niewiniątek. I dziś w obliczu Syrii i Ukrainy, Gazy i Libanu, i każdej pojedynczej potworności tego świata. To niepokój jest przyrodzonym stanem istnienia, które chce się nazywać ludzkim. Widać to w ambiwalencji samego Jezusa. Kiedy wypowiada groźne ultimatum z Ewangelii Mateusza, mówi jak Bóg Hioba, który chce swoje stworzenie na wyłączność. Ale gdy sam zaczyna się bać i prosi Boga, aby uwolnił go od cierpienia na krzyżu, jest ludzki w najpełniejszy człowieczy sposób.
Razem z ludźmi boi się Boga.
Bóg dał nam spokój
Człowiek nowoczesny ma dość kłopotów z sobą i z naturą, żeby jeszcze niepokoić się, czy Bóg z diabłem gra w kości o świat. Spokój „na łonie natury”? Dalibóg, ponury żart. Tylko kiedy nie patrzymy dość uważnie; gdy nic nas nie gryzie, nie mrozi, nie topi, nie wypala. Naturę przenika nerwica przetrwania. Zanim Karol Darwin dostarczył naukowego wyjaśnienia, John Milton rozwiązał problem na gruncie literatury. W „Raju utraconym” wraz z człowiekiem wygnana zostaje natura, co oznacza, że razem z człowiekiem wszystko, co chce żyć, musi walczyć z innymi stworzeniami o przeżycie. Które tym samym przestają być dobre, jak chciała teologia. Darwin, teolog z wykształcenia, zupełnie nie mógł pojąć, jak dobry Bóg mógł stworzyć tak okrutny ekosystem.
O specyficznym niepokoju dzisiejszego człowieka więcej mówi to, że bardziej niż wojny i katastrofy klimatycznej boi się, że wyszedł z domu bez telefonu. Nasze życie stało się częścią globalnej grzybni. Drgają sieci internetu, który nas oplata i dobiera impulsy treści specjalnie dla nas sprofilowane, abyśmy tylko nie poczuli chwili wytchnienia od informacyjnych szturchnięć. Nie ma spokojnego schronienia, zwłaszcza w domu, gdzie nasze rzeczy nas śledzą i mówią do nas ciągle. Niczym kapryśne dzieci lub znudzone zwierzęta, które żądają, żeby wciąż się z nimi bawić. Walka o naszą uwagę powoduje permanentną dystrakcję, w konsekwencji nerwicę i niezliczone problemy psychofizyczne.
Jonathan Haidt twierdzi, że istnieje wyraźny moment w najnowszej historii, kiedy to się nasiliło, i nazywa to „nowym usieciowieniem człowieka”. Media społecznościowe są odpowiedzialne za lawinowy wzrost kłopotów ze zdrowiem psychicznym wśród dzieci i młodzieży, takich jak lęk, samotność, poczucie smutku i bezradności.
Haidt twierdzi, że za sprawą smartfonów dokonała się wielka transformacja dzieciństwa. Przestaliśmy się razem bawić, zamiast tego bawimy się telefonami, które poddają nas niezliczonej liczbie impulsów i zachęt, burząc koncentrację, nieustannie zagadując i rozpraszając uwagę. Dręczy nas niepokój, co robią inni, co o nas mówią lub piszą albo dlaczego nie, albo źle. Przecież tyle mogło się wydarzyć przez te minuty, kiedyśmy nie sprawdzili konta albo nie zareagowali na powiadomienie. W efekcie, każda próba choćby chwilowego odłączenia się od sieci powoduje niepokój kulminujący paniką. Jakby odłączano nas od aparatury tlenowej.
Nie chcieć być kimś innym, gdzie indziej, kiedy indziej, z kimś innym; i nie chcieć zmieniać świata – oto niemożliwy do zrealizowania przepis na spokój.
Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć.
Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć.
Co przydarzyło się złego, zapomniałem.
Nie wstydziłem się myśleć, że byłem, kim jestem.
Nie czułem w ciele żadnego bólu.
Czesław Miłosz „Dar”
Wieczny niepokój
„Czarny kornik niepokoju” (Tadeusz Różewicz „Scylla i Charybda”) drążący nasze umysły to stan właściwy dla istoty, która z pamięci uczyniła fundament moralności. Jeden z najważniejszych tomów polskiej poezji nazywa się „Niepokój” i choć nie ma tam wiersza o takim tytule, to jego sens jest wszędzie. Zwłaszcza w wierszu, który mówi o chwili ukojenia od obrazów wojny. Spokój możliwy jest tylko za cenę niepamięci, którą jedynie miłość potrafi skutecznie wytworzyć.
białą dłonią nakryła mój niepokój
Pamięć o Tobie.
Oto są moje sprawy. Żyję
I nic mi nie jest tak obce
jak ty umarły Przyjacielu.
Tadeusz Różewicz „Do umarłego”
Nawet Różewicz, bezwzględny niszczyciel iluzji przezwyciężenia traumatycznej pamięci, zdawał sobie sprawę, że musi być jakieś miejsce chwilowego wytchnienia. Nie ma go w tym świecie, po wojnie jest jeszcze trudniejsze do pomyślenia. Łatwiejsza do pomyślenia jest za to śmierć bez nadziei, jaką kiedyś dawała religia, w którą wierzyliśmy. Ale niepokój, czy nieśmiertelność jest udziałem ludzkiego pogłowia, przenika ewangelie. Przenika samego Jezusa, który jest najbardziej ludzki, kiedy się boi. Nie tylko Boga, śmierci na krzyżu, której do ostatniej chwili chce uniknąć: „Ojcze, dla ciebie wszystko jest możliwe, zabierz ode mnie ten kielich. Jednak niech się stanie nie to, co ja chcę, ale to, co Ty” (Mk 14, 36; Biblia Gdańska). Ale boi się też samotności. Prosi więc przyjaciół, aby mu towarzyszyli. „Smętna jest dusza moja aż do śmierci; czekajcie tu, a czujcie ze mną” (Mt 26, 38; Wujek). Podczas samotnego czuwania w ogrodzie nieśmiertelność Jezusa nie jest pewna nawet dla niego samego. A cóż dopiero dla jego uczniów.
Zwłaszcza że po chwilowej radości zmartwychwstania informuje, że ich zostawia na ziemi. Prawie można poczuć jego poczucie winy z tego powodu. Chcąc złagodzić kolejne po ukrzyżowaniu odejście, zapowiada, że przyśle im Ducha Pocieszyciela. Ale jakby wiedział, że to dla nich za trudne i za mało konkretne w stosunku do lat spędzonych razem na wędrówkach i rozmowach. Im potrzebny jest konkret lub obraz przyszłości z niego wywiedziony.
I wtedy ucieka się do innego porównania, które ma ich przygotować na bycie opuszczonym przez Boga, na samotność i śmierć: „Będziecie smutni, ale wasz smutek przemieni się w radość. Kobieta, gdy rodzi, smuci się, bo przyszła jej godzina. Kiedy jednak urodzi dziecko, nie pamięta już bólu z powodu radości, że człowiek przyszedł na świat” (J 17, 20-22).
Miejsce, gdzie wszystko jeszcze mogło być inaczej
W przebłysku teologicznego geniuszu Bob Dylan napisał pieśń, która pozwala wyobraźni wymknąć się z więzienia racjonalności. „Shelter from the Storm” to wizyjna, pełna rozbieganych symboli ballada, w której autor snuje apokryficzną opowieść o Chrystusie lub naśladującym go człowieku. Ten przybywa z pustkowia do świata walczących ze sobą ludzi, zimnych i bezlitosnych. Zmęczony i wypalony zmierza gdzieś bez kierunku, bez celu, przerażony krzywdą i niesprawiedliwością świata beznadziejnego i ponurego. Bez końca powtarza się ta sama historia, w której to, co czyste i dobre, spotyka się z pogardą, odrzuceniem i upokorzeniem.
Dylan wprowadza bohatera prosto z pustyni, nawiązując do kuszenia Chrystusa i największej pokusy, jaka może spotkać Boga, a mianowicie: żeby naprawił stworzony przez siebie świat. Oprzeć się oznacza twierdzić, że wszystko już na nim jest dobre, jak twierdził Bóg po każdym akcie stworzenia. „No to masz ten swój dobry świat” – polemizuje Dylan:
W wiosce na wzgórzu rzucali losy o moje szaty,
Przehandlowałem zbawienie za śmiertelną dawkę.
Za moją niewinność dostałem pogardę.
W zwrotce, którą Dylan usunął, Jezus przyznaje, że beznadziejna jest walka o pokój, kiedy wiadomo, że i tak będzie zerwany. Ale wtedy rozlega się głos, który oferuje mu miejsce spokojne, gdzie zawsze jest bezpiecznie i ciepło:
Odwróciłem się, a ona tam stała,
Srebrne bransoletki na rękach i kwiaty we włosach.
Z wdziękiem podeszła do mnie i zdjęła mi cierniową koronę.
„Chodź – powiedziała – dam ci schronienie przed burzą”.
Gdzie niby jest to miejsce w świecie, ale poza światem? I jak można tam wejść? No tak, tylko tam. Fantazja o powrocie do matczynego ciała jest pokusą, przy której diabelskie prowokacje na pustyni wydają się dziecinnym gaworzeniem. Tam istotnie może być spokojniej, bo jak zapewnia Lech Janerka:
mama w Katmandu piękna jak Bóg,
Jak Rów Hermana, jak buła na pół.
Może tylko wtedy, w chwili kiedy się rodzi ludzkie istnienie, szczerze i świadomie potrafimy powiedzieć, że życie jest dobre. Na chwilę świat zostaje uniewinniony. „Rzekł anioł: Dziecko ziemię nie od krwi wybawi. / Jak promień, co przywraca czarnej fali płynność, / Tak ono zbrodni ludzkiej przywróci niewinność” (Czesław Miłosz „Baśń wigilijna”). Bo jeśli wszystko jest ze sobą połączone i wszystko musiało się stać, żeby pojedyncze życie pojawiło się na świecie; jeśli rzeczywistość taka, jaka jest, była konieczna, żebyśmy ja, ty, ono się urodzili, to wtedy i tylko wtedy wszystko we mnie – z pełnym przekonaniem, pomimo wiedzy i doświadczenia – mówi światu: „tak”.
Może więc z materii tego doświadczenia należałoby ulepić ów pokój ludzi dobrej woli, który zapowiada Ewangelia. Może i moje niespokojne serce mogłoby poczuć ten spokój.
Gdybym tylko wrócił do chwili,
gdy Bóg i ona się narodzili.
Bob Dylan „Shelter from the Storm”
Jak to rozumieć poza jednostkowym doświadczeniem rodzicielstwa? Ano, jako niemożliwą sprawiedliwość poetycką, która cofa każde pojedyncze zło, każdą zadaną lub doznaną krzywdę do miejsca, gdzie wszystko jeszcze mogło być inaczej.
Jak w tym filmie o życiu Jezusa, który przez przypadek puszczono do tyłu. Rozpoczyna się sceną, kiedy żołnierze rzymscy wyjmują z ziemi krzyż z przybitym do niego młodym mężczyzną i ostrożnie kładą na ziemi. Następnie dobre anioły podają mu środki przeciwbólowe i wyjmują gwoździe z jego dłoni i stóp. Młodzieniec jest częściowo boski, więc jego rany natychmiast się goją. Ktoś podaje mu jego ubranie i w pełni sił rusza do miasta w towarzystwie matki i przyjaciół, otoczony rozradowanym tłumem. Udają się do pałacu Piłata, który go uniewinnia, a w zamian on uśmierza potworną migrenę prokuratora, dzięki czemu ten po raz pierwszy od wielu tygodni się uśmiecha. Widząc, że robienie cudów znów sprowadzi na niego kłopoty, uznaje, że bardziej niż Bogiem chce być człowiekiem. Ale takim, który przeżywa naszą radość istnienia, a nie cierpienie. Postanawia stać się dzieckiem. Nie potrafi tylko zdecydować: chłopakiem czy dziewczyną. Tak czy inaczej:
Wyciera nos prawą ręką,
Pluska się w kałużach,
Zrywa kwiaty i lubi je, i o nich zapomina.
Rzuca kamieniami w osły,
Kradnie owoce z sadów.
Fernando Pessoa „Strażnik trzód”, przeł. Wojciech Charchalis
Podczas dyskusji z uczonymi w wielkim mieście uświadamia sobie jednak, że jest za mądry jak na swój wiek. Zaczyna myśleć o przyszłości, co sprawia, że nachodzą go fale smutku. Wtedy przypomina sobie, że najbardziej spokojny czuł się w jej ciele. Nawet kiedy jakaś siła wyrzuciła go stamtąd w świat, przestał płakać, gdy tylko poczuł jej radość z powodu swojego narodzenia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















