Nie ma internetu. Nie tylko w mieszkaniu – w całym bloku. Klimatyzacja działa na korbkę. Urwaną. U sąsiada płacze dziecko. Łóżko wyjeżdża ze ściany. Sedes jest w szafie. Stolik rozkłada się na suficie. Prysznic to umywalka. Pralka, kuchenka czy lodówka? Trudny wybór. Dwa metry kwadratowe z balkonem. Dwadzieścia dwa filmy w konkursie.
Oto Cannes.
To mój 13. festiwal na Lazurowym Wybrzeżu. Dla ludzi, którzy czekają na relacje ze święta kina, Cannes to najfajniejsza impreza świata – słońce, palmy, gwiazdy na czerwonym dywanie, szpaler fotoreporterów w smokingach.
Dla tych, którzy owe relacje piszą, Cannes to jednak gehenna. A może po prostu jedyna impreza, która w cieplutkim świecie krytyki filmowej przypomina ciężką pracę. Ten festiwal ufundowany jest na paradoksie. Niby powstaje z myślą o mediach, lecz w statucie ma wpisane utrudnianie dziennikarzom życia.
Mam wrażenie, że na przestrzeni tych 13 lat napisałem o Cannes już wszystko. Ale okazuje się, że na karuzeli resentymentów wciąż są wolne miejsca.
Kilka istotnych faktów na temat Cannes
Po pierwsze, Cannes jest gigantyczną imprezą zasilaną pieniędzmi z całego świata. Część płynie z francuskiego Ministerstwa Kultury, cześć z samorządów miasta i regionu, sporo z Hollywood, najwięcej – od gigantów branży medialnej, kosmetycznej i bankowej.
Oznacza to mniej więcej tyle, że z chwilą rozwinięcia czerwonego dywanu nadmorskie miasteczko zamienia się w warowną twierdzę. Aby najwięksi z wielkich mogli pokonać trasę z hotelu Carlton do Pałacu Festiwalowego w mgnieniu oka, cała reszta nawiguje po mieście niczym szczury w labiryncie.
Dość powiedzieć, że przy 30-stopniowym upale, kilometrowych kolejkach oraz króciutkich „okienkach” pomiędzy pokazami, nie jest to czynność przydająca komukolwiek godności.
Po drugie, nie bez powodu sercem imprezy pozostają organizowane równolegle targi branżowe. Z poziomu chodnika są niewidzialne, ale to właśnie tam dzieje się magia. Ktoś tu na pewno kupi, wyprodukuje, a następnie wypromuje film, którym będziemy się zachwycać na jednej z kolejnych edycji festiwalu w Cannes.
Nic więc dziwnego, że po bulwarze La Croisette kręcą się wyłącznie dziennikarze, producenci, dystrybutorzy, albo ludzie, którzy z niezrozumiałych powodów łączą wszystkie te funkcje. „Zwykłego widza” można poznać po smokingu, obliczu spalonym słońcem oraz kartce z tytułem filmu oraz nazwiskiem reżysera w dłoniach. Jak Bóg da, ktoś podaruje mu bilet na galowy pokaz.
Po trzecie – nic nie jest w Cannes transparentne. Począwszy od kryteriów selekcji filmowej, przez reguły przyznawania akredytacji prasowych, aż po zasady ruchu drogowego. W tym sensie festiwal pozostaje metaforą życia. Niemal wszystkiego trzeba się uczyć na błędach i najczęściej są to błędy brzemienne w skutkach.
Historia imprezy pełna jest tragicznych opowieści o całowaniu klamek, odwołanych wywiadach oraz utracie dziennikarskich wpływów.
Almdóvar, Pawlikowski, Mungiu. Co oglądamy w Cannes
O Złotą Palmę walczą w tym roku giganci. Japończyk Hirokazu Koreeda, Hiszpan Pedro Almodóvar, Węgier László Nemes, Rumun Cristian Mungiu, Irańczyk Asghar Farhadi.
Wszyscy mają na koncie Złote Palmy, nagrody Grand Prix, albo statuetki za reżyserię. Wszyscy też kwalifikują się do grupy przyjaciół królika, która z roku na rok staje się w Cannes coraz większa.
Zwykłem na to narzekać, ale z wiekiem mięknę. To jednak oni, na dobre i na złe, stanowią o wyjątkowości imprezy. I być może to dzięki nim istnieje jakakolwiek kontra dla reprezentantów Francji, którzy zalewają konkurs koszmarnymi filmami.
Jeden z takich filmów, „Życie kobiety” w reżyserii Charline Bourgeois-Tacquet, już widziałem. Dość powiedzieć, że w trakcie seansu wodziłem tęsknym wzrokiem za wyjściem ewakuacyjnym. Niestety, filmy o Francuzach omawiających swoje egzystencjalne problemy w alpejskich chatkach to gatunek dla koneserów.

Mamy również w tym roku „polskie” Cannes. Paweł Pawlikowski wraca na Lazurowe Wybrzeże po ośmiu latach nieobecności. Nakręcił „Fatherland”, czyli film o pisarzu Tomaszu Mannie, jego córce Erice oraz ich podróży przez Niemcy czasów zimnej wojny.
Wśród ludzi zmasakrowanych trzygodzinnymi epopejami słychać westchnienia ulgi: „Słyszałeś? Nowy Pawlikowski trwa niecałe 90 minut”. Szacunek!
Z Pawlikowskim będzie rywalizował Maciej Musiał, producent „Historii równoległych”. Musiał zamienił „Krótki film o miłości” Kieślowskiego w długi film o miłości Farhadiego. W obsadzie francuscy pierwszoligowcy: Isabelle Huppert, Catherine Deneuve, Vincent Cassell.
Z kolei w konkursie krótkich metraży o Złotą Palmę powalczy Michał Toczek z filmem „Spiritus Sanctus”. To rzecz o papieskiej wizycie z 1999 r., która uniemożliwia facetowi z wąsem zakup wódki. Trudno nie obgryzać paznokci.
Świetny film Fukady na festiwalu w Cannes
Niesmak po „Życiu kobiety” osłodził Japończyk Kôji Fukada. Do Cannes przywiózł film „Nagi Notes”. Na papierze to coś na kształt opery mydlanej. A jednak potraktowanej z tak imponującym dystansem, że można pomylić ją z najszlachetniejszym dramaturgicznym tworzywem.

Akcja rozgrywa się w niewielkiej wiosce na wyspie Honsiu. W przepięknych, wiosennych okolicznościach przyrody spotykają się Yoriko, właścicielka farmy mlecznej oraz Yuri, architektka z wielkiego miasta. Kobiety były kiedyś szwagierką i bratową, co w moim przekonaniu jest wystarczającym pomysłem na kino.
Obydwie mają w czym dłubać i z czym się mierzyć, a Fukada dorzuca im w gratisie pasję do sztuki. Poszukuje w niej źródła codziennych namiętności, lęków i obsesji.
Podoba mi się sposób, w jaki reżyser spogląda na bohaterki; jak ochładza wszelkie melodramatyczne gesty i co rusz wycofuje się na pozycję zdystansowanego obserwatora. To kino wielkich opozycji – natura i kultura, miasto i wieś, miłość i nienawiść – ale zaskakująco lekkostrawne. Pozamykane w pięknych, lecz nie ostentacyjnie „malarskich” kadrach, pełne celnych wizualnych metafor, w dodatku nieźle zainscenizowane i zagrane.
Na festiwalu w Cannes, gdzie najciekawsze filmy pochowane są zwykle w sekcjach pobocznych, to jeszcze żaden sukces. W wyścigu o Złotą Palmę to już zwycięstwo na pierwszym odcinku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















